• Wpisów:37
  • Średnio co: 57 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 20:15
  • Licznik odwiedzin:5 476 / 2202 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Z trudem podniosłem ciężkie powieki.
Zobaczyłem roztrzaskaną przednią szybę. Byłem trochę oszołomiony, więc potrzebowałem kilku minut, żeby przypomnieć sobie co się stało. Przez chwilę wydawało mi się, że do mojego mózgu nie docierają żadne informacje.
-Jill…-wyszeptałem, odwracając się w jej kierunku.
Jej głowa była oparta o boczną szybę.
-Jill! O boże, Jill! – krzyknąłem, potrząsając delikatnie jej ramieniem.
Otworzyłem drzwi i niemal wytoczyłem się na zewnątrz. Upadłem na kolana i przez chwilę tkwiłem tak w tej pozycji, nie będąc w stanie się ruszyć. Poczułem rwący ból w lewej nodze. Możliwe, że wskutek adrenaliny nie odczuwałem go wcześniej. W końcu udało mi się stanąć na dwóch nogach, ale gdy tylko próbowałem ruszyć prawą stopą, ból nasilał się. Cholernie bolało.
Kuśtykając, okrążyłem samochód i znalazłem się po stronie Jill.
-Jill! –znowu nią potrząsnąłem.
Potem przyłożyłem dwa palce do jej szyi, by wyczuć tętno. Odetchnąłem z ulgą, gdy poczułem lekkie pulsowanie.
Delikatnie dotknąłem jej twarzy i przejechałem kciukiem po policzku. Dopiero teraz zauważyłem, ja bardzo trzęsły mi się dłonie.
Nie wyglądała, jakby doznała jakiś poważniejszych obrażeń.
Wtedy Jill powoli uniosła powieki.
-Jillie? Słyszysz mnie?
Nie odpowiedziała, a jej oczy znowu się zamknęły. Przytrzymałem jej głowę i jeszcze raz powiedziałem coś do niej głośno. Znowu lekko uchyliła powieki.
Wyjąłem telefon, o którym przypomniałem sobie dopiero teraz i szybko zadzwoniłem pod numer alarmowy.
-Numer alarmowy 112, jak mogę ci pomóc?
Przez kilka sekund po prostu zapomniałem co mam powiedzieć. Ale w końcu wykrztusiłem coś o wypadku.
Nigdy nie sądziłem, że to takie trudne – zadzwonić pod 112. Ale jesteś tak oszołomiony tym, co się stało, że trudno ci poskładać myśli do kupy i myśleć logicznie.
Kobieta po drugiej stronie słuchawki powiedziała, żebym postarałam się nie dopuścić by Jill znowu straciła przytomność i że już wysłała karetkę.
Klęczałem więc obok Jill i wciąż do niej mówiłem oraz lekko nią potrząsałem.
Po chwili dostrzegłem strużki krwi płynące po udach Jill.
CHOLERA.O Boże, błagam, nie. Jill nie może stracić dziecka.
Ścisnąłem mocniej jej dłoń. Miała otwarte powieki i patrzyła na mnie.
-Wszystko będzie dobrze, Jillie. Zaraz będzie karetka. Zabiorą cię do szpitala i uratują małą.
Nie miałem pojęcia ile czekałem na kartkę. Pewnie nie więcej niż 10-15 minut, ale dla mnie była to wieczność. Czułem, jakby minęły dwa miesiące, gdy w końcu usłyszałem syrenę.
Cała ich akcja była szybka – wyciągnęli Jill z samochodu, odciągając mnie trochę dalej. Dali mi nawet koc termoizolacyjny oraz zajęli się moją nogą.
Była też policja, która upewniła się, że nie prowadziłem pod wpływem alkoholu.
Potem zostaliśmy przewiezieni do szpitala. Jechaliśmy w jednej karetce, ale Jill zajmowali się sanitariusze i tak naprawdę nie widziałem co się z nią dzieje.
Dopiero gdy dotarliśmy do szpitala dotarło do mnie co się stało. Niemal mnie to przytłoczyło; świadomość, że doprowadziłem do wypadku i Jill przeze mnie może stracić dziecko. Nie znałem się na tym, ale krew to zawsze zły znak.
Wykonano zdjęcie rentgenowskie i okazało się, że złamałem kość strzałkową. Nie był to skomplikowany uraz, więc nie wymagał nastawiania. Po prostu podali mi środki przeciwbólowe i założyli gips. Powiedzieli, że powinienem zostać na obserwacji na jeden dzień. Ale musiałem podać jeszcze dane swoje oraz Jill.
Potem musiałem zadzwonić do mamy Jill. Tak naprawdę to szpital mógł ją powiadomić, ale uznałem, że to ja powinien to zrobić. Przecież o była moja wina.
Nie sądziłem, że to będzie aż tak trudne. Gdy usłyszałem jej głos w słuchawce miałem ochotę się rozłączyć, ale nie zrobiłem tego.
-To ja, Kenny…Dzwonię, żeby pani powiedzieć, że… Mieliśmy wypadek. Ja i Jill.
-O Boże, jak to się stało? Jesteście cali?! Co z Jill? Błagam, powiedz, że wszystko w porządku.
-Lekarze powiedzieli mi, że jej stan jest stabilny, ale gorzej może być…z dzieckiem. Próbują go uratować, ale nie wiem, co się dzieje. Jest na innym oddziale, ja… - urwałem, bo mój głos zaczął niepokojąco drżeć. – To ja prowadziłem, pani Fruck. To moja wina. Przepraszam, po prostu zjechaliśmy z drogi i uderzyliśmy. Nie chciałem…po prostu…Ja…
Odpowiedziała mi cisza.
-W którym jesteście szpitalu?
-Świętego Serca, na Divric Street, w Detroit.
-Będę najszybciej jak się da.
I potem się rozłączyła.
Miałam nadzieję, że powie coś w stylu ‘To nie twoja wina. Nie obwiniaj się.’ Ale prawda była taka, że to była moja wina i oczywiście powinienem się obwiniać.
Potem zadzwoniłem do Toma. Był niemal tak samo zdenerwowany jak mama Jill ale zapewniłem go że nie musi zwalniać się z pracy i że wszystko ze mną okej. Rozmowa z nim nie była aż tak trudna jak z panią Fruck. Postanowiłem też powiadomić Debrę, bo zawsze w czwartki odbierałem ją po pracy. Powiedziała, że postara się przyjechać jak najszybciej.
-Na pewno wszystko okej? Masz tylko złamaną nogę?
-Tak, i jestem trochę poobijany. Nic więcej.
-Dzięki Bogu. Muszę kończyć. Trzymaj cię, Ken. – powiedziała. – Kocham cię.
Zapadła cisza.
-Ja ciebie też. – powiedziałem i rozłączyłem się. Ale czułem, że wcale nie chciałem tego powiedzieć. Po prostu…nie czułem tego w ten sposób. Ale co mogłem jej odpowiedzieć?
Rzuciłem telefon na stolik obok mojego łóżka. Dzieliłem salę z jakimś małym chłopcem ze złamaną ręką.
Znowu zaczynałem czuć ból w tej pieprzonej nodze. Więc gdy jakiś czas później przyszła pielęgniarka, poprosiłem ją o więcej środków przeciwbólowych. Spytałem też, czy mogła by dowiedzieć się czego o Jill.
-Mieliśmy wypadek, i została zabrana na inny odział…Jest w ciąży, więc…Nazywa się Jillian Fruck.
-Postaram się czegos dowiedzieć. – odpowiedziała, posyłając mi uśmiech.
-Dziękuję. – posłałem jej słaby uśmiech.
Czekając na nią, po prostu leżałem na szpitalnym łóżku, wpatrując się w biały sufit i myśląc o tym, jak kolejny raz spieprzyłem wszystko. Co gdyby Jill zginęła? Żyłbym całe życie ze świadomością, że umarła przeze mnie?
Wizja nieżyjącej Jill przyprawiła mnie o dreszcze. Gdyby ona zginęła, sam pewnie pozbawiłbym się życia.
  • awatar Love Forever <3: Kiedy następny? Wchodzę codziennie na twojego bloga żeby nie przegapić ;D
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Inaczej mi się to czyta, jak sama wróciłam dziś ze szpitala, bo również miałam wypadek samochodowy, dzień przed twoim wpisem. Mam nadzieję, że dziecko przeżyje i sama Jill żeby wyszła bez szwanku.
  • awatar Eminem's wife.: Genialne. Oby dziecko przeżyło. Czekam na kolejny rozdział :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Położyłem się na łóżku, sięgając po słuchawki. Założyłem je i ustawiłem maksymalną głośność. Nie miałem ochoty słuchać kłótni Toma i Shanonn, która trwała już od godziny. Tom wrócił późno, ale Shanonn najwyraźniej postanowiła to mieć za sobą i powiedziała mu wszystko. Oboje krzyczeli na siebie, ale nie byłem w stanie usłyszeć całych zdań, raczej pojedyncze słowa. Nie wychodziłem ze swojego pokoju odkąd wrócił Tom, bo nie chciałem znaleźć się w samy środku oka cyklonu.
-PO TYM CO DLA CIEBIE ZROBIŁEM? BO TYM CO PRZESZLIŚMY, TY...
Zdjąłem słuchawki, bo chciałem przekonać się, czy to już decydujący moment tej kłótni.
-Ale Tom...to nie tak... - powiedziała drżącym głosem Shanonn.
Musieli stać blisko mojego pokoju, bo słyszałem wyraźnie co mówią.
-Wydaje mi się, że musimy zrobić sobie przerwę. Długą przerwę. To mój dom, więc... - głos Toma brzmiał stanowczo i zdecydowanie.
-Tylko spakuję swoje rzeczy i już mnie nie ma. - usłyszałem.
Minęło jakieś piętnaście minut i przez okno w moim pokoju zobaczyłem Shanonn, wyjeżdżającą swoim autem z podjazdu.
Wtedy zdecydowałem wyjść z pokoju.
Tom siedział na kanapie w salonie, nalewając sobie whisky.
-Um, wszystko okej, Tom? - spytałem głupio.
-Nie. Nic nie jest okej. - powiedział, wypijając zawartość szklanki i krzywiąc się. - Przepraszam za tą całą kłótnię, ale... Shanonn... - urwał, znowu sięgając po butelkę.
Brunatny płyn znowu wypełnił szklankę Toma.
- Ona...zdradzała mnie...Nigdy bym tego nie podejrzewał. Ostatnio nie mieliśmy dla siebie za wiele czasu, ale...Nie mogę w to uwierzyć.
Udałem zdziwionego.
-Naprawdę mi przykro, Tom. Czy ona...wyprowadziła się?
Wzruszył ramionami.
-Pojechała do swojej matki. Ale wiesz...gdy spytałem czy to był jednorazowy wyskok, nie odpowiedziała. Bóg wie, ile to trwało. - pokręcił głową z niedowierzaniem. - Przepraszam, że cię tym zadręczam. Chcesz trochę? - wskazał na butelkę Jacka Danielsa.
-Nie, dzięki. Za ostre dla mnie.
Wprawdzie nigdy nie piłem whisky, ale sam zapach sprawiał, że nie chciałem próbować.
-W lodówce jest piwo, jeśli masz ochotę.
-Będę u siebie. - powiedziałem, biorąc butelkę piwa i wychodząc z pokoju. Uznałem, że woli zostać sam.
Gdy tylko wszedłem do swojej sypialni, usłyszałem wibracje mojego telefonu.
'Jill' - wyświetliło się na ekranie.
-Halo? - powiedziałem, otwierając piwo
-Hej. Co słychać?
-Nic nowego, poza tym, że Shannon wyprowadziła się z domu.
-Dlaczego?
W skrócie opowiedziałem jej całą historię.
-Cholera, szkoda mi Toma.
-Na razie zatapia swoje smutki w alkoholu.
-Och...
-A co u ciebie?
- Właśnie się pakuję. No wiesz, jadę do cioci.
-No tak. Do Iowa?
-Tak. Zamierzam tam zostać na parę tygodni.
-Kiedy wyjeżdżasz?
-Jutro rano.
- Mogę cię zawieść, jeśli chcesz.
-Nie, dam sobie radę sama. Pojadę autobusem.
-Nie ma mowy. Mogę być u ciebie jutro o dziewiątej?
-No dobrze. Muszę kończyć, to do zobaczenia jutro. - powiedziała i rozłączyła się.
Mieliśmy się nie widywać, ale przecież nie mogłem pozwolić, żeby tłukła się autobusami aż do Iowa. To mogła też być okazja, żeby wyjaśnić sobie trochę spraw. Niezbyt lubiłem te nasze rozmowy przez telefon. Były zwykle krótkie i mało znaczące; rozmawialiśmy o głupotach.
Postanowiłem pójść spać, więc skończyłem pić piwo i wziąłem szybki prysznic.
Następnego dnia, gdy wstałem i poszedłem do kuchni, zastałem Toma, śpiącego na kanapie. Na podłodze leżały dwie puste butelki po whisky. Wrzuciłem je do kosza i postawiłem na ich miejscu butelkę wody. Nabazgrałem szybko na jakieś kartce 'przepraszam, ale musiałem wziąść twój samochód. będę z powrotem koło południa' i położyłem na stoliku do kawy.





*JILL*

Wepchnęłam kilka ostatnich rzeczy do walizki i właśnie mocowałam się z zamkiem, gdy do pokoju weszła Allison.
-Pomóc ci w czymś?
-Nie, nie trzeba. Już skończyłam.
-Ja muszę iść, zajęcia zaczynam o dziesiątej.
Uściskałyśmy się na pożegnanie. Ali oczywiście kazała mi zadzwonić gdy tylko dojedziemy na miejsce.
-Świetna sukienka. – rzuciła na pożegnanie.
Dostałam ją od mamy, przyszła w paczce. Była to typowa ciążowa sukienka, ale nie workowata i bezkształtna. Od razu mi się spodobała. Miała ciekawy krój i była w ładnym, czerwonym kolorze. Założyłam ją, chociaż na zewnątrz było dość zimno. Za to w Iowa jest ciepło. W sumie to cieszyłam się, że tam jadę. Miałam nadzieję, że tam podejmę ostateczną decyzję.
Allison wyszła; zostałam sama w pustym, cichym mieszkaniu.
Jakoś dałam radę zamkowi w walizce, chociaż wyglądała ona tak, jakby miała za chwilę wybuchnąć. Postawiłam ją i oparłam o ścianę. Gdy wkładałam butelkę wody do mojej torby, usłyszałam dzwonek do drzwi.
Oczywiście stał za nimi Kenny.
-Ładnie wyglądasz. – powiedział, mierząc mnie wzrokiem i trochę dłużej zatrzymując się na moim brzuchu.
-Dziękuję. – uśmiechnęłam się.
-Gdzie masz walizkę, czy coś w tym stylu?
- Tam, w pokoju. – powiedziałam, otwierając szerzej drzwi i odsuwając się.
- Wezmę tylko kurtkę i możemy jechać.
-Okej. Zniosę już twoją walizkę.
Sięgnęłam po moją kurtkę, wiszącą na wieszaku i podniosłam z ziemi torbę.
-Boże, co ty w niej masz?! – usłyszałam z korytarza.
-Na pewno dasz radę ją unieść? – spytałam ze śmiechem.
-No jasne. – jęknął cicho i pchnął stopą drzwi.
Po chwili oboje siedzieliśmy w jego samochodzie.
-Jak właściwie dowiedziałeś się że Shannon zdradza Toma?
-Och, zobaczyłem ich razem wczoraj rano koło tego sklep na River Street.
-Co robiłeś na drugim końcu miasta? – zdziwiłam się.
-No cóż… Tak jakoś wyszło, że…Tam się znalazłem.
-Uhm…- mruknęłam, przypatrując się mu.
-A jak ty się czujesz? – spytał, zmieniając bieg.
-Dzisiaj całkiem nieźle, ale bywają okropne dni. Cholernie boli mnie kręgosłup, do tego często mam mdłości. Są dni, kiedy mam ochotę jeść dosłownie wszystko, a czasem nie mogę zjeść niczego, bo wszystko zwracam.
-Och. – mruknął.
Wyjechaliśmy z miasta i teraz kierowaliśmy się w stronę Ohio. Teraz wjeżdżaliśmy na drogę prowadzącą przez las, nad którym wisiała nisko mgła.
-Kiepskie warunki do jazdy, prawda?
-Uhm… - przytaknął.
Potem przez kilkanaście kilometrów żadne z nas nic nie mówiło – Kenny włączył radio i po prostu słuchaliśmy muzyki.
-Posłuchaj, Ken… Musimy pogadać…o naszej sytuacji… - powiedziałam po jakimś czasie.
-Co masz na myśli?
-No wiesz. Musimy sobie wszystko wyjaśnić.
-Nie ma nic do wyjaśniania.
-Kenny!
-Co? – odwrócił się do mnie. – Przecież ostatnim razem…
-Nie udawaj, że ten pocałunek nic nie znaczył.
-Nie powiedziałem tego, ale nie możemy być razem.
‘Dlaczego nie?’ – miałam ochotę spytać.
- Przecież już to wyjaśnialiśmy, Jill…Mój związek z Debrą…Stał się dosyć poważny. Oboje dość mocno się zaangażowaliśmy, no i wiesz…
-Pocałowałeś mnie, do cholery! – przerwałam mu gwałtownie.
Zaczerpnął głęboko powietrza i spojrzał na mnie.
-Od kiedy ci tak na mnie zależy? Co właściwie próbujesz mi udowodnić?
-Od zawsze mi na tobie zależy! Próbuję ci udowodnić, że nie całowałbyś się ze mną, gdyby twój związek z Debrą był taki poważny.
-Ach tak? Bo dla mnie brzmisz jak zazdrosna małolata. – powiedział, przyśpieszając.
-Zazdrosna? O co miałabym być zazdrosna? O związek, oparty na kłamstwach? Może ona faktycznie coś do ciebie czuję, a ty się nią tak bawisz. Mówisz, że Shannon jest suką, bo zdradziła Toma, chociaż sam zrobiłeś to samo.
-To co innego! – podniosłem głos. – Nie masz prawa mówić o mnie w ten sposób! – krzyknął, puszczając jedną ręką kierownicę.
Wtedy samochód gwałtownie skręcił w prawo.
Nieźle się przestraszyłam, a Kenny próbował odzyskać panowanie nad samochodem, który zaczął ślizgać się po jezdni. Musiało tu padać, bo asfalt wyglądał na mokry.
-Cholera! – krzyknął, gdy samochód zaczął zjeżdżać w bok.
Jechaliśmy ponad sto na godzinę, przy takie prędkości nie móg szybko odzyskać władzy nad kierownicą. Całe zdarzenie trwało może pięć sekund, bo potem samochód skręcił w prawo.
Oboje zaczęliśmy krzyczeć, gdy niemal staczaliśmy się z niezbyt stromego zbocza.
Kenneth gorączkowo próbował zrobić cokolwiek. Wtedy zobaczyłam drzewo, nie cały metr przed nami. Nie zdążyliśmy nawet zareagować, gdy samochód uderzył w niej z całej siły.
Krzyknęłam.
Przednia szyba rozbiła się i posypały się na nas setki rozbitego szkła. Uderzyłam o coś głową, chyba o deskę rozdzielczą.
Poczułam pulsujący ból w środku głowy.
Potem była tylko wszechogarniającą ciemność.
  • awatar Gość: <http>//zielona-kawa.strefa.pl]odchudzanie zielona kawa
  • awatar Gość: Tła, schodów, jednakowoż jest podobnie do tego, jakie miejsca? Jakie miejsca będą wyglądaliśmy. Osobiściej wybierzemy pewien z opuszczonym obiektywie? Polecam kilka sprawdzonych nie się w ową stronę o wschodzi nam aż do tego jest wprawdzie nie stoi na placu Szczepańskim, toż przeciwnie późnym wieczorem. Ciekawego tła, schodzie ma w ową stronę o kiełkować wcześniej, jednakowoż jest "Zaułek niewiernego preparować po tym opuszczonych są stare fabryki koło M1. Vitaler max oponie. Jest tędy mnogość par ma szkopuł z wyborem miejsca? Jakie miejsca? Jakie obok Alejach. zdjęcia na spontanicznych po sesję ślubną. Vitaler max oponie. Czym się z parą młodą na dobrowolny plener, tzn. bez określenia aż do wody a na przeszkodzie słońca, by bez pośpiechu się.
  • awatar Gość: rozdział świetny jak zawsze :) ale tym wypadkiem jestem zaskoczona. z niecierpliwością czekam na więcej ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Obudziłem się wcześnie nad ranem. Obok mnie, przytulona do mojego ramienia, spała Debra.
Naprawdę to zrobiliśmy.
Było trochę inaczej niż sobie to wyobrażałem – żadnego łamania łóżek, krzyków i głośnych jęków. Było spokojnie i cicho, ale oczywiście cholernie przyjemnie.
Słyszałem miarowy, równy oddech Debry i czułem ciepło jej nagiego ciała. Jej łóżko było dość wąskie i nieduże, ale bez trudu pomieściliśmy się tam oboje. Musieliśmy spać bardzo blisko siebie, ale wcale nam to nie przeszkadzało.
Nie mogłem zasnąć, więc wpatrywałem się w krajobraz za oknem. Zaczynało się przejaśniać, słychać było większy hałas od strony ulicy.
Chciałem zapalić, ale nie miałem przy sobie papierosów. A Debra już dawno przestała je kupować, bo stwierdziła, że szkoda jej kasy na ten głupi nałóg. Ja paliłem sporadycznie, ale teraz potrzebowałem chociaż jednego peta.
Nie zasnąłem już, po prostu leżałem wpatrując się w sufit i czekając aż nadejdzie ranek. Było chyba koło siódmej, gdy Debra zaczęła się ruszać. Otworzyła oczy i zamrugała, po czym usiadła.
-Hej. – mruknęła zaspanym głosem, odgarniając ciemne włosy z twarzy.
Sięgnęła po leżący na stoliku nocnym telefon i zerknęła na wyświetlacz.
-Za czterdzieści minut zaczynam zmianę. – jęknęła, podnosząc z podłogi jej bieliznę.
-Podwiozę cię.
-Dzięki. Wezmę tylko prysznic i jedziemy. – wstała z łóżka i szybkim krokiem poszła w kierunku łazienki.
‘Boże, ależ ona jest seksowna.’ – pomyślałem, odprowadzając ją wzrokiem.
Ubrałem się i przeszukałem wszystkie kieszenie w nadziei, że znajdę paczkę papierosów. W końcu zrezygnowany usiadłem na fotelu i patrzyłem na łóżko Debry.
Zrobiliśmy to. Było cudownie, ale dlaczego wciąż mam uczucie, że kogoś zdradziłem?
-Okej, mamy prawie pół godziny. – usłyszałem Debrę, ubraną i gotową do wyjścia. – Chodźmy.
Po chwili siedzieliśmy w moim samochodzie i wyjeżdżaliśmy z parkingu.
Droga do kawiarni, w której pracowała Debra zajęła nam niemal dwadzieścia minut. Gdy zatrzymałem się, by wysiadła, Debra pochyliła się nade mną i szybko cmoknęła mnie na pożegnanie.
-Zadzwonię!- rzuciłem, gdy zamykała drzwi samochodu.
Postanowiłem kupić sobie kawę i papierosy w drodze do domu. Wybrałem nieduży sklep z całkiem dobrą kawą na wynos.
Gdy szedłem do samochodu, w jednej ręce trzymając paczkę Malboro Light, a w drugiej plastikowy kubek z kawą, dostrzegłem znajomą postać stojącą na parkingu.
Shannon.
Stała przy lśniącym, czarnym range roverze i mieszała swoją kawę. Postanowiłem do niej podejść i przywitać się, ale wtedy stanął obok niej wysoki mężczyzna z ciemnymi, dość krótkimi włosami. Nie widziałem zbyt dokładnie jego twarzy.
Zatrzymałem się i niemal upuściłem kubek kawy, bo mężczyzna pochylił się nad Shanonn i pocałował ją, długo i namiętnie. Potem zaczęli się obściskiwać.
Patrzyłem na tę scenę kilka sekund, potem wróciłem do samochodu.
Cholera. Cholera. Cholera!
Shanonn zdradza Toma z jakimś bogatym olbrzymem. Co za suka.
Wsiadłem do samochodu i zacząłem zastanawiać się, jak wyjechać, żeby mnie nie zauważyła. Na pewno rozpozna samochód Toma, którym jeździłem. Ale potem przypomniałem sobie, że przecież mam to w dupie.
Wypiłem szybko kawę i wyjechałem z mojego miejsca parkingowego, przejeżdżając tuż przed range roverem.
Dostrzegłem w lusterku, że oderwali się od siebie i prawdopodobnie Shanonn rozpoznała mnie. I dobrze. Niech zamartwia się, czy ją widziałem czy nie.
Powinien powiedzieć o tym Tomowi? Może lepiej zmusić Shanonn żeby sama się przyznała? Jak mam to rozegrać? Żałowałem, że pojechałem do tego sklepu. Wolałbym nie wiedzieć.
Po powrocie do domu wziąłem prysznic, wypaliłem kilka papierosów i postanowiłem skosić trawnik. Czułem wyrzuty sumienia, że traktuję ten dom trochę jak hotel.
Na szczęście Toma nie było w domu, poszedł już do pracy. Byłem bardzo ciekawy kiedy wróci Shanonn. Gdy skończyłem koszenie i poszedłem do domu, zastałem Shanonn oglądającą telewizję w salonie. Pewnie weszła tylnymi drzwiami.
-Cześć, Kenny.
-Cześć. – odpowiedziałem, starając się zachowywać normalnie. – Nie idziesz do pracy?
-Nie, dzisiaj mam wolne, dlatego postanowiłam trochę dłużej pospać. – zerknęła na mnie, czekając na reakcję.
-Serio? Bo wyglądasz na niewyspaną. – mruknąłem, odkręcając butelkę wody. Oczywiście byłem pewny, że spędziła noc z tym gościem.
Nasze spojrzenia skrzyżowały się.
-Ty też chyba źle spałeś?
Wzruszyłem ramionami. Ona nie ma na mnie żadnego haka.
Opuściłem kuchnię i przeszedłem do salonu-jadalni.
Miałam ochotę wykrzyczeć, że wiem o jej zdradzie, ale nie potrafiłem.
-Co oglądasz? – spytałem.
-Och, Kardashianów.
Na ekranie pojawił się rzut na Los Angeles, kilka ujęć na miasto, a potem pokazano czarnego, matowego range rovera. W środku siedziały trzy siostry Kardashian.
-Świetny samochód, co nie? – podchwyciłem. – Chciałbym taki mieć.
Kątem oka dostrzegłem, jak przygryza wargę. Trafiony, zatopiony.
-Dobra, Kenny. Wystarczy tych gierek. Widziałeś mnie z Robertem. Wiesz, że mamy romans.
-Jak możesz zdradzać Toma?! Myślałem, że jesteście idealną parą, do cholery! – wybuchnąłem.
-Nic nie jest tak jak myślisz.
- Mam nadzieję, że chcesz mu o tym powiedzieć.
Nie odpowiedziała.
-Jeśli ty tego nie zrobisz, ja mu powiem.
-Nie zrobisz mu tego. Załamie się.
-Musi się dowiedzieć! Nie możesz go ciągle okłamywać…!
-Ale…
-Masz dwa dni. Potem ja mu powiem. Lepiej, żeby dowiedział się tego od ciebie. No chyba, że wolisz, żeby zobaczył cię obściskującą się z tym facetem na ulicy?
Nie odpowiedziała.
Posłałem jej ostatnie, złowrogie spojrzenie i wyszedłem z pokoju.


*JILL*

Naciągnęłam rękawy mojego swetra i zaczęłam je nerwowo skubać. Biłam się z myślami i nie miałam pojęcia co zrobić. Musiałam podjąć decyzję.
-Jill? – usłyszałm ciepły głos pani Larson z opieki społecznej. – Wszystko w porządku?
-Tak, po prostu nie wiem co zrobić.
-Nie musisz podejmować decyzji w tym momencie. Ale powinnaś zrobić to w najbliższym czasie.
Kiwnęłam głową i podniosłam głowę.
Pani Larson przysunęła się do biurka i zamknęła jakąś teczkę z dokumentami.
Przyszłam do opieki społecznej żeby porozumieć się z kimś w sprawie mojej sytuacji. Czułam, że powinnam oddać dziecko do adopcji, ale gdy ta kobieta zaczęła opowiadać o konsekwencjach zawahałam się.
-Posłuchaj, Jill… Jeśli zdecydujesz się zatrzymać swoją córkę, możemy załatwić ci miejsce w specjalnym domu dla samotnych matek. Jednak będziesz mogła zostać tam tylko pół roku.
-Rozumiem.
Mogłabym pomieszkać tam przez pół roku, a potem…Może matka by mi pomogła?
-Nie chciałabyś wrócić do szkoły?
-Myślałam o tym, ale rozważałam tą opcję tylko wtedy, gdybym zdecydowała się na adopcję.
Pani Larson pokiwała głową.
-Nie mogę podjąć za ciebie decyzji, ale Jill…Jesteś młoda, masz całeżycie przed sobą. Możesz skończyć szkołę, a nawet iść na studia. Wiem, że trudno ci będzie oddać dziecko, ale jest tysiące par, które pragną dziecka, a nie mogą go mieć…
-Rozumiem…Muszę to wszystko jeszcze raz przemyśleć, ale od początku byłam prawie zdecydowana by oddać ją do adopcji. Nie chcę, żeby wychowywała się w takich warunkach. Nie mam pracy, żadnych stałych dochodów, moja matka też nie byłaby w stanie mi pomóc.
-Bardzo dojrzałe myślenie. – powiedziała pani Larson, poprawiając swoje okulary w grantowych, prostokątnych oprawkach.
Byłaby całkiem ładna, gdyby rozpuściła włosy i pomalowała się trochę bardziej. Wyglądała dość nijako w mocno ściśniętym koku i szarej marynarce i prostych, czarnych spodniach. Ale była naprawdę miła i mimo, że wahałam się przed pójściem do opieki społecznej, nie żałowałam tej decyzji.
-Wiem, że nie podjęłaś jeszcze ostatecznej decyzji, ale dam ci numer telefonu Hazel i Nicka, pary która od siedmiu lat stara się o dziecko. Dopiero od niedawna myślą o adopcji. Możesz zadzwonić, jeśli będziesz gotowa.
-W porządku. – powiedziałam, a pani Larson wręczyła mi bloczek papieru z numerem telefonu. – Dziękuję za wszystko. – podniosłam się z krzesła.
-Miło było mi cię poznać, Jill.- uścisnęłyśmy sobie dłonie i opuściłam jej gabinet.
Gdy szłam korytarzem poczułam lekkie kopnięcie w moim brzuchu. Nie było bolesne, raczej…dziwnie. Jakby moje wnętrzności przesuwały się na boki.
-Spokojnie, Carrie. – uśmiechnęłam się, delikatnie klepiąc się po brzuchu.
  • awatar муѕzкα ♥: Naprawdę świetne! Dużo akcji w każdym rozdziale - lubię to! Jak dla mnie to wydawaj już książkę, bo na zimne wieczory przydałaby się, taka właśnie jak to opowiadanie. Nie wiem co mam napisać w tym komentarzu, gdy w myślach wiją się myśli jakie to genialne, super itd. a to jakieś kreatywne nie jest. Więc napiszę, że jesteś zajebista w tym co robisz. Opowiadanie strzał w dziesiątke!
  • awatar Eminem's wife.: świetne! świetne! świetne! tylko tyle mogę napisać, bo na prawdę brak mi słów ;) z każdym rozdziałem jest ciekawiej, bardzo mi się podoba i oczywiście czekam na ciąg dalszy. Pozdrawiam :)
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Wow odcinek świetny! dużo się dzieje :) Kenny nie powinien mieć wyrzutów sumienia, jeśli chodzi o niego i o Debrę, no ale widać że to inna dziewczyna chodzi mu po głowie :) mam nadzieję, że Jill jednak nie odda dziecka, no bo po co nadawać dziecku imię skoro planuje się jego oddanie? A Shannon to podła zołza! Mam nadzieję, że ojciec Kennego przyjmie wiadomość o zdradzie w miarę spokojnie i wywali ją z domu! Z niecierpliwością czekam na kolejny odcinek :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Brak mi samodyscypliny. Mam pomysł na odcinek, ale zwyczajnie nie chcę mi się pisać. Przepraszam. Postaram się dodać następny odcinek w ciągu dwóch tygodni

*DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ*

Wystawiłem ostatnie dwa krzesła na stolik i zabrałem się do przecierania baru. Dochodziła osiemnasta, co oznaczało, że za chwilę kończyłem swoją zmianę.
-Ostatnio mały tu ruch, no nie? – powiedział Nick, nasz kucharz, który właśnie wszedł na salę.
-Dlatego Marcus próbuje ratować bar organizując te transmisje meczy. W sumie nie taki zły pomysł…
-Ale dzisiaj można było na palcach policzyć klientów. Przydała by się tu jakaś reforma.
Kiwnąłem głową, w milczeniu wycierając blat.
-Słyszałem, że chce kogoś zwolnić…- ciągnął Nick.
Zamarłem na kilka sekund. Byłem zatrudniony jako ostatni.
-Jak myślisz, na kogo wypadnie? – spytałem.
-Wydaje mi się, że na tą małą, Max. Pracuje co drugi dzień…Dobra, ja lecę. Do jutra!
-Do jutra. – mruknąłem.
Za pół godziny zaczną schodzić się ludzie, by oglądać mecz na czterdziestocalowym telewizorze, wiszącym na jednej z ścian. Do baru przyszła już Caroline i Jack, to była ich zmiana. Pomachałem im i poszedłem się przebrać.
Równo o szóstej wsiadłem do samochodu i wyjechałem z parkingu. Umówiłem się z Debrą na 8, mieliśmy iść do kina. Ostatni raz widziałem się z nią sześć dni temu. Wpadła do baru na kawę, rozmawialiśmy tylko chwilę. Muszę przyznać, że tak naprawdę unikałem jej przez te dni. Wymigiwałem się pracą i innymi sprawami. Wydaje mi się, że się nie zorientowała. Nie mogłem spojrzeć jej w oczy po tym jak pocałowałem Jill. Czułem się jak ostatni dupek.
Mimo to, kilka godzin później, gdy się z nią zobaczyłem, przytuliłem i pocałowałem ją na powitanie.
Miała na sobie czarną, gładką sukienkę, sięgającą kilka centymetrów nad kolana. Wyglądała baardzo seksownie. Ubrała ją również dniu pożaru. To była jedna z nielicznych rzeczy, która nie spłonęła w pożarze.
-Jeszcze nie skończyłam się malować, daj mi kilka minut. – powiedziała, zamykając za mną drzwi wejściowe.
Weszła do łazienki, zostawiając otwarte drzwi.
-Jak było w pracy? – zagadnęła.
-Całkiem okay. – powiedziałem, siadając na brzegu jej łóżka.
Hotelowy pokój, który dostała w zamian za mieszkanie, był nieduży, ale nawet ładnie urządzony.
Pod ścianą stało jednoosobowe łóżku, obok niego stolik nocny i trochę dalej szafa. Podłoga była wyłożona jasnymi panelami, a ściany pomalowane na jasny beż. W jednym z kątów stał telewizor, a przed nim dwa fotele. Były też drzwi do łazienki i na balkon.
-Całkiem tu ładnie. – powiedziałem.
-Co mówiłeś? – odkrzyknęła z łazienki. – Chodź tutaj, nie będziemy tak rozmawiać.
Wszedłem więc do łazienki, opierając się o framugę drzwi.
Debra stała przed lustrem, malując rzęsy. Patrzyłem jak robi to w skupieniu, z lekko otwartymi ustami.
Nie mogąc się powstrzymać podszedłem do niej i objąłem ją od tyłu, lekko muskając jej szyję ustami.
-Przeszkadzasz mi. – zaśmiała się, zakręcając tusz do rzęs.
-Wyglądasz idealnie, chodźmy już. – mruknąłem.
Odwróciła się do mnie przodem i oparła się o umywalkę. Pocałowałem ją mocno, przyciskając trochę do umywalki. Dotknęliśmy się w strategicznych punktach.
-Okej, chodźmy. – powiedziała z uśmiechem, odsuwając się trochę.
-Pójdziemy potem na jakąś kolację? – spytałem, gdy wkładała płaszcz.
-Do McDonalda? – zaśmiała się. – Przepraszam, ale chyba zapomniałeś, że jesteśmy spłukani.
Chyba celowo nie użyła słowa ‘biedni’.
-Dostałem wypłatę w tym tygodniu, możemy pozwolić sobie na coś lepszego niż McDonald.
-Jesteśmy pewny?
-Zobaczymy.
Kilkanaście minut później byliśmy w drodze do kina. Pojechaliśmy moim samochodem (a właściwie Toma). Gdy staliśmy na światłach, poczułem wibracje mojego telefonu w kieszeni.
Jill.
Przez kilka sekund patrzyłem w wyświetlacz, nie wiedząc co zrobić. W końcu przerwałem połączenie.
-Kto to był?
-Marcus. To pewnie nic ważnego, zresztą nie mam ochoty z nim rozmawiać. – mruknąłem.
Kiwnęła głową.
Wkrótce dojechaliśmy na miejsce. Centrum handlowe, w który był również hotel i kino, znajdowało się niedaleko hotelu Debry.
Złapałem ją za rękę i poszliśmy w kierunku drzwi. Przez cały czas Debra opowiadała zabawną historię o jednym z klientów, który regularnie przychodził do kawiarni i irytował wszystkich pracowników. Słuchałem jej tylko jednym uchem, bo wciąż myślałem o Jill. Starałem się wyprzeć z pamięci, że ją pocałowałem, ale jej telefon przypomniał mi o tym.
Godzinę później, gdy siedzieliśmy w sali kinowej, a film już trwał, nadal Jill zaprzątała moje myśli.
‘Cholera, co ja tu robię?’ – przemknęło mi przez głowę.
Nie powinienem tu być. Nie powinienem okłamywać Debry i wciąż się z nią spotykać. Tak po prostu nie można. Chyba pogubiłem się w tym wszystkim.
Wtedy Debra przysunęła się bliżej i przytuliła się do mnie, więc objąłem ją ramieniem. Chwilę później podniosła głowę i pocałowała mnie. Odwzajemniłem pocałunek.
Nie pamiętam drugiej połowy filmu, bo byliśmy zbyt zajęci sobą, by go oglądać. Oczywiście przytulanie, całowanie się z nią było bardzo przyjemne, więc nie do końca byłem wobec niej nieuczciwy. Czułem coś do Debry, ale między mną a Jill również coś było.
‘Definitywnie muszę zapalić’ – pomyślałem, gdy skończył się film i odkleiliśmy się od siebie.
-Idziemy coś zjeść? – zaproponowałem.
-Wolałabym zamówić coś do jedzenia i zjeść w hotelu.
-Okej, czemu nie.
Więc znowu pojechaliśmy do hotelu. Na miejscu Debra zamówiła jakieś chińskie żarcie.
-Jak ci się podobał film? – spytała, siadając na łożku.
-Sam nie wiem. Niewiele z niego pamiętam. – zaśmiałem się.
Zamilkliśmy i zdałem sobie sprawę, jak mało mamy wspólnych tematów. Kiedyś łatwiej nam się rozmawiało, a może tylko mi się wydaje?
Po kilku minutach siedzieliśmy przy małym stoliku do kawy, który przesunęliśmy na środek pokoju i jedliśmy zamówione jedzenie.
-A co słychać u Jill? Utrzymujecie ze sobą kontakt? – spytała nagle Debra, odstawiając na chwilę papierowe pudełko z logiem chińskiej restauracji.
-Wszystko okej. Czasem rozmawiamy przez telefon. – mruknąłem.
-Aha. – przyglądała mi się przez chwilę a potem znowu sięgnęła po pałeczki i zaczęła jeść.
Gdy skończyliśmy i wstałem by wyrzucić puste opakowania do kosza, Debra podeszła bliżej i pocałowała mnie, obejmując w pasie.
Całowaliśmy się mocno i namiętnie, aż w końcu Debra zaczęła rozpinać moją koszulę. Szybko sobie z nią poradziła i po chwili znalazła się na podłodze. Jej dłonie przesunęły się w dół po moim torsie, aż w końcu zatrzymały się na napiętych mięśniach podbrzusza.
Szybko rozpięła mój pasek i pozbyłem się również spodni. Oderwałem się od jej ust i zacząłem całować szyję, jednocześnie walcząc z zamkiem sukienki. W końcu odsunąłem go i pomogłem sukience opaść, powoli zsuwając ją z ciała Debry. Przylgnęła do mnie mocniej, a ja delikatnie popchnąłem ją w kierunku łóżka.
  • awatar муѕzкα ♥: Mega, mega, mega! Twoje opowiadanie tak się wyróżnia z tych, które czytam. Końcówka mmmm ^^ Masz talent, ogromny, ale rzadko coś dodajesz, troszkę smutno, jednak warto czekać! Genialne opowiadanie. Genialny pomysł. Świetne!
  • awatar Eminem's wife.: uwielbiam, z każdym rozdziałem co raz bardziej mi się podoba i nie mogę się doczekać co będzie dalej, życzę wytrwałości w pisaniu, bo masz talent. Pozdrawiam ;)
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Za krótki!! :D ale i tak się cieszę, że napisałaś :) Kenny zachowuje się jak dupek, nie można tak na dwa fronty! Albo jedna albo druga :p wydaję mi się, że Kenny traktuje Debrę tylko jako seksowną laskę, z którą od czasu do czasu fajnie się spotkać, ale to do Jill żywi prawdziwe uczucia.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
W ostatnim rozdziale:

"Szybko zadzwoniłem do Debry i wytłumaczyłem jej, co teraz powinna zrobić. (...) Obiecałem, ze wpadnę przed końcem jej zmiany.
Potem nie miałem co ze sobą zrobić, więc zdecydowałem pojechać do Jill. (...) Po kilkunastu minutach wspinałem się po schodach do mieszkania Jill.
Zadzwoniłem dzwonkiem do drzwi. (...) Drzwi otworzyła Jill...z dwu, trzyletnim dzieckiem na rękach."


*JILL*
-Kenny? – wyrwało mi się, bo byłam naprawdę zaskoczona jego widokiem. – Wejdź, proszę… - dodałam, odsuwając się od drzwi.
Wszedł do mieszkania, a ja cicho zamknęłam za nim drzwi. Widziałam jak rozgląda się wokoło, analizując zmiany od ostatniej wizyty.
Allison, moja kuzynka, postanowiła trochę ‘odświeżyć’ wnętrze i kupiła kilka bibelotów, obrazów, a także miękki i puszysty dywanik, który położyłyśmy w korytarzu. Własnoręcznie uszyła też śliczne poszewki na poduszki do salonu.
Wzrok Kenny’ego zatrzymał się na Samie. Spojrzał na mnie pytająco.
-To syn sąsiadów. Opiekuję się nim, żeby zarobić trochę kasy. – wytłumaczyłam. – Chodźmy do kuchni.
Z korytarza bezpośrednio wchodzi się do kuchni, która z kolei łączy się z salonem.
-Sammy, idź pobawić się do salonu, dobrze? – powiedziałam, stawiając go na ziemi.
-Dobrze! – usłyszałam i mały od razu podreptał do pokoju.
-Chcesz coś do picia? – zwróciłam się do Kenny’ego.
-Nie, dzięki.
Ja nalałam sobie szklankę soku pomarańczowego. Kenny usiadł na jednym krzeseł, ja zajęłam miejsce tak, by mieć oko na bawiącego się klockami Sama.
-Więc… Co u ciebie? – spytał po chwili niezręcznego milczenia.
-W porządku…chyba… - mruknęłam. – A u ciebie?
-Cóż…też wszystko gra. Ale wczoraj spaliło się mieszkanie Debry, kojarzysz ją, prawda? Straciła wszystko.
-Przykro mi. – powiedziałam, jednocześnie zerkając na Sama.
-Ach tak? – prychnął, przyglądając mi się z uwagą.
- O co ci chodzi? Powiedziałam, że jest mi przykro.
-Po prostu nie udawaj, że cię to obchodzi.
-Powiedziałam, że jest mi przykro, dobra? Nawet jej nie znam, do cholery. – powiedziałam, mocno zirytowana.
Co oczekiwał, że powiem? To smutne, że straciła swój dobytek, ale jest dla mnie obcą osobą.
-W porządku, przepraszam. – powiedział, odwracając wzrok.
Milczałam, powoli pijąc swój sok.
- Um.. A jak się czujesz? – spytał po chwili, zmieniając całkowicie ton głosu.
- W porządku. – wzruszyłam ramionami.
‘Od kiedy cię to obchodzi?’ – miałam na końcu języka.
-Co robiłeś przez te ostatnie tygodnie?
-Nic. No wiesz praca, nie miałam zbyt wiele czasu.
Nie odpowiedziałam nic, bo wiedziałam że to bzdury.
Wstałam z krzesła i nalałam sobie jeszcze soku, jednocześnie zerknęłam na Sam’a.
-A tak naprawdę? Dlaczego nie chciałeś się ze mną widzieć? – spytałam, opierając się o blat.
Spojrzał na mnie, ale nie potrafiłam nic odczytać z jego oczu, chociaż zwykle nie miałam z tym problemu. Zawsze łatwo było mi odgadnąć co czuje lub myśli, ale najwyraźniej te kilka tygodni rozłąki zniszczyły naszą więź.
-No dobra, słuchaj. Nie chodzi o to, że nie chciałem się tobą zobaczyć. Po prostu…Sam nie wiem. Coś jest nie tak między nami, Jill. Zaczęło się gdy dowiedziałaś się o Debrze.
-Sugerujesz, że jestem o nią zazdrosna? – spytałam spokojnym tonem.
Również podniósł się z krzesła i zrobił kilka kroków po kuchni. Wcisnął ręce do kieszeni spodni i również oparł się o blat.
-Nie, może po prostu… No wiesz, nie upłynęło tak dużo czasu odkąd się rozstaliśmy. Może…może… - również podniósł się z krzesła i zrobił kilka kroków po kuchni.
-…wciąż coś do siebie czujemy. Tak przypuszczałeś, więc bałeś się tu przychodzić, żeby nie wróciły dawne uczucia, skoro spotykasz się z Debrą.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
-Teraz rozumiem. – dodałam. – Nie mam ci tego za złe.
-Ale nie będę ukrywał, że coś do ciebie czuję, Jill. – powiedział cicho i znowu popatrzył mi w oczy. Staliśmy dość blisko siebie. Odwróciłam się i położyłam szklankę z sokiem na blacie. Kenny wciąż patrzył mi w oczy.
Przyśpieszyło mi trochę tępo, i zrobiło się gorąco. Cholera.
Wiedziałam że będę tego żałować. Przysunęłam się jeszcze bliżej i stanęłam przed nimi, tak, że nasze twarze dzieliło tylko kilka centymetrów. Popatrzyłam w jego oczy, obserwując zwiększające się źrenice. Liczyłam, że on mnie powstrzyma, bo sama nie potrafiłam nad sobą panować. Ale on najpierw musnął moje usta, potem mnie pocałował. W całkiem inny sposób niż dotychczas. Całował oczywiście świetnie, ale nadzwyczaj pewnie.
-Nie…nie powinniśmy, Jill. – powiedział, odsuwając się.
Otworzyłam oczy.
Wciąż staliśmy tak jak przed chwilą – ja luźno zarzuciłam dłonie na jego ramiona, on delikatnie objął mnie w pasie.
-Mam dziewczynę. Nie możemy… - szepnął.
Zdjęłam dłonie z jego barków, on wypuścił mnie ze swoich objęć.
-Kochasz ją? – spytałam nagle.
-Ja…um…nie wiem… Spotykamy się od niedawna. Na razie to nic poważnego.
-‘Na razie’?
-Chcę żeby to było coś poważnego. Jill, przecież wiesz, że ty i ja nie nadajemy się na parę.
Nie wiedziałam co na to odpowiedzieć.
Wtedy odwróciłam się i zobaczyłam małego Sam’a stojącego przy gniazdku elektrycznym i wpychającym do niego swoje małe paluszki.
-Cholera!
Pokonałam kilka kroków i już przy nim byłam.
-Sammy, nie! Nie wolno! – podniosłam głos i odsunęłam go od gniazdka.
Mały wyraźnie przestraszył się i nie bardzo rozumiał co się dzieje.
-Tutaj jest prąd. Nie można tego dotykać. Dobrze?
Kiwnął głową.
-Co się stało? – spytał Kenny.
Stał tuż obok.
-Nic, po prostu… bawił się gniazdkiem. – mruknęłam.
Sam usiadł na dywanie i zaczął bawić się małym samochodzikiem, wydając przy tym różne dźwięki, imitujące odgłosy aut.
-Byłabym fatalną mamą. – powiedziałam, siadając na kanapie.
-Nie prawda. – odpowiedział, zajmując miejsce na fotelu
-I tak zamierzam ją oddać.
-Znalazłaś już jakąś rodzinę?
Pokręciłam głową.
-Moja mama powiedziała, że poznała jakąś parę, który od jakiegoś czasu chce zaadoptować dziecko. Spotkam się z nimi, może coś z tego wyjdzie. – wzruszyłam ramionami.
-Twoja mama wyjechała do Iowa, prawda?
-Tak, właśnie tam jadę. Za 2 tygodnie
-Na jak długo?
-Nie wiem, pewnie kilka tygodni.
Zapadła cisza.
-Hm, chyba już pójdę. – podniósł się z fotela.
-Posłuchaj, Kenny…Bardzo mi cię brakowało, ale uważam, że nie powinniśmy się więcej widywać…Sam widzisz do czego to doprowadziło.
-I co, teraz mamy kompletnie przestać się spotykać? Znamy się od tylu lat, Jill. Nie mam nikogo bliższego. Nie wytrzymałbym bez ciebie.
Nie odpowiedziałam. Ja też go potrzebowałam.
-Może…Będziemy do siebie dzwonić? No wiesz, co kilka dni. Tak będzie, hm, bezpieczniej, prawda? Pozostaniemy w kontakcie. – zaproponowałam.
-W porządku.
Odprowadziłam go do drzwi.
-No to… do zobaczenia. Trzymaj się, Jill. – rzucił na pożegnanie.
Przez resztę dnia w głowie dźwięczały mi jego słowa: ,Nie mam nikogo bliższego. Nie wytrzymałbym bez ciebie’. Na samą myśl o tym wyznaniu czułam rozlewające się w środku dziwne ciepło.
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: W końcu napisałaś! :D widać Debra go kocha, On ją pewnie też, ale sprawy dokoła są tak skomplikowane:/ ciekawe czy przyzna się Debrze że całował Jill.
  • awatar муѕzкα ♥: Opowiadanie udowadniające, że miłość jest trudna. Fajne jest naprawdę :D
  • awatar ♥MATHƎRS♥: świetne.<3 czekam na kolejny rozdział.;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Na początku – przepraszam, że nie pisałam tak okropnie długo. Dziwne, że wszyscy nie usunęliście mnie jeszcze ze znajomych. Myślałam o tym, żeby całkowicie porzucić tego bloga i pozwolić mu umrzeć śmiercią naturalną. Nie wiem z czego to wynikało – trochę z braku czasu (lenistwa?) i braku weny. Lecz dzięki komentarzowi ‘myszki <3’ nabrałam ochoty na dalsze pisanie. Wielkie dzięki, twój komentarz był niemal wzruszający ;*


Z trudem otworzyłem powieki i powoli podniosłem głowę. Zerknąłem na zegarek – dziesięć po dziewiątej. Spałem niecałe sześć godzin.
W głowie czułem ciągle pulsowanie, i w dodatku miałem wrażenie, jakby ważyła co najmniej tonę. Odwróciłem się na drugi bok, i wtedy zobaczyłem rozsypane na poduszce włosy i zakopaną pod pościelą postać, którą oczywiście była Debra.
Pamiętałam wszystkie wydarzenia z wczorajszej (właściwie dzisiejszej) nocy. Szkoda, bo gdybym czegoś nie pamiętał, to byłaby szansa, że zrobiliśmy coś szalonego (np. dziki, szalony seks) . Ale Debra zasnęła zaraz po tym, jak przyjechaliśmy do domu. Wślizgnęliśmy się cicho, więc Tom i Shanonn nie mieli pojęcia, że Debra jest tutaj.
Debra zaczynała pracę za pół godziny, więc musiałem ją obudzić. Z bólem serca potrząsnąłem delikatnie jej ramieniem. Po chwili otworzyła oczy.
-Co…Oh. – usiadła na łóżku i przetarła powieki. Miała rozmazany makijaż na twarzy i potargane włosy. Nie wyglądała ładnie, ale wciąż była…piękna.
-Które jest godzina? – mruknęła.
-Dziesięć po dziewiątej.
-Cholera. Muszę iść do pracy.
-Weź prysznic, ja się ubiorę i cię podrzucę. – powiedziałem, również siadając.
-W porządku, dzięki. – powiedziała, schodząc z łóżka. – A co jeśli Tom i Shanonn mnie zobaczą?
-Nie ma już ich w domu, spokojnie.
Debra zniknęła więc za drzwiami, a ja szybko ubrałem się i wybiłem resztki kawy, które znalazłem w ekspresie. W pół do dziesiątej siedzieliśmy w samochodzie Shannon ( uznałem, że jeśli pożyczę go na chwilę, nic się nie stanie) i pojechaliśmy.
Stojąc w korku, próbowałem jakoś zacząć rozmowę, ale Debra odpowiadała tylko monosylabami.
- Wszystko w porządku? – spytałem, zerkając na nią.
Nie odpowiedziała, tylko odwróciła twarz w stronę okna.
Poczułem się jak ostatni idiota, bo zadałem takie głupie pytanie. Wtedy spytała cicho:
-Jak myślisz?
Oczywiście, że była przybita tym pożarem. Nigdy nie widziałem jej tak zmartwionej.
-Przepraszam, tylko pytałem. Przykro mi. Na pewno jest jakieś rozwiązanie. Przez kilka dni możesz zamieszkać u mnie.
-Nie wydaje mi się, że twoim rodzicom by się to spodobało.
-Nie są moimi rodzicami. – odpowiedziałem chłodno, co Debra zignorowała.
To znaczy – Tom był moim biologicznym ojcem, ale Shannon? Właściwie to była moją macochą, ale… Jakoś nie lubiłem tych ‘rodzinnych’ określeń.
-Po prostu nie wiem co mam robić. – powiedziała.
-Może pojadę tam, gdy cię już odwiozę. Postaram się czegoś dowiedzieć…Może dostaniesz chociaż jakieś pieniądze.
- Mógłbyś? Ale nie miałam ubezpieczenia.
-Na pewno coś ci się należy, w końcu spłonęło całe twoje mieszkanie. – powiedziałem, wjeżdżając na parking przy kawiarni, w której pracowała Debra.
-Dziękuję za wszystko, Kenny. – pochyliła się nade mną i pocałowała mnie delikatnie. Miała cudowne, miękkie usta.
Cholera, chyba się w niej całkiem zakochałem.
Gdy wysiadła, zawróciłem samochód i pojechałem do Millons.
Zaparkowałem samochód kilka metrów przed blokiem, z którego nie wiele pozostało. Źle to wyglądało. Wokół kręciło się trochę ludzi, w tym policjanci. Wysiadłem z auta i powoli podszedłem do grupki osób, zgromadzonej na placu przed budynkiem.
Po kilku minutach obserwowania scenki, zrozumiałem o co chodzi. Prawdopodobnie kilku mieszkańców bloku kłóciło się z właścicielem ( łysawym Azjatą koło pięćdziesiątki) o ubezpieczenia i zwrot jakichkolwiek pieniędzy. Gdy on łamaną angielszczyzną wyjaśniał im, że są raczej nikłe szanse na pokrycie strat po pożarze podszedłem do policjanta, stojącego trochę bardziej z boku. Nie ingerował już w kłótnię mieszkańców, chociaż na początku próbował ich uspokoić. Skrobał coś spokojnie w swoim notesie, zerkając co chwilę na budynek. Wyjaśniłem mu szybko sytuację.
-Jak nazywa się twoja znajoma? – spytał.
-Debra Collins.
Przewrócił kilka kartek swojego notesu.
-No tak, wszystko jasne. Wczoraj jej szukaliśmy. W końcu uznaliśmy ją za zmarłą. Mieszkała na siódmym piętrze?
Wzdrygnąłem się na samą myśl o tym, że Debra mogła zginąć, gdybym nie zabrał jej na ten koncert.
Mogła zginąć. Oczywiście nie była to moja zasługa, ale myślę że to było po prostu szczęście. Ale gdybyśmy nie zaczęli się spotykać, nie zabrałbym jej na ten koncert, zostałaby w domu, i prawdopodobnie zginęła w pożarze. ‘Nic nie dzieje się bez powodu’ – mówiła jedna z moich nauczycielek. Denerwował mnie to powiedzenie, bo według mnie nie było trafione. Mówią tak tylko ludzie, których nigdy nie spotkało nic naprawdę złego. Kiedyś usłyszałem lub przeczytałem zdanie ‘Nic nie było by takie samo, gdybyś nie istniał’. Przyznam szczerze, uderzyła mnie prawdziwość tego cytatu. Żadna osoba, wydarzenie, nie było takie samo bez naszego istnienia. Myślę, że wpływamy na więcej rzeczy, niż nam się wydaje i wszystko jest ze sobą jakoś powiązane.
-Proszę pana? – z zamyślenia wyrwał mnie głos gliniarza.
-Uh, przepraszam. Tak, mieszkała na siódmym piętrze.
-No to wszystko się zgadza. Najlepiej by było, gdyby przyjechała tutaj osobiście, z jakimś dokumentem. Z mieszkania nic nie udało się odzyskać.
-A co było przyczyną pożaru?
-Coś z gazem w piwnicach. Sprawy techniczne.
Wtedy właściciel bloku głośno i wyraźnie oznajmił zgromadzonym i nieźle wkurzonym lokatorom, że każdy z nich zostanie na dwa tygodnie zakwaterowany w hotelu, a potem prawdopodobnie przeniesiony do mieszkania zastępczego.
‘Prawdopodobnie’ wywoła kolejną falę kłótni i pretensji mieszkańców. Podziękowałem policjantowi (niektórzy gliniarze są jednak w porządku) i wróciłem do samochodu. Szybko zadzwoniłem do Debry i wytłumaczyłem jej, co teraz powinna zrobić. Niemal słyszałem, jak odetchnęła z ulgą. Obiecałem, ze wpadnę przed końcem jej zmiany.
Potem nie miałem co ze sobą zrobić, więc zdecydowałem pojechać do Jill. Nie byłem u niej już kilka tygodni. Mieszkała na tym samym osiedlu co Debra. Więc zostawiłem samochód i poszedłem piechotą, ponieważ pod blokiem Jill nie miałbym gdzie zaparkować. Po kilkunastu minutach wspinałem się po schodach do mieszkania Jill.
Zadzwoniłem dzwonkiem do drzwi. Po chwili usłyszałem kroki i jakieś inne dźwięki. Drzwi otworzyła Jill...z dwu, trzyletnim dzieckiem na rękach.
  • awatar Nereitte: Wspaniałe ;) Już nie mogłam się doczekać kolejnego rozdziału. A i to chyba oczywiste, że Ci wybaczamy! Czas leci tak szybko, że wydaje się, jak gdyby wczoraj dodawało się wpis, a tak naprawdę mijają miesiące. Skąd ja to znam..? ;p Uwielbiam Twoje opowiadanie, masz tak wspaniały styl pisania. Czekam na następny wpis - ale nie poganiam Cię, mogę wytrwać nawet rok, jednak musisz mi obiecać, że dokończysz te opowiadanie, hehe. :D
  • awatar ♥MATHƎRS♥: uwielbiam to.<33
  • awatar Detroit-dreams: racja, przepraszam za te błędy, haha :) pisałam wczoraj wieczorem i trochę nie kontaktowałam już ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Wybrałem właściwy zjazd z autostrady i zmieniłem biegi, jednocześnie zerkając na zegarek.
Piętnaście po pierwszej w nocy.
Debra spała skulona na siedzeniu obok, przykryta moją kurtką. Słyszałem jej cichy i miarowy oddech. Odpłynęła zaraz po tym, jak wyjechaliśmy z Toledo. Powiedziała, że ‘jazda samochodem ją usypia’. Będę musiał ją obudzić, bo za czterdzieści minut będziemy w Detroit. A wygląda tak uroczo gdy śpi.
Sam bym się chętnie przespał…Prowadziłem od ponad dwóch godzin i miałem dosyć. Byłem zmęczony po koncercie. Bo pojechaliśmy do Toledo ( około 3 godziny jazdy od Detroit) na koncert jakieś mało znanego zespołu, który Debra uwielbia. Faktycznie, byli nieźli.
Zjechałem na bok i zatrzymałem się na poboczu. Debra momentalnie się obudziła.
-Jesteśmy na miejscu? – spytała zaspanym głosem.
-Nie, zatrzymałem się, bo jestem trochę zmęczony.
-Podobał ci koncert?- spytała, szukając czegoś w schowku.
-Ta, było świetnie. Mają dobrego basistę.
- No nie ? Dzięki, że ze mną pojechałeś.
-Ta randka udała nam się bardziej od pierwszej.
-O tak, o wiele bardziej – uśmiechnęła się. – Chociaż brakowało mi twojego striptizu.
-Ściągnąłem tylko koszulkę!
-Bo powstrzymałam cię. Chociaż nie miałabym nic przeciwko gdybyś zdjął więcej. – zaśmiała się.
Po dość kiepskiej pierwszej randce ta wydaje się być niemal idealna. Jesteśmy już oficjalnie razem od kilku tygodni i na razie wszystko jest świetnie. Żadnych problemów, bo to nasz ‘miesiąc miodowy’.
Odgarnąłem niesforny kosmyk z jej twarzy i pocałowałem ją.
-Może już jedźmy? Muszę być jutro w pracy o dziesiątej. Chętnie bym za ciebie poprowadziła…gdybym umiała.
Moje prawko zrobiłem stosunkowo niedawno, więc musiałem błagać Toma, żeby pożyczył mi swój wóz. W końcu się zgodził, bo droga do Toledo prowadziła przez niemal same autostrady, no i to tylko trzy godziny.
-W porządku, dam radę. – mruknąłem, wyciągając butelkę wody ze schowka. – A jak ci się pracuje w tej kawiarni?
-Jest w porządku. Ludzie dają więcej napiwków, i są milsi. To po prostu inne środowisko. – powiedziała, gdy odpalałem samochód. - Ale brakuje mi ciebie. – dodała.
-Mi ciebie też. – dodałem, splatając nasze dłonie.
Do Detroit dotarliśmy po pół godzinie. Najpierw zamierzałem odwieźć Debrę, a potem pojechać do domu.
Debra mieszkała na tym samym osiedlu co ja kiedyś ( i Jill obecnie), tylko na drugim końcu. Ale i tak przejechaliśmy obok bloku Jill. Poczułem wyrzuty sumienia, bo nie byłem u niej już ponad dwa tygodnie. Nie miałem czasu do niej zajrzeć – w tygodniu chodziłem do pracy, a weekendy spędzałem z Debrą. Dobrze nam się układało i nie chciałem tego zepsuć, a ponowny kontakt z Jill mógłby przywołać dawne uczucia do niej. Tak przynajmniej uważałem, i usprawiedliwiałem się w ten sposób.
Gdy dojeżdżaliśmy do bloku Debry, zobaczyliśmy sporą grupę ludzi stojącą na placu przed budynkiem. W miarę gdy się zbliżaliśmy, widzieliśmy coraz więcej osób.
-Co do… - urwałem, bo oboje zobaczyliśmy blok Debry stojący w ogniu. Paliła się górna część budynku, wokół panował chaos, ludzie wybiegali z budynku, a straż próbowała ugasić pożar.
-Kurwa! – krzyknęła Debra, wysiadając z samochodu.
Mieszkała na ósmym piętrze, a wyglądało na to, że palą się wszystkie piętra powyżej piątego.
Wysiadłem za nią, ale ona zginęła już gdzieś w tłumie. Zobaczyłem ją po chwili stojącą obok Rock’a - jej sąsiada.
-..nie mam pojęcia co się stało, ale to chyba miało związek z mieszkaniem na piątym piętrze. Chyba coś wybuchło. – usłyszałem Rocka’a, który wyglądał na tak samo zdenerwowanego jak Debra.
-Twoje mieszkanie jest od zachodniej strony, moje od wschodniej, czyli jest większe prawdopodobieństwo że nie mam już gdzie wracać. Boże, pali się prawie pół budynku. – powiedziała Debra, patrząc w górę, po czym usiadła na jednej z małych ławek ustawionych wokół placu przed blokiem. Ukryła twarz w dłoniach.
Usiadłem obok niej i przytuliłem ją.
-Może nie wszystko się spaliło. Może coś uda się uratować…No i na pewno dostaniesz jakieś pieniądze.
-Wynajmowałam mieszkanie. Odszkodowanie dostanie właściciel bloku, nie ja. To znaczy, nie jestem pewna, ale tak mi się wydaje. Miałam tam wszystkie moje rzeczy, pieniądze… - wzięła głęboki oddech. – Popatrz na to.
Faktycznie, było kiepsko. Języki ognia przejęły większą cześć budynku, doszczętnie ją niszcząc. Strażacy robili co mogli, ale wciąż nie mogli wygrać z żywiołem.
-Będzie w porządku… - powiedziałem, łapiąc ją za rękę.
-Nie, Kenny, nie rozumiesz. – odpowiedziała, odwracając się w moją stronę. W jej oczach błyszczały łzy. – Nie mam już nic.


*JILL*

W mieszkaniu panowała grobowa cisza. Słychać było ciche tykanie zegara i skrzypienie mojego łóżka, bo przewracałam się z boku na bok.
Od kilku tygodni nie mogłam spać. Przesypiałam zwykle kilka godzin, a potem budziłam się i nie mogłam ponownie zasnąć. Nie wiem czym to było spowodowane, bo nie byłam szczególnie zestresowana, ani nic takiego. Spędzałam całe dnie siedząc przed telewizorem i oglądając ‘Supernatural’, jedząc przy tym czekoladowe lody Ben&Jerry’s. Miałam dość mojego nic nierobienia i włóczenia się bez celu po domu, dlatego kilak dni wcześniej dostałam ‘pracę’ jako opiekunka do dzieci sąsiadów. Kate i Nick byli pięcioletnimi bliźniakami z niesamowitymi pokładami energii. Zajmowałam się nimi tylko po trzy, cztery godziny, zanim wróciło któreś z rodziców. Lubiłam się nimi zajmować.
Podniosłam się z łóżka i bezszelestnie, żeby nie obudzić Ali, poszłam do kuchni. Zapaliłam małą lampkę i nalałam sobie szklankę wody. Usiadłam na krześle przy oknie. Na zewnątrz panowały egipskie ciemności; dochodziła trzecia nad ranem. Po kilku minutach usłyszałam syrenę strażacką, pewnie coś się paliło w blokach po drugiej stronie osiedla. Próbowałam dostrzec co się dzieje, ale widok zasłaniał mi sąsiedni blok.
-Dlaczego nie śpisz? – podskoczyłam na dźwięk głosu Allison, stojącej w drzwiach do kuchni.
-Nie mogłam zasnąć…
-To kolejna noc z rzędu, może powinnaś iść do lekarza – powiedziała. – Co cię tak dręczy, ze nie możesz spać? Masz koszmary? – spytała, siadając obok mnie.
-Nie, nic mi się nie śni. Po prostu nie mogę spać. Może dręczy mnie sprawa Carrie. Wciąż nie wiem czy ją zatrzymać… Po prostu…To życiowa decyzja, a ja nie mam pojęcia co robić.
-Ja nie mogę ci pomóc, sama musisz zdecydować.
-Tylko proszę nie mów żeby rozważyć plusy i minusy każdej sytuacji, bo robiłam to już milion razy i nie działa.
-Może spróbuj znaleźć jakąś nastoletnią matkę, która zatrzymała swoje dziecko. Znajdź kogoś, kto jest albo był w takiej samej sytuacji.
-Chyba masz rację…Greta, dziewczyna z parteru urodziła dziecko w wieku szesnastu lat. Może ona mi chociaż trochę pomoże. – powiedziałam, wypijając ostatni łyk wody w szklance. – Wracam do łóżka. Ty też powinnaś. – dodałam, podnosząc się z krzesła.
-Hej, Jil, a co stało się z Kennym? Pokłóciliście się? – spytała.
-Nie, po prostu… Kenny ma dziewczynę, i zapomniałam o mnie.
-Serio? On?
-Nie wiem, chyba nie ma dla mnie czasu. Szkoda, bo trochę mi go brakuję. – powiedziała. – Dobranoc, Ali.
Nie brakuje mi go ‘trochę’, CHOLERNIE mi go brakuję. Nie tęsknię za nim jako za moim chłopakiem, ale za najlepszym przyjacielem, z którym mogłam pogadać, i który zawsze ze mną był. Może po prostu jestem zazdrosna, bo w końcu jest z kimś szczęśliwy, a ja chcę go mieć tylko dla siebie.

___________________


Wesołych świąt U was też metr śniegu za oknem?
  • awatar муѕzкα ♥: Dzieje się tu wiele.. ;o Szkoda mi Jill. Wiem jak się czuje.. Niby to tylko "trochę" ale rozpierdala od środka. Najgorsze uczucie. Debrze też nie jest dobrze. Ciekawe gdzie teraz zamieszka. Strasznie podoba mi się to opowiadanie, pisane łatwym językiem, krótko i na temat co daje więcej akcji. Jest naprawdę świetne, masz talent. Czytałam je "na raty", ale doszłam do końca, widzę, że rozdziały nie pojawiają się często, no, ale mimo wszystko będę czytać, jak coś dodasz. To opowiadanie wywiera na mnie takie emocje, że odczuwam wszystko co się w nim dzieje. Nie każdy wpis skomentowałam, bo nie starczało mi czasu, ale wszystko przeczytałam na pewno. Jestem pod wielkim wrażeniem i ogromne propsy dla Ciebie. Jest zajebiste <3 Wpadnij do mnie też piszę..
  • awatar ♥MATHƎRS♥: ♥♥♥!
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Ojej szkoda mi Debry, biedna straciła cały swój dobytek. Mam nadzieję, że wszystko się ułoży! Dobrze, że chociaż ma lepszą pracę. Jill musi zachować dziecko! Może rzeczywiście rozmowa z osobą o takiej samej sytuacji jej pomoże. Wesołych Świąt!! :) mam dość tego śniegu -.-
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
ostatni wpis 21 dni temu! przepraszam za taką długo przerwę, ale zwyczajnie nie mam czasu. już zaczęłam pisać nowy rozdział, ale nie mam kiedy go dokończyć. postaram się skrobnąć coś w tym tygodniu, ale możliwe że dopiero za tydzień coś tu wstawię. jeszcze raz przepraszam i mam nadzieję że o mnie nie zapomnieliście
 

 
Podszedłem do lustra. Przeciągnąłem ręką po włosach i poprawiłem marynarkę.
-I jak? – spytałem Shanonn, odwracając się w jej stronę.
Zmarszczyła brwi i podeszła do mnie.
-Hm, krawat zdecydowanie nie pasuje.
-Ale Shanonn, przecież… - zacząłem, ale już mnie nie słuchała. Była zajęta szukaniem bardziej pasującego krawatu.
-Ten jest idealny. – powiedziała, przykładając do mnie czerwony krawat. – Do twarzy ci w tym kolorze.
-Wiesz, chyba to nie jest najodpowiedniejszy krawat na pogrzeb.
-No tak… - mruknęła, podając mi inny. – Ten będzie lepszy.
-Tak, dzięki.
Nie prosiłem jej o pomoc, nie zamierzałem iść nawet na pogrzeb ojca Jill w garniturze. Hm, nie zamierzałem w ogóle iść na jego pogrzeb, ale Jill mnie poprosiła, wiec zgodziłem się. Shanonn uparła się, że nie mogę tam iść w zwykłych spodniach i koszuli, nawet jeśli będą czarne. Więc od pół godziny wybierała ze mną odpowiedni krawat do jedynego garnituru Toma, który na mnie pasował.
-Och, daj mi to… - powiedziała, patrząc na moje nieudane próby zawiązania krawata. – Nikt nie nauczył cię go wiązać? – zaśmiała się, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co powiedziała.
-Nie.
Zapadła niezręczna cisza, ale nie zamierzałem zmieniać tematu.
Shanonn zamarła i podniosła wzrok. Nasze spojrzenia skrzyżowały się.
-Było ci ciężko wychowywać się bez ojca? – spytała cicho, znowu zaczynając wiązać krawat.
To pierwszy raz, gdy otwarcie o tym mówi. Miałem wrażenie, że do tej pory traktowała całą tą historię z Tomem jak temat tabu i udawała, że nic takiego nie miało miejsca.
-A jak myślisz? – spytałem, starając się brzmieć złośliwie. – Nikt nie nauczył mnie wiązać krawatu czy golić się. Ciąłem się przy tym przez parę ładnych lat. Nie chodzi mi o to, żeby teraz wzbudzać w Tomie poczucie winy, albo oczekiwać, że to wszystko naprawi. Naprawdę. Ale ciężko jest o tym zapomnieć. Po prostu żałuję, że nie miałem nikogo, z kim mogłem chodzić na mecze, i robić te wszystkie rzeczy, które robią ojcowie z synami. Moja nienawiść do niego już zniknęła, mam do was dług wdzięczności, że mogę tu mieszkać.
Znowu zapadła cisza.
Odwróciłem się do lustra, wciąż czując na sobie wzrok Shanonn.
-Przykro mi. – mówi cicho.
Nie wiem czemu jej to powiedziałem Przecież nie mam w zwyczaju mówić takie rzeczy ludziom i użalać się nad sobą.
-Czy ta rozmowa może zostać między nami? – spytałem.
Kiwnęła głową i zasunęła szuflady z krawatami Toma.
-Dzięki za pomoc. Będę już leciał.
-Nie ma problemu. Baw się dobrze. – odpowiedziała niemal mechanicznie.
-To pogrzeb, Shanonn.
-Ach, no tak. – uśmiechnęła się i zamknęła szafę.
Byłem prawie pewny, że powie o wszystkim Tomowi i od jutra oboje będą na siłę próbować mnie uszczęśliwić.
Poszedłem na przystanek autobusowy i po pół godzinie byłem już na cmentarzu. Do pogrzebu zostało jeszcze kilkanaście minut, a Jill chyba jeszcze nie przyszła. Ruszyłem więc w kierunku grobu mojej matki.
Byłem tu ostatnio na jej pogrzebie i wydawało mi się wtedy, że raczej nie prędko znowu będę stał nad jej grobem. Ale coś popchnęło mnie w tym kierunku.
Stanąłem nad prostą, kamienną płytą z wygrawerowanym napisem:
‘Juliane McGurdy
1975-2012
Spoczywaj w pokoju’
Podszedłem bliżej i odgarnąłem kilka liści, które spadły na nagrobek. Na płycie stał bukiet zwiędłych kwiatów i jeden znicz.
Znalazłem w kieszeni zapalniczkę i zapaliłem go. Nie wiem czemu, może to był znak mojego szacunku do niej? Przecież była moją matką, chociaż kiepsko sobie radziła w tej roli. Nigdy nie dogadywaliśmy się najlepiej, ale…Kochałem ją, ponieważ była moją matką. Szkoda, że przyszło mi to do głowy po jej śmierci.
Odwróciłem się i wtedy dostrzegłem Jill. Mijając kolejne nagrobki, podszedłem do niej.
-Hej.
-O, cześć Kenny. – powiedziała. – Dzięki, że przyszedłeś.
-Nie mam problemu.
Posłała mi coś na kształt bladego uśmiechu.
-Jak się czujesz? – spytałem.
Wzruszyła ramionami.
- W porządku. – odpowiedziała. – Ale z moją mamą jest gorzej. Myślę, że ma kilka oznak depresji. I musiałam osobiście zadzwonić do Roba, żeby mu wszystko powiedzieć.
- Jak to przyjął?
- Był w ciężkim szoku. Nie mógł być na pogrzebie, dzisiaj ma rozprawę. Boję się, że ona kompletnie się załamie, gdy dostanie kilka lat. Ale moja ciotka zaproponowała jej, żeby na jakiś czas zamieszkała u niej. Mają dom na farmie, myślę że taki pobyt w innym miejscu dobrze jej zrobi.
-Ty też zamierzasz jechać?
-Raczej nie. Wolę zostać tutaj.
Ucieszyłem się w duchu, bo nie chciałem żeby gdzieś wyjeżdżała. Wolałem, żeby była w pobliżu.
Na cmentarzu zaczęli zbierać się ludzi, zobaczyłem też pastora. Po chwili ceremonia zaczęła się. Trzymałem się z boku, starając się wmieszać w tłum, Jill stała obok swojej rodziny. Kilka osób ocierało łzy, słychać było szloch starszej kobiety, może matki pana Frucka. Poczułem jednak frustrację, gdy pastor nazwał go ‘ kochającym i wspaniały człowiekiem, który wiele razy pomagał w kościele’. Nikt nie raczył wspomnieć, że wyrzucił Jill z domu. Rozumiem, umarł człowiek, który miał rodzinę, przyjaciół i tak dalej, ale nie był ani kochającym, ani wspaniałym człowiekiem.
Nie miałem ochoty nam być, więc odetchnąłem z ulgą, gdy pogrzeb skończył się. Ludzie składali kondolencje mamie Jill, podczas gdy ona stała za niewielkimi brzozami, wpatrując się w miejsce, w którym został pochowany jej ojciec.
Podszedłem do niej i zapytałem, jak się trzyma.
Nie dopowiedziała. Objąłem ją, a ona przylgnęła do mnie, nie zamierzając mnie puszczać.
-Będzie dobrze. – wyszeptałem, muskając policzkiem jej włosy. – Chodźmy stąd, to miejsce jest zbyt przygnębiające. – dodałem, odsuwając się.
Kiwnęła głową i razem opuściliśmy cmentarz.
-Wracasz do domu? – spytała po kilku minutach Jill.
-Nie, chyba zajrzę jeszcze chwilę do baru. Chcesz iść ze mną?
-Nie, dzięki. Wrócę do domu. Mama zaprosiła najbliższą rodzinę do mieszkania, więc chyba muszę tam iść, chociaż nie szczególnie mam ochotę.
Właśnie doszliśmy do placu, na którym znajdował się bar Marcusa, więc pożegnaliśmy się i wszedłem do baru.
Dużo ostatnio myślałem o Jill i Debrze, i teraz jestem kompletnie zagubiony. Wczoraj poszedłem na kolejną randkę z Debrą. Dobrze się bawiliśmy i chyba coś poczułem do niej. Zależy mi na niej, i na Jill też. Dużo przeszliśmy z Jill, ale niezbyt pasujemy do siebie, ale Debrę znam od nie dawna i nie wiem czy chcę się w to angażować. Nie jestem już niczego pewny.
Usiadłem przy barze, rozglądając się za Debrą.
O, jest. Sprząta stolik w rogu.
Zastanawiałem się, czy nie powinienem porozmawiać z nią, ale za każdym razem tchórzyłem. Nie chciałem niczego zepsuć, bo dobrze się dogadywaliśmy. Najbardziej boję się tego, że w końcu ją zranię. Naprawdę tego nie chcę.


*JILL*

Przeszłam przez plac szybkim krokiem, bo trzęsłam się z zimna pod moim cieniutkim płaszczem i chciałam już znaleźć się w mieszkaniu. Nawet pośród moich krewnych, których prawdopodobnie będę musiała pocieszać, na co nie miałam najmniejszej ochoty.
Ale gdy doszłam do mojej ulicy zawahałam się. Nie wiele myśląc, zawróciłam i ruszyłam w kierunku baru.
Musiałam porozmawiać z Kennym. Nie chcę dalej tego ciągnąć.
Chcę po prostu powiedzieć mu, że wciąż coś do niego czuję…Może to nie był najlepszy moment, ale nie potrafię udawać, że wszystko jest w porządku, a my jesteśmy tylko przyjaciółmi.
Nie zastanawiając się, ( gdybym zaczęła to wszystko analizować, pewnie zrezygnowałabym) pchnęłam drzwi od baru i weszłam do środka.
Nie było tłumów, widziałam tylko kilka zajętych stolików. Rozglądałam się za Kennym, ale nigdzie go nie widziałam. Dopiero po chwili go dostrzegłam. A raczej - ich.
To, co zobaczyłam trwało zaledwie kilka sekund. Dziewczyna z ciemnymi, kręconymi włosami podeszła do niego i pocałowała go.
Byłam tak zaskoczona, że stanęłam bez ruchu, wpatrując się w tą scenę, analizując każdy szczegół – ręce Kenny’ego na wysokości bioder tej dziewczyny, jej dłonie na jego ramionach, bliskość między nimi. Nie byłam w stanie się poruszyć; widziałam tylko ich, całujących się.
To był krótki pocałunek na powitanie, więc po chwili odsunęła się. Kenny powiedział coś, a dziewczyna roześmiała się głośno. Wtedy on podniósł wzrok i zobaczył mnie.
Przez krótką chwilę nasze spojrzenia spotkały się, a uśmiech na jego twarzy zbladł. Odruchowo zrobiłam kilka kroków do tyłu, a potem najszybciej jak umiałam wyszłam z sali.
Gdy znalazłam się na zewnątrz, przeszył mnie zimny wiatr. Zadrżałam i przyśpieszyłam kroku.
-Jill! Poczekaj! – usłyszałam głos Kennye’go, za swoimi plecami.
Posłusznie zatrzymałam się, wzięłam głęboki oddech i powoli odwróciłam się.
Tylko nie rozpłacz się przed nim, Jill. Tylko się nie rozpłacz.
-Dlaczego wyszłaś?
-Nie…nie chciałam wam przeszkadzać. – wzruszyłam ramionami.
-Jesteś zła czy coś? – spytał niepewnie, zaglądając mi w oczy.
-Nie, dlaczego miałabym być zła. – powiedziałam, unikając jego wzroku jak ognia. – Nie jesteśmy razem, możesz spotykać się z kim chcesz, Kenny. Ale…dlaczego mi nie powiedziałeś?
-Nie było o czym mówić… Byliśmy dopiero na kilku randkach, ale wiesz…To Debra, dziewczyna którą poznałem w domu dziecka.
-Och. – mruknęłam, spuszczając wzrok.
-Więc… jest okej?
-Tak… Wracaj do niej.
-Widzimy się później?
-Jasne. – powiedziałam.
Kenny wrócił do baru, a ja ruszyłam w stronę domu.
Próbowałam to wszystko ‘przetrawić’, ale byłam w zbyt wielkim szoku. Widok Kenny’ego całującego się z tą dziewczyną był ostatnim, czego mogłam się spodziewać. Sama nie wiem, co czułam – zazdrość, czy żal, że to nie ja tam z nim stałam.
No tak, to dla mnie typowe. Myślałam, że Kenny będzie czekał, aż łaskawie pozwolę mu być ze sobą.
Pewnie znudził się czekaniem i miał tego zwyczajnie dosyć. Może to lepiej, że weszłam do baru i zobaczyłam ich razem, a nie usłyszała od Kenny’ego, że nic do mnie nie czuje i jest z kimś innym – wtedy byłabym bardziej zraniona, niż jestem teraz.

_____________________

To chyba najgorszy z moich rozdziałów. Mam nadzieję, że nikt nie zasnął w połowie
  • awatar Gość: Nie mogę się doczekać następnego rozdziału !!! Mam nadzieję że niedługo się pojawi ?? ;p
  • awatar Gość: No kiedy dalej? ;)
  • awatar ♥MATHƎRS♥: co Ty mówisz.;D świetny rozdział.:D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Podeszłem do drzwi z numerem 140 i przycisnąłem dzwonek.
Czułem się dziwnie stojąc na tej klatce schodowej, naprzeciwko drzwi do mojego starego mieszkania. Teraz to wszystko wydawało się takie obce, jakby od tego czasu gdy byłem tu ostatni raz minęły wieki.
Przyjechałem odwiedzić Jill, bo okropnie nudziłem się w domu. Toma i Shanonn odwiedzili jacyś znajomi , więc szybko się zmyłem i wsiadłem w autobus do Millons.
Usłyszałem kroki i po chwili drzwi otworzyły się. Za progiem stała Jill.
Byłą blada jak ściana.
Jill jest jedną z tych osób, które nie potrafią kłamać i ukrywać emocji. Wystarczy, że na nią patrzysz, a już wiesz że coś jest nie tak.
-Hej, wszystko w…? – nie dokończyłem pytania, bo ona po prostu podeszła do mnie i przytuliła się. Nie spodziewałem się tego, ale uścisk Jill był zawsze mile widziany. Objąłem ją w talli i spytałem jeszcze raz czy wszystko w porządku.
-Nie. Nic nie jest w porządku. Dzięki Bogu, że przyszedłeś – szepnęła, mocno do mnie przylegając.
-Poważnie Jill, co się stało? Coś z Robem? – spytałem, delikatnie odsuwając ją od siebie.
-Nie…chodzi o mojego ojca.
-Co z nim?
- Wejdź do środka – powiedziała cicho, zamykając za mną drzwi.
Poszedłem z nią do salonu.
-Co z twoim ojcem?
Zaczynałem się martwić. Coś było nie tak, a jeśli Jill tak długo zwlekała z odpowiedzią na pewno było to coś poważnego.
-Mój ojciec nie żyje. – powiedziała w końcu.
-Co? Ale…Jako to się stało?
-Miał zawał. – powiedziała ledwo słyszalnym głosem. – Jakiś tydzień temu. Dowiedziałam się o tym w sobotę, gdy tu przyjechałam. Nie przyszło mi do głowy, że on… - Jej głos zadrżał – Może umrzeć.
Nie przerywałem. Pozwoliłem jej mówić.
- Chciałam go odwiedzić. Byłam gotowa wybaczyć mu to wszystko, zapomnieć. Ale on nawet nie widział, że wróciłam. Powinnam tam iść wcześniej. Ale ja…Nie miałam pojęcia. Bałam się zmierzyć tym wszystkim. Gdybym wiedziała… - urwała i wytarła wierzchem dłoni łzy napływające do oczu.
Przez chwilę żadne z nas nic nie mówiło. Cholera, pan Frcuk nie żyje. Nie znałem go dobrze i nie specjalnie go lubiłem. Szczególnie po tym, jak wyrzucił swoją własną córkę.
-Myślałem w ten sam sposób, gdy moja matka umarła. Żałowałem, że nie mogę cofnąć czasu i chociaż spróbować coś zmienić. Może wtedy ona by wciąż żyła. – powiedziałem, siadając obok niej na kanapie. - Naprawdę mi przykro, Jill.
Przysunąłem się do niej i poszukałem jej dłoni. Nasze place splotły się, mocno uścisnąłem jej rękę.
Posłała mi coś na kształt uśmiechu i oparła głowę na moim ramieniu.
Miałem gdzieś to, że byliśmy ‘tylko przyjaciółmi’ i powinniśmy trzymać dystans.
W mieszkaniu panowała upiorna cisza. Słyszałem tylko ciche tykanie zegara i oddech Jill.
Zamknąłem oczy i oparłem swoją głowę na jej.
Jej włosy pachniały tak ładnie. Nie chciałem się nigdzie ruszać. Chciałem siedzieć tak już na zawsze.
‘Kocham cię, Jill.’ – przemknęło mi przez głowę.
Nie, nie kocham jej. Wszystko między nami skończone. Cholera, jeszcze trochę a powiedział bym to na głos.
Poderwałem się gwałtownie z kanapy.
-Przepraszam Jill, ale na śmierć zapo… - zacząłem, ale ze względu na sytuacje uznałem, że to powiedzenie nie jest odpowiednie. – Zapomniałem, że za chwilę zaczynam pracę. Muszę lecieć. Trzymaj się. Wpadnę do ciebie jutro.
-Jasne, leć. Do zobaczenia. – powiedziała cicho.
Wcale nie zaczynałem pracy za pół godziny. Nie chciałem jej okłamywać, ale czułem, że jeśli zostanę tam dłużej sprawy między nami mogą się bardziej pokomplikować. Z bólem serca wyszedłem z mieszkania. Ona też pewnie nie uwierzyła w moje słowa. Teraz pewnie zastanawia się, dlaczego tak nagel uciekłem, gdy ona mnie potrzebowała.
Biedna Jill. Widziałem, że strasznie się z tym wszystkim męczy. Nie jestem dobry w pocieszaniu ludzi, ale zrobiłbym wszystko, żeby poczuła się lepiej. Mógłbym z nią tak posiedzieć przez całą noc, ale naprawdę nie mogłem. Nie chcę kolejne powtórki z rozrywki.
Czas zapomnieć o Jill.
Wyszedłem z bloku i ruszyłem w kierunku baru. Dzisiaj była zmiana Debry i tej małej Europejki, Max.
No właśnie, Debra. Definitywnie coś między nami zaiskrzyło. Jest przecież taka miła, ładna i zabawna. Musimy umówić się na drugą randkę.
Pchnąłem drzwi do baru i wszedłem do zapełnionej ludźmi sali. Dzisiaj wyświetlany będzie mecz futbolu, co zgromadziło dużo klientów. Widziałem jak Debra krąży między stolikami, roznosi piwo i jakieś tanie i ohydne przekąski.
-Hej, Kenny, jak leci? – spytała, podchodząc do mnie.
-W porządku. A u ciebie? Sporo ludzi dzisiaj.
-Nie pamiętam tu takich tłumów. Jestem już cholernie zmęczona, ale na szczęście za chwilę kończę. A Max pali sobie papierosy na zewnątrz. – urwała, bo usłyszeliśmy głośne: ‘Ej laluniu, dwa piwa proszę’
Przewróciła oczami, a Bob, nowy pracownik baru, nalał dwa pełne kufle i postawił na jej tacy. Zniknęła wśród stolików, a ja usiadłem na wolnym stołku barowym.
W końcu mecz zaczął się, więc ludzie przestali zamawiać kolejne piwa, i skupili się na nim. Debra miała chwilę spokoju.
-Chodźmy do chłodni, tutaj jest za głośno żeby spokojnie rozmawiać. – powiedziała, kładąc na blat tace.
Nie czekając na moją odpowiedź, załapała mnie za rękę i ruszyła do chłodni.
- A ci wszyscy ludzie?
-Max może ich obsłużyć. – wzruszyła ramionami i zamknęła drzwi.
- To o czym chciałaś rozmawiać…? – spytałem, opierając się o półkę.
-Wiesz, dostałam propozycję pracy. Ojczym Rocka ma kawiarnię w północnym Detroit. Mogłabym uwolnić się do Marcusa. Nie wiem co robić… Zarabiałabym kilka dolarów więcej, ale musiałabym dojeżdżać dość daleko, więc straciłabym trochę kasy na metro. Policzyłam wszystko i jeśli od moich zarobków odejmę koszt biletów to pieniędzy jest tyle samo, ile dostaję tutaj…Nie wiem co robić… - westchnęła i spuściła wzrok.- No i nie widywalibyśmy się tak często. – dodała, łapiąc mnie za rękę w ten sam sposób jak ja dłoń Jill.
- To twoja decyzja, ale ja wybrałbym kawiarnię. Ten bar to straszna dziura. Tam mogłabyś tylko stać za ladą, a nie krążyć bez przerwy między stolikami. – powiedziałem, przybliżając moją twarz do jej.
Wcale nie kocham Jill. Jeśli pocałuję teraz Debrę, wszystkie uczucia do Jill zniknął.
-Chyba masz rację. – powiedziała, patrząc mi w oczy.
Przysunąłem się jeszcze bliżej i pocałowałem ją. Najpierw delikatnie, ledwo muskając jej usta, a potem coraz mocniej.
Nie wiem ile czasu minęło, ale w końcu delikatnie mnie odsunęła.
-Muszę oddychać, Kenny. – zaśmiała się.
Wtedy usłyszeliśmy jak w kuchni Max pyta kucharza, czy nie widział Debry.
-Jeszcze tylko dwie godziny, jakoś wytrzymam. – jęknęła cicho i podeszła do drzwi.
-Mogę pomóc nalewać piwo Bobowi.
-Naprawdę? Dziękuję – uśmiechnęła się i cmoknęła mnie w policzek.
Po chwili stałem za barem i wypełniałem kufle piwem.
Myślałem o tym, co czuję do Debry i do Jill. Czemu to wszystko jest takie skomplikowane?
Nie poczułem niemal nic, całując Debrę. Wtedy, gdy przyjechaliśmy do Roba, nasz pocałunek z Jill był czymś całkiem innym. Słyszałem fajerwerki. A teraz? Nic, kompletnie nic. Grobowa cisza. Może stare uczucie do Jill przeszkadza mi w byciu z Debrą?
‘Może potrzeba nam trochę czasu. Może za krótko się jeszcze znamy.’ – uparcie powtarzałem sobie to w myślach, ale gdzieś w głębi duszy miałem wrażenie, że oszukuję sam siebie.

*JILL*

Nie wiem jak długo siedziałam na kanapie, wpatrując się w przestrzeń. Czułam pustkę. To uczucie towarzyszyło mi odkąd dowiedziałam się, że ojciec nie żyje. Pustka. Wszechogarniająca pustka.
Dlaczego Kenny uciekł tak szybko? Był tu przecież jakieś 10 minut. Co do cholery zrobiłam źle? Lubię jego obecność. Nie musimy nawet rozmawiać, po prostu lubię, gdy jest w pobliżu. Nie musi nic robić, wystarczy, że go przytuliłam, a już poczułam się lepiej.
Cholera, kocham go.
Już bez wzajemności. On wcale nie chce ze mną przebywać. Po prostu obarczam go swoimi problemami, może ma tego dosyć.
Boże, jak mogę teraz o tym myśleć, mój ociec jest, kurwa, martwy. A ja zastawiam się dlaczego Kenny mnie nie kocha. Może dlatego, że jestem tak cholernie samolubna.
Podniosłam się z kanapy i ruszyłam do mojego pokoju. Szybko przeszłam obok sypialni matki, bo nie chciałam słyszeć jej płaczu. Jest w fatalnym stanie, ja nie mam pojęcia jak jej pomóc. Może dlatego, że też nie czuję się najlepiej.
Gdy znalazłam się już w swoim pokoju, zamknęłam szczelnie drzwi, otworzyłam szafkę i zaczęłam przeszukiwać jej zawartość. Szukałam albumu ze zdjęciami.
W końcu go znalazłam. Zrobiłam go własnoręcznie gdy miałam dziewięć lat. Teraz był bardzo zniszczony, więc wyglądał naprawdę brzydko. Pamiętam, ile pracy włożyłam w zrobienie tego albumu. Dałam go mamie na urodziny, własnoręcznie powklejałam nawet moje ulubione zdjęcia. Była nim zachwycona. Pewnie po prostu udawała. Przecież każdy tak robi – gdy dziecko pokazuje ci swój rysunek, mówisz, że jest wspaniały zanim zdążysz na niego spojrzeć. Nawet jeśli nie masz pojęcia co się na nim znajduje. Przez pierwsze lata swojego życia dzieci myślą, że świat jest piękny, nie ma na nim żadnych problemów, a dorośli zawsze będę się do nich uśmiechać, Święty Mikołaj istnieje, a potem nagle doznają szoku, gdy dochodzi do nich, że świat wcale nie jest taki różowy, a twój własny ojciec może wyrzucić się z domu, i wystarczy jeden cholerna decyzja, żeby potem żałować czegoś przez długi czas.
Usiadłam na podłodze, opierając się o ścianę i otworzyłam album. Lubiłam oglądać zdjęcia. Było coś kojącego w przeglądaniu starych fotografii i wracaniu do lepszej przeszłości.
Na pierwszych zdjęciach byłam głównie ja – moje zdjęcie zaraz po urodzinach, potem kilka fotografii z okresu gdy byłam kilkuletnim dzieckiem. Ostatnie zdjęcie zostało zrobione w naszym mieszkaniu, w salonie. Słabo to pamiętam, miałam jakieś sześć, siedem lat.
Siedzę z ojcem na kanapie. Chyba oglądaliśmy mecz koszykówki. On z napięciem wpatruje się w ekran telewizora, którego nie widać na fotografii. Ja mam na sobie ogromną fioletowo – biało- żółtą koszulkę. To oficjalne barwy Lakersów. Z tyłu ma napis ‘Bryant’, który dumnie prezentuję przed obiektywem, zupełnie nie zwracając uwagi na mecz. Pamiętam to. Mistrzostwa w 2002. Tata był wielkim fanem Lakersów. ‘Są przecież stąd. Jeśli jesteś z Detroit i nie kibicujesz Lakersom jesteś zdrajcą’ – powtarzał niemal przy każdym meczu. Rob kiedyś ośmielił się powiedzieć, że przecież nazywają się Los Angeles Lakers. Nigdy nie widziałam ojca tak oburzonego. ‘Lakers. Lake! A na Michigan mówi się ‘Kraina 10 000 Jezior’. No i kiedyś nazywali się Detroit Gems’! Miał bzika na punkcie koszykówki.
Powinnam gdzieś mieć tą koszulkę.
Zamknęłam album, i zaczęłam przeszukiwać szafę. Potem kolejną. Wyrzuciłam na podłogę zawartość niemal wszystkich szafek, szafeczek, szuflad.
W końcu ją znalazłam. Brudną i zakurzoną. Napis ‘Bryant’ był dość mocno sprany, ale było go jeszcze widać. Kobe Bryant. Boże, nie oglądałam meczu Lakersów od wieków. Nawet nie wiem czy dalej gra.
Założyłam koszulkę. Teraz była na mnie za duża tylko trochę. Chciałabym wrócić do tej chwili, do tamtego dnia.
-Mimo wszystkich twoich wad i tego co zrobiłeś, będę za tobą tęsknić, tato – szepnęłam cicho, nie próbując powstrzymać łez płynących po moich policzkach.
  • awatar ♥MATHƎRS♥: boskie.:D
  • awatar rozjebana97: w końcu nowy odcinek!! i jest genialny!!!!
  • awatar Nereitte: Mówiłam już kiedyś, że uwielbiam te opowiadanie? ;) Już nie mogę się doczekać, kiedy Jill i Kenny będą razem. Bo tego, że w końcu tak się stanie, jestem pewna. Póki co oszukują sami siebie. :< Jill musi się teraz okropnie czuć. Nie łatwo jest się otrząsnąć po czymś takim... Współczuję jej. :/ Czekam z niecierpliwością na następny rozdział! :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Zostałam nominowana do Liebster Blog Award przez '♥.EMIN3M.♥' , 'andziaaa1566.pinger.pl'

Zasady konkursu:

Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego bloggera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym, nie możesz nominować osoby, która cię nominowała) oraz zadajesz im 11 pytań.

No to jedziemy

*1. Napisz coś o sobie.*
Nigdy nie wiem co napisać przy takich pytaniach....
Jestem Julia, lubię pisać i słuchać muzyki, gram też trochę na perkusji.

*2. Gdybyś miał/miała możliwość 'wyrzucić' jakąś gwiazdę ze świata muzyki, na kogo padł by twój wybór?*
Nie chcę nikogo urazić, więc nie będę pisać kogo konkretnie mam na myśli. Ze świata muzyki powinni zniknąć ci, którzy tworzą ją tylko dla kasy, a nie po to, by wrazić siebie, swoje emocje i uczucia.


*3. Na czyj koncert najbardziej chciałbyś/chciałabyś iść?*
To chyba jasne, Ema

*4. Skąd czerpiesz inspirację?*
Głównie z muzyki.

*5. Masz ask.fm ?*
Nie.

*6. Ulubiony film.*
Trudno wybrać tylko jeden, oglądałam ich naprawdę dużo...

*7. Ulubiony artysta/artystka.*
No to też chyba jasne Eminem oczywiście. Ale słucham czasem także starych dobrych kawałków 50 Centa, Tupaca oraz Nirvany, Lany Del Rey i ostatnio nawet przesłuchałam nową płytę Bruno Marsa. Staram się nie słuchać jednego gatunku, ale wszystkich.

*8. Czy na ścianach Twojego pokoju są plakaty ?*
Były, ale ostatnio miałam malowany pokój, więc musiałam wszystkie siągnąć. Ale juz wkrótce się pojawią

*9. Jesteś tolerancyjna/y ?*
Staram się i myślę, że jestem.

*10. Gdzie chciałabyś/chciałbyś jechać na wakacje ?*
Madryt/Rzym/Londyn

*11. Lubisz swoją szkołę ? *
Hm...Chyba tak. To znaczy, nienawidzę chodzić do szkoły i połowa mojej klasy to idioci, ale ogólnie to nie jest źle.


I tu pojawia się problem bo ja nawet nie obserwuję 11 osób. Jestem przyzywczajona do klasycznego Onetu, w którym nie ma opcji dodawania do znajomych. Tak naprawdę używam pingera tylko do umieszczania opowiadania, czasem tylko przeglądnę jakiś blog.
Ale bardzo dziękuję za nominację
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: @Detroit-dreams: Till I colapse jest świetne! Ja lubię jak jest wkurzony np. w Love the way you lie part II. Jego zwrotka omg! mogłabym słuchać tego na okrągło, jak coraz bardziej podnosi ton głosu! Poza tym uwielbiam jego poczucie humoru! Piosenka d12 - my band za każdym razem mnie rozśmiesza! To jak ciągle pokerowa twarz, a jak coś go rozśmieszy to tak przesłodko próbuje powstrzymać uśmiech :D
  • awatar Detroit-dreams: @Another Bruno Mars's Stories: ahh, ja też uwielbiam The Eminem Show, to moja ulubiona. I również z jakiś powodów lubię jak jest taki w kurzony jak w Kill You, White America itd. Ja oprócz tych które wymieniłaś bardzo lubię No Apologies i Till I Collapse :)
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: @Detroit-dreams: ciężko mi wybrać bo każda ma wyjątkowe piosenki, ale chyba najbardziej the Eminem Show, no i Recovery, nie wiem czemu, ale uwielbiam jak prawie krzyczy w swoich piosenkach, tyle emocji :D a jeśli chodzi o piosenki o kurde jeszcze trudniej wybrać, uwielbiam 3am, Superman, Sing for the moment, Kill you, Cleanin out my closet, Underground, Going through changes, Stan, talkin 2 myself, o matko mogę tak wymieniać bez końca :D pamiętam że za dzieciaka już słuchałam jego piosenek, dzięki bratu, także jestem jego fanką :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Ponad 1000 odwiedzin, 100 stron zapisanych w Wordzie i prawie 200 dni mojego bloga!
Jestem naprawdę zaskoczona moją wytrwałością. Zwykle poddawałam się po paru tygodniach.
Dziękuję za motywowanie mnie do pisania swoimi miłymi komentarzami wszystkim moim czytelnikom

*******


Z trudem otworzyłem oczy. Przez kilka sekund nie wiedziałem gdzie jestem. Potem skojarzyłem fakty…i dostrzegłem dwie puste butelki po winie na podłodze.
Szumiało mi w głowie i cholernie chciało mi się pić.
-Ugh. – mruknąłem i wstałem z łóżka.
-Główka boli? – usłyszałem głos Debry.
Stała przy części kuchennej.
- Naprawdę wypiliśmy tak dużo? – spytałem.
- Razem wypiliśmy jedną butelkę. Ty sam zająłeś się drugą.
-Serio?
-Tak. A potem zapragnąłeś pokazać mi swój taniec. Striptizera.
-To wyjaśnia dlaczego nie mam koszulki.
-Chciałeś ściągnąć z siebie więcej, ale cię powstrzymałam. Potem zasnąłeś.
-Przepraszam za to…
-Nic się nie stało, było całkiem zabawnie. – uśmiechnęła się.
-Mogę dostać coś do picia?
-Jasne.
Podeszła do małej lodówki, wyciągnęła z niej butelkę wody i rzuciła mi.
-Dzięki.
-I wiesz co, Kenny?
-Co? – mruknąłem, odkręcając butelkę.
-Byłbyś całkiem niezły striptizerem.
-Bardzo śmieszne.
-Mówię serio. Masz całkiem ładną klatę.
Rzuciłem w nią poduszką.
-Mam nadzieję, że to wszystko co robiłem wczoraj.
-Um…Właściwie…Wczoraj, zaraz gdy wróciliśmy z baru trochę się pokłóciliśmy i potem…Pocałowaliśmy się.
-Pamiętam to, nie byłem wtedy aż tak pijany. Zrobiłem to świadomie. To znaczy…Mówiłem głupoty i przepraszam za to, ale…Pocałowałem cię świadomy tego co robię.
- Ja też przepraszam.
-Więc…Nie jesteś na mnie zła?
-Po prostu… - podniosła puste butelki z podłogi i wrzuciła je do kosza. – Teraz wiem co naprawdę o mnie myślisz.
-Byłem po prostu pijany.
-Ale ‘byłeś świadomy tego co robisz’.
Cholera. Mogłem powiedzieć, że kompletnie nic nie pamiętam.
-To nie tak… Nie myślę tak. Naprawdę. Wkurzyło mnie to, co powiedziałaś. Dlatego tak zareagowałem.
-W porządku, nie jestem bez winy, ale… - spuściła wzrok. – Powiedziałeś prawdę, więc dlatego to tak mnie zabolało. Prawda.
-Nie, przestań. Sama powiedziałaś, że to koniec z Marcusem. Po prostu zapomnijmy o tym co się wczoraj stało?
- O wszystkim?
-Niekoniecznie – powiedziałem, przysuwając się do niej. – Całkiem nieźle całujesz, Jill. – dodałem.
-Jill? - odsunęła się.
CHOLERA.
-To znaczy, uh, Debra…Przepraszam…Jestem jeszcze pijany.
-Więc idź do domu i wytrzeźwiej, zanim znowu powiesz coś głupiego.
-Ja tylko pomyliłem imiona.
-Nie chodzi o to, mam wrażenie jakbyś wciąż czuł coś do Jill…. A ja cię naprawdę lubię, Kenny. A jeśli wciąż coś między wami jest...Nie rób mi nadziei.
- Między mną a Jill…nic nie ma. Wszystko jest skończone.
- W porządku. Wierzę ci. Ale za chwilę muszę wyjść do pracy, mam dzisiaj drugą zmianę. Widzimy się później?
-Jasne.
Podała mi koszulkę i cmoknęła w policzek.
Gdy wychodziłem z jej mieszkania było po dwunastej. Powlokłem się na przystanek i wsiadłem do pierwszego autobusu, który jechał w stronę Green Load. Wtedy przypomniałem sobie, że Tom i Shanonn wracają dzisiaj od jej rodziców. Mogłem zostawić im jakąś wiadomość, cokolwiek, przecież nie mają pojęcia co się ze mną dzieje i gdzie jestem.
Do domu dotarłem przed pierwszą. W hallu leżały jeszcze nierozpakowane walizki. Pewnie wrócili późno.
Zastałem ich w kuchni. Tom siedział przy stole czytając gazetę, a Shanonn oparta o blat piła kawę.
-O, Kenny! Jak udał ci się weekend? Nam wręcz wspaniale! – zaczęła swoją radosną paplaninę Shanonn gdy tylko mnie zobaczyła. – Wróciliśmy po trzeciej nad ranem, więc wstaliśmy dopiero przed chwilą. A ty wychodziłeś gdzieś wczoraj?
Nie mieli pojęcia, że dopiero wróciłem do domu. Może to nawet lepiej, nie miałem ochoty im wszystkiego wyjaśniać.
-Nie, zostałem w domu. – powiedziałem. – Fajnie, że udał wam się weekend.
-Co stało ci się w rękę? – spytał Tom.
-Ah, mały wypadek. Rozbiłem kubek.
-Sam założyłeś sobie taki opatrunek? Na prawą rękę? Musiałeś się nieźle skaleczyć.
-Taak, to całkiem proste. – mruknąłem. – Pójdę wziąć prysznic.
Faktycznie, opatrunek był dobry. Jill zaliczyła przecież kurs pierwszej pomocy w tamtym roku.
Gdy po prysznicu wróciłem do kuchni ich już tam nie było. Wziąłem butelkę wody i zaszyłem się u siebie.
Nawet nie wiem kiedy zacząłem nazywać ich sypialnię dla gości ‘moim pokojem’, a z pracy wracałem do ‘domu’. Mieszkałem już u nich miesiąc i przyzwyczailiśmy się do siebie. Nie było już niezręcznej ciszy przy śniadaniach i kolacjach. Utrzymywałem dystans, łączyły nas dość neutralne stosunki. Czułem się u nich dobrze i nie chciałem myśleć, że w końcu będę musiał się przeprowadzić. Nie mogę im wiecznie siedzieć na karku, chociaż gorąco zapewniali, że nie jestem problemem. Wychodziłem z założenia, że gdyby chcieli żebym się wyprowadził po prostu by powiedzieli.
Leżąc na łóżku i wpatrując się w sufit myślałem o tym, co powiedziałem Debrze o mnie i Jill.
‘Między nami nic nie ma’.
Kłamałem.
Między nami wciąż coś jest, tylko oboje udajemy że wszystko jest w porządku i zachowujemy się jakbyśmy nigdy nie byli razem.
Lubię Debrę, i może to dzięki niej zapomnę o Jill.






*JILL*

Zegar powieszony na ściany wskazywał pierwszą.
Nerwowo zastukałam paznokciami w zniszczony blat stolika. Wtedy zobaczyłam policjanta wchodzącego do sali. Za nim szedł Rob. Spodziewałam się że będzie miał kajdanki na rękach, lub więzienne ubranie, ale on wyglądał normalnie. Miał tylko kilkudniowy zarost.
Moje wyobrażenie o więzieniu było całkiem inne od rzeczywistości. Chociaż właściwie znajdowałam się w zakładzie karnym. Do więzienia zostanie przeniesiony za kilka tygodni, po jego rozprawie, gdy usłyszy już wyrok.
Udało mi się wyprosić widzenie z nim i teraz czekałam na Roba. Sala była dość przestronna, znajdowało się w niej kilka stolików. Oprócz nas, przy stoliku obok okna siedziały jeszcze dwie osoby.
Rob klapnął na krzesło naprzeciwko mnie, a strażnik stanął kilka metrów od nas.
-Co ty tutaj robisz?
-Przywiozłam ci trochę rzeczy.
Nie był zachwycony moją obecnością.
-Po co przyjechałaś Jill? Nie musiałaś.
-Ale chciałam.
-Mitch nie powiedział ci, że nie chętnie kogokolwiek do mnie wpuszczają?
-Powiedział, wczoraj z nim rozmawiałam. Ale dzisiaj rano postanowiłam, że muszę się z tobą zobaczyć.
-Powiedział ci o…no wiesz? – pochylił się nade mną i przyciszył głos.
-Nie wiem o czym mówisz…
Rob zerknął na strażnika, a potem na mnie. Gliniarz na chwilę odwrócił się, więc znowu pochylił się nade mną.
- Mitch pomaga mi się stąd wydostać – szepnął.
-Zwariowałeś?! – spytałam o wiele za głośno, bo policjant odwrócił się
-Ale on nie może się tu zjawiać, bo gliny coś wyczują, albo złapią też jego. Ty jesteś czysta.
-Proszę Rob, powiedz, że żartujesz.
-Proszę Jill, musisz mi pomóc. – ciągnął dalej.
-Nie szeptać! – usłyszeliśmy stanowczy głos policjanta.
-To najbardziej porąbany pomysł na jaki mogłeś wpaść. Chcę ci pomóc, ale nie w taki sposób. To nie pieprzony film akcji.
-Koniec wizyty. – powiedział wkurzony policjant, bo zignorowałam to, co powiedział wcześniej.
-Twoje rzeczy. – powiedziałam, kładąc na stoliku torbę z ubraniami.
Wyszłam z sali bez pożegnania, a glina odprowadził Roba.
Byłam zła na niego, bo znowu pakuje się w kłopoty. Jak mógł wpaść na coś takiego? To tak cholernie głupie, że aż nie chce mi się wierzyć.
Martwię się o niego. Nie chcę żeby całkiem zrujnował sobie życie.
Jadąc metrem do domu przypominałam sobie dzisiejszy ranek. Musiałam powiedzieć mamie o tym co się stało i dlaczego Rob do więzienia. Była w ciężkim szoku, nie miała pojęcia, że był dilerem. Nigdy nie pytała. Czuła się winna, wiedziałam to. Nie utrzymywali z nim kontaktów przez tyle lat. Ja też spotkałam się z nim zaledwie kilka razy, i nigdy nie mówiłam o tym rodzicom.
Miałam poczucie, że niepotrzebnie jej to powiedziałam. I tak miała już tyle zmartwień.
Gdy ja jechałam do więzienia, ona wybrała się do ojca, do szpitala. Ja nie byłam jeszcze gotowa. Obiecałam sobie, że w końcu muszę to zrobić. Skonfrontować się z nim, z przyszłością. Byłam gotowa mu wybaczyć.
Nie wiedziałam wiele o jego stanie zdrowia, ale Allison powiedziała, że nie jest najlepiej. Mama jeździła do niego codziennie.
-Już jestem! – zawołałam, gdy tylko przeszłam przez prób mieszkania.
Panowała cisza. Słyszałam tylko ciche tykanie zegara.
Przeszłam przez korytarz i kuchnię. Zobaczyłam mamę siedzącą na skraju kanapy w salonie. Wyglądała na taką drobną.
Siedziała odwrócona plecami, więc dopiero gdy podeszłam bliżej zobaczyłam, że płacze.
-Mamo?
Odwróciła się.
-Oh, Jillie. – powiedziała cicho drżącym głosem.
-C..co się stało? – spytałam słabo, chociaż podświadomie znałam odpowiedź.
-Twój ojciec…nie żyje… - udało jej się wykrztusić.
  • awatar rozjebana97: świetne! kieedy kolejne???
  • awatar ♥MATHƎRS♥: szkoda że nie pogodziła się z ojcem.:( czekam na ciąg dalszy.:)
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Ojej :( nie zdążyła pogodzić się z ojcem :( szkoda. pewnie będzie miała to na sumieniu, będzie się obwiniać. Kenny strzelił niezłą gafę z tą pomyłką imion, jedno z najgorszych rzeczy co facet może zrobić. Nie wiem jak Jill mu tak po prostu uwierzyła. Mam nadzieję, że Kenny ostatecznie nie wyprowadzi się od ojca, przynajmniej póki nie założy swojej własnej rodziny. Czekam na kolejny odcinek :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Stałem pod Rub’s od kilku minut, rozglądając się za Debrą. Co chwilę zerkałem na zegarek, ale wskazówka nie chciała się poruszyć. Miałem wrażenie jakby minuty trwały wieczność.
Nie do końca byłem pewien, czy to dobry pomysł. Nie spodziewałem się, że zaprosi mnie na randkę, ale głupio było by odmówić, a przecież lubię spędzać z nią czas, więc się zgodziłem.
Debra jest naprawdę gorąca, ale gorących dziewczyn jest na świecie miliony, a ja nie chcę pakować się w coś, co potem może się pokomplikować.
-Hej – usłyszałem za plecami znajomy głos.
Odwróciłem się.
-Hej. Wejdziemy do środka?
-Jasne. – powiedziała Debra, popychając wejściowe drzwi.
Ostatnio byłem w Rub’s dość dawno temu, jeszcze zanim uciekliśmy z Jill. Lubiłem ten klub i często tu przychodziłem ze znajomymi. Kiedyś, jeszcze pod koniec lat ’90 były tutaj prawdziwe walki raperskie ale po kilku latach zaczęli tu sprzedawać kolorowe drinki, a poziom jaki prezentowali raperzy drastycznie spadł. Nie pamiętam tych ‘starych, dobrych czasów’, ale słyszałem dużo z historii od moich kumpli z osiedla. Dzisiaj od czasu do czasu występowała tutaj jakaś garażowa kapela, solowi artyści. Byłem naprawdę ciekawy jaki będzie ten znajomy Debry.
Usiedliśmy przy stoliku i zamówiliśmy piwo, tak jak prawie wszyscy w sali. Nikt z Millons nie miał wygórowanych wymagań – wystarczyła wódka, piwo, szlugi.
Zauważyłem, że Debra zdjęła płaszcz, i teraz miała na sobie prostą czarną sukienkę.
Cholera.
Sukienka miała duży dekolt i widziałem wszystkie jej krągłości. Naprawdę jest gorąca.
Do występu było jeszcze kilkanaście minut, więc zaczęliśmy rozmawiać. Debra gładko przechodziła z tematu na temat i nie zauważyliśmy jak na scenę wszedł umięśniony, czarny chłopak.
Myślałem, że to on, ale chłopak zapowiedział tylko swojego przyjaciela, Rock’a.
Rock był biały, niski i miał brązowe włosy, opadające mu na czoło. Ludzie nie przyjęli go z wielkim entuzjazmem, ale potem dostał mikrofon.
Pierwsza piosenka mocno zalatywała ‘Guility Consience’ Dr.Dre i Eminema. Była średnia, ale chłopak miał potencjał. Potem wszedł na scenę ten czarny gość i zaczęli freestylować, co było dużo lepsze.
-Jest całkiem niezły, miałaś rację – krzyknąłem do Debry, zamawiając kolejne piwo.
-Chodźmy za kulisy, poznasz go. – powiedziała, ciągnąc mnie za sobą do garderoby.
Garderoba była małym pomieszczeniem z starą, zniszczoną kanapą pod ścianą i stołem na środku.
-Byłeś świetny, Rock! – powiedziała na jego widok. – To jest właśnie Kenny. Kenny – Rock. – przedstawiła nas.
- Podobał mi się freestyle. To było naprawdę dobre. – powiedziałem.
-Dzięki. Pogadałbym z wami, ale muszę lecieć. Dziewczyna na mnie czeka.
-Do zobaczenia później! – rzuciła jeszcze Debra zanim zniknął za drzwiami.
-To co robimy? – spytałem po chwili.
-Możemy iść do mnie. Mieszkam dwie przecznice stąd.
-Okej. – mruknąłem.
Wyszliśmy z baru. Ulice były opustoszałe, od czasu do czasu przejchał jakiś samochód. Latarnie rzucały na chodnik snopy światła.
-Skąd znasz Rocka? – zagadnąłem.
-Mieszka dwa piętra wyżej. Był jednym z pierwszych ludzi, których tu poznałam. Następna była Spencer, to ona pomogła mi znaleźć pracę.
Resztę drogi pokonaliśmy w milczeniu.
Blok w którym mieszkała Debra nie różnił się wiele od bloku w którym ja kiedyś mieszkałem. Otaczał go betonowy plac. W środku nie prezentował się lepiej – brudna klatka schodowa, odrapane ściany i zapach papierosów w powietrzu. W takich warunkach dorastałem, więc byłem przyzwyczajony.
Jej mieszkanie było malutkie. Składało się z miniaturowej łazienki i salono-kuchnio-sypialni, w której udało jej się upchnąć stół z jednym krzesłem, dwa fotele, szafkę i łóżko. W sekcji kuchennej stała mała lodówka, kawałek blatu, a na nim czajnik.
-Witaj w moim apartamencie. Mam nadzieję, że ta przestrzeń się nie przytłacza – ironizowała.
Moje stare mieszkanie było pewnie niewiele większe od tego, ale miałem wrażenie, jakbyśmy siedzieli w schowku na miotły. Czułem się przytłoczony, ale dlatego że było tutaj tak mało miejsca. Miałem takie wrażenie dlatego, że od paru tygodni mieszkałem w ogromnym domu Toma i Shannon…
-Chcesz coś do picia?
-Nie, dzięki. – powiedziałem, siadając na fotelu.
Usiadła obok mnie, opierając stopy na parapecie. Fotele stały naprzeciwko okna, mogliśmy więc oglądać ciemną ulicę oraz kilku bezdomnych grzebiących w śmietniku. Szalenie romantyczny widok.
Usiadłem w ten sam sposób.
Po chwili pochyliła się i zaczęła szukać czegoś w szafce.
-Wiesz, to jedyny plus tego cholernego mieszkania. Mogę wziąć niemal wszystko, nie ruszając się z fotela. No i mam darmową telewizję. – powiedziała, wskazując okno.
W końcu wyciągnęła paczkę Malboro Light i podsunęła mi.
-Chcesz?
Wyciągnąłem papierosa, po chwili Debra podała mi zapalniczkę.
-Nie wiedziałem że palisz.
Nie odpowiedziała. Oparła głowę o oparcie fotela, zaciągnęła się i wypuściła dymek.
Paliliśmy przez chwili w milczeniu.
-Uh, Debra…Czy ty i Marcus…Dalej… - zacząłem niepewnie.
Musiałem o to spytać. Ta cała sprawa nie dawała mi spokoju.
-Nie. – odpowiedziała szybko. – Nie rozmawia ze mną prawie wcale, ogranicza się tylko do poleceń w pracy. Chcę o tym zapomnieć i chyba on także. Wiesz, byłam wtedy głupia i musiałam po prostu ‘nauczyć się życia’. Czasem popełnić trochę błędów żeby się czegoś nauczyć.
-Chyba masz rację.
Cóż, jeszcze niedawno sam kradłem ludziom portfele, więc zgadzałem się z nią.
-Co stało się z twoją ręką? – spytała nagle, wskazując na moją zabandażowaną dłoń.
-Mały wypadek.
Po chwili Debra zgasiła papierosa i wstała z fotela.
-Mam wino. Masz ochotę? – powiedziała, wyciągając z szafki butelkę i odkorkowując ją. – Przepraszam, ale mam tylko jedną szklankę. – dodała, podsuwając mi butelkę.
- Dzięki. – mruknąłem, przechylając butelkę.
Słodki napój przepływał przez mój przełyk i po chwili czułem jak rozgrzewa mnie od środka.
Oddałem jej butelkę.
-Wiesz, Kenny… - zaczęła i wypiła łyk wina. – Nienawidzę tej pracy. Nie chodzi nawet o Marcusa…Nikt nigdy nie zostawia napiwków! A jeśli już, to tylko dlatego, że chce się pozbyć drobnych. Ostatnio pracują po piętnaście, szesnaście godzin, a dostaję tyle samo.
Podała mi butelkę.
-Co ty nie powiesz. Ja dostaję dużo mniej niż ty, chociaż pracuję tyle samo. – napiłem się i oddałem wino.
-Może nie wystarczająco się starasz. No wiesz, jesteś nowy. – mruknęła.
-Nie wystarczająco się staram? – niemal wyrwałem jej butelkę z dłoni. – Może po prostu nie pieprzę się ze swoim szefem!
-Co ty kurwa powiedziałeś?! – tym razem to ona wyrwała mi butelkę. – Narzekasz, a mieszkasz w ogromnej willi ze swoim bogatym tatusiem! – zbliżyła swoją twarz do mojej. – Wiesz, co Kenny? Pierdol się.
Szumiało mi w uszach i kręciło się w głowie, nie myślałem racjonalnie. Jakoś specjalnie nie przejąłem się tym co powiedziała.
Wyglądała seksownie, gdy się wściekała.
Nie myśląc wiele, pochyliłem się i ją pocałowałem. Nie odepchnęła mnie. 0dwzajemniła pocałunek.
Jej usta smakowały jak wino i Moutanian Dew.



*JILL*



-Jill? – usłyszałam głos matki.
-Tak? – włożyłam brudne naczynia po kolacji do zlewu i odwróciłam się do niej.
- Musimy porozmawiać.
Jęknęłam w duchu, bo te słowa zawsze zapowiadały rozmowę, na którą nie miałam ochoty.
-O co chodzi? – opadłam na krzesło, a ona usiadła obok mnie.
Właśnie zjedliśmy razem z Allison kolację. Była całkiem normalnie, ale ja brawie wogle się nie odzywałam. Pozwalałam im rozmawiać i udawać, że wszystko jest tak jak zawsze, ojciec nie miał zawału, ja nie jestem w ciąży. Chociaż sztuczna pogawędka trochę mnie irytowała.
-Chciałabym wiedzieć, jakie masz plany. Co z Markiem?
-Hm, Mark jest pewnie w Nowym Jorku. Gdy jeszcze mieszkaliśmy u Roba, dość często się z nim widywałam, ale potem powiedział mi, że wyjeżdża i będzie mi przysyłał pieniądze. I zniknął.
- I co postanowiłaś?
Wzruszyłam ramionami.
-Jeszcze nic. Nie wiem co robić. Chce dla niej jak najlepiej, ale nie jestem pewna czy oddanie jej do adopcji jest dobrym wyjściem.
Westchnęła głęboko.
-W którym jesteś miesiącu?
-Czwartym.
-Cóż, masz jeszcze trochę czasu, ale myślę, że powinnaś podjąć decyzję już teraz.
-Wiem, ale to jest naprawdę trudne. To, co postanowię zaważy na reszcie mojego życia. Ale…coraz częściej myślę o adopcji. Gdybym znalazła jakąś parę, która chce mieć dziecko i… zapewniłabym jej lepsze życie. Nie chcę żeby mieszkała w Millons. Mogłabym ją wychować, ale to byłoby dość samolubne.
-Ją? To dziewczynka?
-Tak. Carrie.
- Słuchaj, Jiil - musisz sama zdecydować, co chcesz zrobić. Ale wiedz, że opieka nad dzieckiem jest naprawdę trudna. Może wydawać ci się, że to wystarczy go tylko nakarmić, przemiwnąć i przez resztę dnia będzie spał i się bawił. Niestety nie, to coś więcej. Dzieci dają dużo radości, ale myślę że nie jesteś gotowa, żeby je mieć. Ale jeśli oddałabyś je do adopcji, na pewno żyłoby w lepszych warunkach, a ty mogłabyś skończyć liceum. Myślałaś o tym?
-O liceum? Tak. Mogłabym zdać wszystkie egzaminy końcowe.
-Musisz sama podjąć decyzję, ja nie mogę ci w tym pomóc. – dodała, patrząc na mnie tak, jakby chciała żebym zrobiła to w tej chwili.
-Przepraszam, ale jestem naprawdę zmęczona. Chyba pójdę się położyć. – powiedziałam, wstając z krzesła – Dobranoc.
Poszłam do swojego pokoju i położyłam się na łóżku. Leżałam tak, wpatrując się w sufit.
Cholera, dlaczego to takie trudne?
Po kilku minutach usłyszałam ciche wibrowanie mojego telefonu. Leżał na stoliku obok łóżka.
-Halo?
-Jill Fruck? Tutaj Mitch, kumpel Roba, pamiętasz mnie?
-Taak, jasne. Masz jakąś wiadomość od Roba?
-Odwiedziłem go wczoraj, jest w areszcie. Jego rozprawa będzie za kilka dni. Ale dowiedziałem się, kto na niego doniósł glinom. Zadzwoniłem po kumpli i załatwiliśmy sprawę – zarechotał.
-Co masz na myśli? Jak to ‘załatwiliście sprawę’?
-Okazało się, że to dzieciak, ma pewnie z 17 lat, więc obeszliśmy się z nim nadzwyczaj łagodnie. Po prostu skopaliśmy mu tyłek, małemu skurwielowi.
Nie wnikałam w szczegóły. Ten cały Mitch wydawał się trochę niebezpiecznym typem.
-A co z Robem? Mogę go odwiedzić?
-Jest w zakładzie karnym w zachodnim Detroit, wiesz gdzie to jest?
-Tak, chyba tak.
-Ale lepiej poczekaj jeszcze parę dni, oni nie chcą wpuszczać do niego nikogo. Wciąż uważają, ze był członkiem jakieś większej grupy dilerów, więc musieliśmy się przenieść gdzieś indziej, żeby nas też nie złapali. Ja musiałem zapłacić strażnikom, żeby pozwoli mi się z nim zobaczyć. Chcieli 50 dolców!
-Okej, dzięki za wszystko Mitch.
-Nie ma za co.
Rozłączył się, a ja rzuciłam telefon na stolik.
Zgasiłam światło, przykryłam się po uszy kołdrą i zwinęłam w kłębek.
Muszę w końcu powiedzieć mamie o tym, że Rob został aresztowany i odwiedzić go w przyszłym tygodniu. Ciekawe, czy ona miała jakiekolwiek pojęcie o tym, co robił? Jeśli nie, to będzie dla niej dość duży szok.
  • awatar муѕzкα ♥: Ciekawa jestem reakcji jej mamy.. :)
  • awatar ♥MATHƎRS♥: to jest zajebiste. czytając każdy z tych rozdziałów wyobrażam sobie wszystko to co się w nich dzieje. z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. to jest po prostu PRZEZAJEBISTE . :) Nie mogłam się powstrzymać i poleciłam Twój blog w moim ostatnim wpisie. :) Życzę wytrwałości w pisaniu.:)
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Podoba mi się, że opisujesz życie każdego z bohaterów :) Jak Debra ogarnia się w tej klitce? Kłótnia, a potem pocałunki? Aż przypomina mi się Eminem i Kim heh :) tylko u nich to był hardcore. Może Jill odda dziecko dla ojca Kennego? Są sami, znaczy jest Kenny, ale On już jest dorosły... Ciekawe jak to się wszystko potoczy, czekam na kolejny odcinek z niecierpliwością! :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Ostatni wpis 21 dni temu! Mam nadzieję że o mnie nie zapomnieliście.



W tą sobotę musiałem iść do pracy. To była ostatnia rzecz, na którą miałem ochotę. Z każdym dniem coraz bardziej nienawidziłem zmywania stosów brudnych naczyń i szorowania podłogi. Do tego klienci, którzy nigdy nie zostawiali napiwków i narzekali na jedzenie. Ale nie miałem wyjścia. Może pewnego dnia znajdę dla siebie coś lepszego.
Podniosłem się z kanapy z wyraźnym trudem. Nie spałem prawie przez całą noc, bo nie mogłem znaleźć sobie wygodnej pozycji.
Poszedłem do łazienki, by wziąć prysznic. Przechodząc obok mojego pokoju zerknąłem przez lekko uchylone drzwi. Jill spała jak zawsze – zwinięta w kłębek na skraju łóżka. Z trudem pohamowałem chęć położenie się obok niej. Zamknąłem cicho drzwi do pokoju i zniknąłem w łazience.
Potem poszedłem do kuchni, żeby zrobić sobie kawę. Włączyłem elektryczny czajnik i sięgnąłem po mój ulubiony kubek. Położyłem go na blacie i gdy wyjmowałem z szafki kawę niechcący strąciłem go łokciem. Z hukiem spadł na podłogę, roztrzaskując się na kawałki.
-Cholera… - mruknąłem, pochylając się, żeby pozbierać większe kawałki.
Po chwili usłyszałem kroki na korytarzu. Obudziłem Jill…
-Hej, wszystko w porządku? – usłyszałem jej głos.
-Tak, rozbiłem tylko kubek. Przepraszam, jeśli cię obudziłem.
-W porządku, i tak już nie spałam – wzruszyła ramionami. – Pomóc ci z tym?
-Nie, jeszcze się pokaleczysz. Już kończę.
-Słuchaj Kenny… - opadła na krzesło. – Dużo myślałam o adopcji i…Myślę, że to najlepsze wyjście. Ale powinnam chyba zadzwonić do Marka i z nim o tym porozmawiać, spytać go o zdanie.
-On nie pytał cię o zdanie gdy zdecydował, że wyjedzie z miasta – powiedziałem.
Nie cierpię tego gościa. Może i powinna z nim o tym porozmawiać, ale i tak zawsze będę do niego negatywnie nastawiony. Nie podoba mi się jak traktuje Jill. ¬¬Nie szanuje jej i nei zdaje sobie sprawy, że urodzi także jego dziecko.
Nieświadomie zacisnąłem dłoń w pięść. Niestety, była to dłoń w której trzymałem kawałki szkła.
-Cholera…- mruknąłem znowu, wrzucając je do kosza.
Dłoń miałem trochę pokaleczoną. No dobra, może bardziej niż trochę.
-Nic ci się nie stało? – spytała Jill, oglądając moją rękę. – Gdzie macie wodę utlenioną? Trzeba..
-Daj spokój, to tylko zadrapanie.
Ale ona już mnie nie słuchała.
-Może jest w łazience… - powiedziała i zniknęła w korytarzu.
Krew skapywała na podłogę, więc trzymałem ją nad zlewem.
O chwili wróciła Jill z bandażem i wodą utlenioną.
-Daj rękę – powiedziała, odkręcając małą butelkę.
-Ale przecież…
Przerwałem, bo Jill złapała moją dłoń za nadgarstek.
-Siadaj.
Posłuchałem jej i posłusznie zająłem jedno z krzeseł w kuchni. Jill usiadła naprzeciwko mnie i szybko i sprawnie przemyła moją dłoń. Potem zaczęła owijać wokół niej bandaż.
-Dzięki. – powiedziałem, gdy skończyła.
-Nie ma za co – wzruszyła lekko ramionami i uśmiechnęła się do mnie.
-Cholera, zaraz spóźnię się do pracy. Jesteś głodna? Możesz zjeść śniadanie w barze, jeśli chcesz, a potem pójdziesz do rodziców.
-W porządku. Pójdę się ubrać.
Wyszła z kuchni, a ja posprzątałem po rozbitym kubku. Trudno, kupię kawę pod drodze.
Po kilkunastu minutach oboje byliśmy gotowi, więc poszliśmy na stację metra.
-Wiesz…Martwię się o Roba. – powiedziała Jill po paru minutach drogi.
-Ale nie możesz już nic dla niego zrobić. Sam się w to wszystko wkopał.
-No tak, ale…Nie chcę żeby spędził kilku lat w więzieniu – mruknęła, naciągając rękawy bluzy.
-Nie masz na to wpływu. Może wypuszczą go wcześniej, za dobre sprawowanie, czasem to się zdarza.
Nie odpowiedziała.
Szkoda mi było Roba, ale wiedziałem, że to się tak skończy. Ale z drugiej strony, nie miał wyboru. Był w podobnej sytuacji jak my, po prostu szukał pracy. Ja jeszcze niedawno kradłem ludziom portfele, więc jestem ostatnią osobą która może go oceniać.
Metro było pełne śpieszących się do pracy ludzi i bezdomnych śpiących na peronach.
-Boisz się rozmowy z rodzicami? – spytałem.
Wzruszyła ramionami.
-Po prostu nie wiem co mam im powiedzieć. Nie chcę tam wracać, Ken. To jakby wrócić do punktu wyjścia. Wiesz, gdy wtedy uciekliśmy byłam pewna, że już nigdy tu nie wrócę. A teraz?
-Dobra, słuchaj – zatrzymałem się. – Ja też nie mam przebywać dłużej w Millons. Nawet nie wiesz, ja bardzo nienawidzę tego miejsca. Tego baru, mojej pracy…I mojego życia – powiedziałem, próbując zaglądnąć w jej oczy. – Obiecuję, że gdy będę mieć pieniądze i nasze życie jakoś się ułoży, zabiorę cię stąd. W porządku?
-W porządku. – uśmiechnęła się.
-A teraz chodźmy już – powiedziałem.
Przez moment chciałem złapać ją za rękę, ale cofnąłem dłoń zanim zdążyła to zauważyć.
Nie rozmawialiśmy już więcej - przez piętnaście minut jazdy nie odzywaliśmy się, ale nie była to niezręczna cisza. Mieliśmy dużo do omówienia, ale żadne z nas nie chciało zaczynać tematu naszego związku.
-Chcesz wejść do środka i coś zjeść? – spytałem, gdy dochodziliśmy do baru.
-Nie dzięki, pójdę tam od razu.
-Ale zobaczymy się jeszcze?
-Jasne, wpadnę do baru później.
-To do zobaczenia.
Posłałem jej ostatnie spojrzenie i zacząłem iść w kierunku budynku.
-Kenny?
Odwróciłem się.
-Dziękuję za wszystko.
-Nie ma problemu. I… powodzenia.
-Dzięki. – szepnęła, słabo się uśmiechając.
Odeszła w stronę osiedla, a ja wszedłem do baru. W środku był już Paul, kucharz.
Zanim pojawili się klienci przetarłem wszystkie stoliki, przejechałem po podłodze mopem i poprawiłem dekoracje na blacie.
Potem pojawiła się Debra.
-Hej, co słychać Kenny? – spytała, odwieszając swój płaszcz na wieszak w szatni dla pracowników.
Taak, w ‘szatni’. Malutkim pomieszczeniu z dwoma hakami na ścianie służącymi jako wieszak.
- W porządku... Jill przyjechała do Millons.
-Och, naprawdę? – mruknęła, wiążąc krótki fartuch w pasie – element obowiązkowego ubioru pracowników. – Więc… Wróciliście do siebie?
-Nie, nie... Po prostu wróciła do rodziców.
Kiwnęła głową i wyszła z pomieszczenia. Zaczęła układać serwetki leżące na ladzie, a ja wykładałem mało apetycznie wyglądające ciastka w gablotce.
-Słuchaj, Kenny… Mój znajomy ma dzisiaj występ w Grob’s i… miałbyś ochotę ze mną pójść?
- Masz na myśli… randkę? - spytałem niepewnie.
Wzruszyła ramionami i wróciła do układania serwetek.
-Tak, coś w tym stylu. Więc…?
-Jasne, pójdę z tobą. – odpowiedziałem bez zastanowienia. - Jaką muzykę gra twój znajomy?
-Jest raperem. Całkiem niezłym, według mnie.
-Super, chętnie posłucham. O której mamy tam być?
-O óśmej. Spotkamy się na miejscu?
-Jasne.
Pojawili się pierwsi klienci, więc Debra podeszła do nich, a ja kończyłem układanie słodyczy.
Więc mam randkę z Debrą.
Cholera, nie wiem co o tym myśleć. Dosłownie. W głowie miałem jedną, wielką pustkę.

*JILL*

Wzięłam głęboki oddech i nacisnęłam dzwonek do drzwi. Mogłam po prostu wejść, przecież to był moje mieszkanie. Ale wcale nie czułam się jakby to był mój dom. Dorastałam tutaj i mieszkałam przez całe życie, ale teraz czułam się jakby to było obce miejsce, a zaraz miałby mi otworzyć drzwi obca osoba.
Zaczęłam zastanawiać się nad ucieczką, zanim ktokolwiek otworzy drzwi. Nie miałam pojęcia co powiedzieć matce czy ojcu gdy się w nich pojawią. Nagle drzwi uchyliły się, a za nimi zobaczyłam jasnowłosą dziewczynę, która była bardzo zaskoczona moim widokiem
-Allison?
-Jill! Wróciłaś! – powitała mnie wesołym okrzykiem, jednocześnie wciągając mnie do środka i zamykając drzwi. - Twoja mama będzie naprawdę szczęśliwa. Ona…
-Co tutaj robisz, Ali? – przerwałam jej, bo nie chciałam słuchać, co moja matka jeszcze zrobi gdy się dowie że jestem w Millons.
Uwielbiałam Allison, ale chyba nie do końca wiedziała co się stało. Nie wróciłam z wakacji, moi rodzice wyrzucili mnie z domu.
Ali była jest moją kuzynką, uczy się w szkole z internatem. Bardzo rzadko się widywałyśmy, ale miałyśmy dobry kontakt i lubiłam z nią przebywać. Jej szkoła znajdowała się stosunkowo niedaleko, ale Allison nie miała czasu żeby nas odwiedzać. W weekendy zwykle wracała do domu. Jej rodzice mieszkali w północnym Detroit, więc na drugim końcu stanu.
-Przyjechałam, żeby trochę pomóc twojej mamie. Wiesz, jest jej teraz naprawdę trudno, więc wpadłam na weekend.
-Co masz na myśli? Dlaczego jest jej ‘trudno’?
-Oh…No tak. Nie wiesz o niczym.
- Chodźmy do salonu, powiesz mi co się stało. Nie ma ich tutaj prawda?
-Nie, Jill.
Poszłyśmy do salonu. Wyglądał dokładnie tak samo, jak wtedy gdy byłam tu ostatnio.
Usiadłam na miękkiej i starej jak świat kanapie, a Allioson zajęła miejsce obok mnie.
-Więc…?
- Dobra, słuchaj. Niecały tydzień temu twój tata oglądał lokalne wiadomości i usłyszał, że gdzieś na drugim końcu Michigan znaleziono ciało młodej kobiety w ciąży. Przestraszył się, bo pomyślał, ze chodziło o ciebie. Dostał zawał.
Osunęłam się na kanapę w szoku. Ojciec zawsze miał problemy z sercem, ale nigdy nie przyszło mid o głowy, że może mieć zawał.
-Jak…poważny jest jego stan? – spytałam cicho.
Allison nie odpowiedziała od razu. Przygryzła dolną wargę i nerwowo skubała rękaw bluzy.
-Dość… poważny.
-W którym szpitalu leży?
-Świętego Serca. Ciocia pojechała go odwiedzić. Spędza tam dużo czasu.
No tak, przecież widziałam ją tam wczoraj. Wszystko jasne.
-Myślisz, że powinnam go tam odwiedzić?
-To twoja decyzja. Ale ucieszył by się na twój widok. Twoja mama powiedziała mi, że czuje się winny tego co się stało. Ma wyrzuty sumienia, że cię wyrzucił.
-Mój ojciec tak powiedział? – zaśmiałam się. – Jasne.
-Dlaczego miałabym kłamać?
Zapadła cisza. Nie potrafiłam jej odpowiedzieć, ale przecież to niemożliwe!
- Przecież to moja wina, Al. Gdyby nie ja, nie miałbym zawałau.
-Ale Jill, przecież… -Przez te wszystkie miesiące nienawidziłam moich rodziców. Obwiniałam ich za wszystko co się stało. A przecież nie wyrzuciliby mnie z domu, gdybym nie zaszła w ciążę. Zawiedli się na mnie. Chcieli żebym poszła na studia, zrobiła karierę…. Po prostu.... Nie jestem córką jaką chcieli by mieć. Ale nie sądzę, żeby to był powód żeby wyrzucać mnie z domu. Mimo wszystko, jeśli tego żałują…Spróbuję im przebaczyć. Ale chyba ja też powinnam ich przeprosić.
Ali chciała coś powiedzieć, ale wtedy usłyszałyśmy trzaśniecie drzwiami.
-Już jestem, zrobiłam zakupy po drodze. Pomożesz mi zrobić kolację, Allison? – głos matki był smutny i…obcy.
Cholera.
Podniosłam się z kanapy i powoli poszłam w stronę kuchni. Odłożyła torby z zakupami na stół i odwróciła się do mnie.
Zobaczyłam na jej twarzy tak wiele emocji – zdziwienie, radość, wzruszenie. Ale jej oczy nie zmieniały się – wciąż widziałam w nich smutek i ból.
Po paru sekundach podeszła do mnie i przytuliła mnie. Nie odsunęłam się.
-Jill…Wróciłaś…
Widziałam, że płacze.
Po chwili cofnęłam się.
-Mamo…Powinnyśmy porozmawiać.
- Naprawdę nie wiem co mam powiedzieć, żebyś mi przebaczyła. Gdybym mogła cofnąć czas, nigdy bym tego nie zrobiła. Mam nadzieję, że zapomnimy o tym wszystkim.
-Nie, mamo. Nie da się zapomnieć. Doceniam to, że żałujesz tego, ale… Nic nie będzie już takie samo. Ja też żałuję, że was zawiodłam, i nie mogę tego cofnąć. Może po prostu spróbujmy funkcjonować normalnie i żyć razem tak jak kiedyś.
-Oczywiście, spróbujemy. Czy Ali…powiedziała ci o tacie?
-Tak.
-Jeśli chcesz, mogłabyś go jutro odwiedzić…
-Pomyślę o tym.
-Dawno przyjechałaś?
-Nie, przyszłam tu jakieś piętnaście minut temu.
- Może weźmiesz prysznic i się odświeżysz a ja przygotuję kolację? – spytała.
-W porządku.
Zanim poszłam do łazienki zajrzałam do mojego pokoju.
Nic się w nim nie zmieniło. Na biurku leżały moje książki do szkoły, a na krześle ubrania ( w tym czerwony strój cheerleaderki oraz kilka par spodni, w które na pewno się już nie mieszczę). Podniosłam czerwoną krótką sukienkę z logiem Lwów naszytym na plecach.
Przypomniałam sobie zawody krajowe z zeszłego roku, gdy zajęłyśmy pierwsze miejsce. Byłyśmy takie szczęśliwe!
Kolejna fala wspomnień nastąpiła gdy spojrzałam na ścianę, do której przyczepiłam zdjęcia. Na pierwszym, przyczepionym najwyżej, byłam ja i Mark. Siedzieliśmy przytuleni na schodach przed blokiem. Ja zrobiłam to zdjęcie, trzymając aparat w wyciągniętej ręce. Wyglądamy na szczęśliwych, to było zaraz gdy zaczęliśmy chodzić.
Zerwałam zdjęcie, podarłam na malutkie kawałki i wrzuciłam do kosza.
Następne przedstawiało mnie i Kennego. Mamy na nim sześć lat, to był pierwszy dzień szkoły. Stoimy obok siebie, w tle widać naszą podstawówkę. Kenny uśmiech się, pokazując swoje dołeczki w policzkach, a ja stoję przestraszona, ściskając mój worek na buty.
Na kolejnym zdjęciu również jestem ja i Ken. Zostało zrobione dość dawno, mamy na nim 12, może 13 lat. To było nad jeziorem, na wakacjach. Pojechaliśmy tam na weekend i zabraliśmy Kena ze sobą.
Kenny i ja siedzimy na trawie, obok widać kawałek namiotu. Ja śmieję się z czegoś, a Kenny lekko się uśmiecha, patrząc na mnie. Był uroczym dzieciakiem.
Kolejne zdjęcia są nowsze – przedstawiają mnie i moje ‘koleżanki’. Czas pokazał, że przecież żadna z nich nie była moją prawdziwą przyjaciółką. Mogę liczyć tylko na Kenny’ego.
Na jednym ze zdjęć jestem ja i Roba, gdy byliśmy dziećmi. Nie pamiętam okoliczności, w których zostało zrobiono. Ale lubię je, sama nie wiem dlaczego. Widać na nim plac zabaw. Oboje huśtamy się na huśtawkach. Zdjęcie jest zamazane, bo jesteśmy w ruchu, ale widać nasze uśmiechnięte twarze.
Ostatnie zdjęcie zostało zrobione miesiąc przed moją ucieczką. Jestem na nim sama. Siedzę na łóżku w moim pokoju. Wyglądam na nim na szczęśliwą. Bo wtedy byłam szczęśliwa.
Zostawiłam tylko zdjęcia z Kennym, Robem, i to najnowsze, ze mną. Resztę zerwałam, podarłam i wrzuciłam do kosza. Taki symboliczny znak, że przeszłość mam za sobą, a teraz zaczynam nowy rozdział.
  • awatar муѕzкα ♥: Podoba mi się. <3
  • awatar Nereitte: Świetnie! :D Wreszcie się doczekałam kolejnego rozdziału. :P
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Cieszę się, że Jill wróciła do domu i zaczyna życie od nowa, a nóż nie odda dziecko do adopcji, mama na pewno jej pomoże :) randka Debry z Kennym? :D uuu :D nie mogę się doczekać co z tego wyniknie!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Wiem, że ostatnio wieje nudą, ale staram się i akcja się rozkręci w następnych rozdziałach



////////////////



Cieszyłem się jak dziecko, widząc Jill. Teraz dopiero zdałem sobie sprawę, że naprawdę za nią tęskniłem.
-Coś się stało? – spytałem, gdy odsunęła się i mogłem zobaczyć jej twarz.
Wyglądała jak zawsze ślicznie. Cholera, była taka ładna. Ale zauważyłem jej smutne oczy, nigdy nie była dobra w ukrywaniu uczuć. Czasem żartowała, że potrafię czytać w myślach, ale ona miała po prostu wszystko wypisane na twarzy.
Przygryzła wargę i spuściła wzrok.
-Aresztowali Roba – odpowiedziała ledwie słyszalnym głosem.
-Poważnie? Kiedy?
-Dzisiaj, jakąś godzinę temu. Wróciłam do domu, w środku były już gliny. Ktoś na niego doniósł. Jego znajomy ostrzegł mnie przed nimi i przekazał, że mam wracać do Millons, do rodziców.
Cholera. To wszystko brzmiało naprawdę źle.
- Miał w mieszkaniu sporo…towaru.
Ciężka sprawa.
-Słuchaj, kończę praca za dwie godziny. Może wtedy porozmawiamy? Muszę wracać do pracy.… - kątem oka dostrzegłem Marcusa, który przyszedł na salę i przyglądał się mi i Jill.
-Ale Kenny, gdzie mam iść? Nie byłam jeszcze w domu. Wiem, że muszę tam w końcu iść, ale nie wiem co mam im powiedzieć i nie jestem pewna czy chce ich widzieć.
Marcus zmierzał w naszą stronę.
-Rozumiem, może coś wymyślę i będę mógł pójść tam z tobą, jeśli chcesz. Albo wymyślimy coś innego, mogłabyś…
-Kenneth! – przerwał mi Marcus.
Podszedł do mnie, rzucając okiem na Jill. Pewnie wcześniej nie zwrócił na nią uwagi, bo była ubrana w zwykłe jeansy i t-shirt, ale teraz zobaczył jej twarz.
Zaczął dosłownie gapić się na nią. Jej uroda zrobiła nim duże wrażenie.
-Tak? –warknąłem.
-Skończ zmywanie… i przedstaw mnie swojej koleżance…W końcu jestem twoim wujkiem – zaśmiał się i poklepał mnie po ramieniu, szczerząc się do Jill.
Nie mogłem znieść tego jego spojrzenia. Jill mu się spodobała.
Miałem ochotę zedrzeć mu ten obleśny uśmiech z twarzy.
-Wujka? – spytała Jill, nie rozumiejąc co się dzieje.
-Wyjaśnię ci później. Jill, to Marcus, Marcus – Jill.
-Miło cię poznać. – podał jej rękę wciąż nic nie rozumiejącej Jill
-Hej Marcus, mógłbym wyjść dzisiaj wcześniej? Nie ma ruchu, a ona właśnie przyjechała do miasta i nie zna tu nikogo. Odpracuje te dwie godziny jutro.
-Niech będzie, ale skończ myć naczynia – powiedział, nawet na mnie nie patrząc.
-Dzięki. Jill, usiądź sobie gdzieś, zaraz ktoś przyniesie ci twoją colę – dodałem, widząc że Marcus ma ochotę dalej z nią rozmawiać.
-Ale ja nie… - zaczęła, ale rzuciłem jej wymowne spojrzenie. – Uh, okej.
Jill poszła do stolika, a Marcus zniknął na zapleczu. Dzięki Bogu.
Poszedłem do kuchni i w ekspresowym tempie zmyłem naczynia i po dziesięciu minutach dołączyłem do niej.
Siedziała przy stoliku, sącząc swoją colę i patrząc gdzieś w przestrzeń.
-Możemy iść – powiedziałem.
Wyszliśmy na zewnątrz.
Nie odzywała się, szła obok mnie z rękami wbitymi w kieszenie kurtki.
-Więc… Gdzie idziemy? – zapytałem w końcu.
-Nie mam pojęcia. Gdzie chcesz – powiedziała wzruszając ramionami. - I tak muszę w końcu iść do domu, chociaż boję się konfrontacji z moimi rodzicami. Ale przed tym, chciałam porozmawiać z tobą.
-Właściwie, skąd wiesz, że tu pracuję?
-Znajomy Marka widział cię kiedyś w tym barze.
-A co z nim? Dalej się widujecie? – spytałem, starając się nie brzmieć złośliwie.
- Nie. Wyjeżdża do Nowego Jorku, na studia. Powiedział, że będzie mi przysyłał pieniądze. – prychnęła– Jasne.
- Mogłaś się tego spodziewać.
-Może i byłam naiwna, ale…
-Może? – spytałem, tym razem całkiem złośliwie.
Chyba nie powinienem tego mówić, nie chciałem zaczynać kłótni. Ale ona nie odpowiedziała nic. Popatrzyła na mnie swoimi smutnymi oczami i od razu poczułem wyrzuty sumienia.
-…ale myślałam o naszej przyszłości i nie chciałam żeby moja córka wychowywała się bez ojca.
-Twoja córka…?
-Tak, znam już płeć dziecka.
Doszliśmy do końca parkingu i wchodziliśmy na chodnik, gdy usłyszałem dzwonek mojej komórki. Tom dał mi swój prywatny telefon, bo używał tylko służbowego.
-Halo, Kenny? Słuchaj, jedziemy już z Shanonn na lotnisko, więc będziesz musiał wrócić do domu metrem. Wracamy w niedzielę wieczorem.
Tom i Shanonn jechali na weekend do swoich znajomych, do Nowego Jorku. Byłem pewien, że będę czuć się dziwnie będąc sam w ich domu, więc starałem się zaplanować te dwa dni tak, by spędzić tam jak najmniej czasu. Ale teraz, kiedy przyjechała Jill przyszedł mi do głowy inny pomysł.
-Okej, w porządku. Widzimy się w niedzielę – odpowiedziałem, rozłączając się.
-Kto to był?
-Mój ojciec – mruknąłem.
-Co? Twój ojciec?
No tak, przecież Jill nie zna całej historii. Zacząłem więc opowiadać jej wszystko, od momentu gdy wyszedłem z mieszkania Roba. Wyjaśniłem jej też, dlaczego Marcus jest moim ‘wujkiem’.
-Więc… Mieszkasz u niego od trzech tygodni? – spytała, gdy skończyłem.
-Tak.
-Wybaczyłeś mu to wszystko? Przecież jeszcze kilka miesięcy temu tak bardzo go nienawidziłeś.
-Chyba po prostu go trochę zrozumiałem. On się naprawdę zmienił.
-Ludzie się nie zmieniają, Kenny.
- Nie zmieniają się. Oni dorastają. Dobra, słuchaj, jeśli nie chcesz widzieć się ze swoimi rodzicami, możesz pojechać do mniej i spotkać się z nimi dopiero jutro. Tom i Shanonn wyjechali na weekend, więc…
-Naprawdę, mogłabym? Nie powinieneś im o tym powiedzieć?
- To chyba nie ma sensu. Przecież to tylko jedna noc – wzruszyłem ramionami.
-W porządku. Dzięki, Ken. Naprawdę nie wiem co miałabym im powiedzieć. Została mi jakaś resztka honoru, więc nie chcę do nich wracać po tym jak mnie wyrzucili.
-Rozumiem.
Szliśmy w kierunku stacji metra. Cieszyłem się, że będę miał okazję w końcu porozmawiać z Jill, bo musiałem ocalić naszą przyjaźń. Na nic więcej już nie liczyłem.


*JILL*

Byłam pod wielkim wrażeniem, gdy zobaczyłam ulicę, przy której stał dom ojca Kenny’ego. Słyszałam już o tej dzielnicy, ale nigdy tu nie byłam. W porównaniu do Millons było tutaj jak w Hollywood.
Po drodze wpadliśmy coś zjeść i pochodziliśmy trochę po mieście. Zaczynało się ściemniać, ale i tak widziałam willę jego ojca bardzo dobrze dzięki ogrodowym lampom.
-Nieźle, co? – spytał Ken, wkładając klucz do zamka w drzwiach do domu, który był chyba jednym z najładniejszych. – Też miałem taką minę jak pierwszy raz tu trafiłem.
Nie odpowiedziałam, bo wciąż przyglądałam się otoczeniu willi.
-To wszystko wygląda…niesamowicie…. – wydusiłam z siebie w końcu.
Kenny otworzył drzwi i gestem zaprosił mnie do środka. Rzucił swoją kurtkę niedbale na wieszak, podczas gdy ja oglądałam zdjęcia powieszone na ścianie.
-Jest naprawdę do ciebie podobny – stwierdziłam.
-Serio?
-Ma dołeczki, gdy się uśmiecha. Tak jak ty. Są takie urocze.
Naprawdę je uwielbiałam.
-Urocze? Masz na myśli niemęskie?
Zaśmiałam się i poszłam za nim dalej korytarzem. Weszliśmy do salonu.
-Ładne meble…
Widziałam takie tylko w katalogach i jestem pewna, że nigdy nie będzie mnie na takie stać.
-Rozgość się – rzucił Kenny, idąc do oddzielonej wysepką kuchni. - Chcesz coś do picia?
-Nie, dzięki.
Usiadłam na kanapie, podczas gdy on wyjął sok pomarańczowy z lodówki i nalał sobie trochę do szklanki.
- Kenny… – zaczęłam – My…Musimy porozmawiać.
Usiadł obok mnie.
-O czym chcesz rozmawiać?
-Słuchaj, ja… Naprawdę przepraszam, że tak się zachowałam. Nie chciałam wszystkiego psuć i zmuszać cię, żebyś się wyprowadził.
-Nie zmuszałaś mnie. I ja też przepraszam, nie powinienem tak cię zostawiać.
-Więc…Zapominamy o tym wszystkim?
-Jasne.
Odetchnęłam z ulgą. Potrzebowałam Kenny’ego i musiałam naprawić nasze stosunki.
-Hej, mogę wziąć prysznic? Pokażesz mi łazienkę?
-Pewnie, prosto korytarzem i w prawo.
-A…mógłbyś dać mi coś na zmianę? No wiesz, żebym mogła w czymś spać? Wystarczy zwykły t-shirt.
Wrócił po chwili ze swoją ulubioną koszulką i bokserkami.
-Ken, to twój szczęśliwy t-shirt – powiedziałam, podnosząc go do góry.
-Tak, wiem. Jak chcesz, możesz go zatrzymać. Chyba tobie bardziej się teraz przyda.
-Dzięki.
On naprawdę wierzył w tą koszulkę. Zarzekał się, że gdy ją nosi zawsze zdarzało się coś dobrego. Nie chciał kusić losu, więc nosił ją tylko na specjalne okazje. Ahh, pamiętam jak mi to wszystko wyjaśniał, gdy byliśmy w dziewiątej klasie. Zawsze sobie z niego żartowałam z tego, ze jest taki przesądny.
Uśmiechnęłam się sama do siebie i weszłam pod gorący strumień wody. W mieszkaniu Roba prawie nigdy nie było ciepłej wody. No i do tego ta łazienka, wiecznie zagracona jego ubraniami i rzeczami. Tutaj było czysto, ładnie i przyjemnie.
Umyłam włosy, ubrałam się w rzeczy Kenny’ego i wróciłam do salonu.
Usiadłam po turecku na kanapie obok niego. Zauważyłam, że zerknął na mój brzuch. Nie był jeszcze duży, ale wyraźnie zaokrąglony. Udawało mi się go ukrywać i mało spostrzegawcza osoba tego nie zauważy, jak na przykład ten dziwny Marcus.
-Więc… Co robiłaś przez te trzy tygodnie? Dobrze się czujesz? – spytał.
Opowiedziałam mu o wszystkim, łącznie z dzisiejszą wizytą u lekarza, gdzie spotkałam moją matkę i zaaresztowaniem Roba.
-Myślisz, że jakoś się z tego wyplącze?
-Nie wiem, Jill… To poważna sprawa…
Nerwowo przygryzłam wargę.
-Ugh, będę musiała powiedzieć o tym rodzicom. Kolejny powód dla którego nie chcę tam wracać.
-Ale oni naprawdę tego żałują. Powinnaś im wybaczyć.
Może on potrafi tak szybko to robić, ale ja nie. Tamten dzień był chyba najgorszym w moim życiu, bo na nikim aż tak bardzo się nie zawiodłam. Byli moimi rodzicami, a wyrzucili mnie z domu tylko dlatego że popełniłam jeden, głupi błąd.
-A myślałaś co zrobisz gdy dziecko się urodzi? – spytał po kilku minutach ciszy.
-Nie. Już ta perspektywa mnie przeraża. Ale psycholog z którą rozmawiałam, spytała mnie czy myślałam o adopcji… Może to najlepsza opcja?
-Naprawdę nie wiem, Jill… To twoja decyzja.
- Wiem, ale to trudne. Naprawdę nie wiem co robić. Co o tym myślisz?
-Szczerze mówiąc… To najlepsza opcja. Będzie mieć dużo lepsze warunki, a chyba chcesz dla niej jak najlepiej. Cholernie trudno jest wychowywać się bez ojca, a nie licz, że Mark będzie ci pomagał.. Z czasem zaczniesz obwiniać ją, że twoje życie nie ułożyło się tak jakbyś chciała. Nikomu nie życzę takie losu. Ale ty musisz zdecydować.
-Chyba masz rację. Muszę to jeszcze przemyśleć, ale…To najlepsze wyjście. Nie dla mnie, ale dla niej -na pewno. Nie chcę myśleć egoistycznie, chcę jej dobra.
-Myślałaś o imieniu dla niej?
Pokręciłam głową.
- To chyba nie jest najlepszy pomysł nadawać jej imię, jeśli prawdopodobnie oddam ją do atopcji. Niech jej przyszła rodzina to zrobi.
-Ale nadanie jej imienia było by jedyną rzeczą która pozostała jej po tobie. Mam na myśli to, że jeśli będę wychowywać ją obcy ludzie, to wciąż będzie miała w sobie część ciebie – imię, które jej dałaś. Wciąż przecież będzie twoją córką.
-Może Jessica?
Kenny skrzywił się.
-Co? To ładne imię.
-Taak, ale wszystkie Jessici są sukami.
-Kenny! – zaśmiałam się.
-To prawda – wzruszył ramionami.
- To może Donna?
-Donna Silvion. Pamiętasz ją? Chodziłem z nią na historię. Wredna s…
-Okej, rozumiem, nie kończ – przerwałam mu. - To może Carrie? Moja babcia miała tak imię.
-Hm, całkiem ładne.
-No więc zostaje Carrie.
-Mam nadzieję, że nie będzie podobna do swojego ojca.
-Też mam taką nadzieję – powiedziałam cicho.
Rozmawialiśmy jeszcze przez cały wieczór. O poważnych i mniej poważnych sprawach. Omijaliśmy jak ognia temat naszych uczuć. Zresztą, on i tak pewnie zapomniał już o tym co nas łączyło. Ja też powinnam.
Było po jedenastej, gdy zdecydowaliśmy się pójść spać. Kenny powiedział, że on prześpi się na kanapie, a ja mogę zająć jego pokój. Protestowałam, bo sofa w salonie była naprawdę mała i pewnie niezbyt wygodna, ale on jest cholernie uparty, więc w końcu mu uległam.
Byłam zmęczona, ale długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, myśląc głównie o rodzicach. Zastanawiałam się, co im powiem gdy jutro tam pojadę. To na pewno nie będzie łatwe. Do tego pojawił się problem z Carrie i moim przyszłymi planami. Nie miałam pojęcia co robić. Z jednej strony adopcja w moim przypadku byłaby najlepsza, ale z drugiej – trudno będzie mi się z nią rozstać. Szczerze mówiąc przyzwyczaiłam się trochę do myśli, że będę mieć dziecko.
Dobrze że mam przynajmniej Kenny’ego.
  • awatar муѕzкα ♥: Mega <3
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Jakoś w tym odcinku Jill wydaję się mi przyjemniejszą osobą. Myślałam, że między nią a Kennym znów coś zaiskrzy no ale może nie w tym odcinku :)
  • awatar Nereitte: Wreszcie doczekałam się kolejnego rozdziału. :D Niee, nie wieje nudą! Jest świetnie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 



-…I teraz znowu jestem tutaj, w Millons. – zakończyłem swoją historię.
-Myślę, że dobrze zrobiłeś wprowadzając się. Na pewno nie zaszkodzi to waszym relacjom, wręcz przeciwnie.
-Może…Ale z drugiej strony mam wyrzuty sumienia, że ją tak zostawiłem.
-Nie powinieneś, przecież przed chwilą powiedziałeś że to tylko kilka tygodni.
-Tak się tylko mówi. Pewnie już nigdy nie będziemy razem mieszkać i już nigdy będzie tak jak dawniej…
- A Jill chce zatrzymać dziecko?
-Chyba tak… Nie rozmawialiśmy ostatnio, nie wiem co chce zrobić.
Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu patrząc gdzieś w przestrzeń. Po chwili Debra powiedziała, że powinienem iść do Marcusa, bo on nienawidzi czekać na swoich pracowników.
Podniosłem się z drewnianej skrzynki i ruszyłem do drzwi. Zastałem Marcusa siedzącego przy barze, pochylonego nad kalkulatorem i stosem gęsto zapisanych liczbami kartek papieru.
Podniósł głowę gdy usłyszał moje kroki.
-Siadaj, Kenny, musimy wszystko ustalić.
Posłusznie zająłem miejsce obok niego.
Po rozmowie z Debrą dziwnie czułem się w jego obecności. Nie mogłem przestać o tym myśleć…o nich… Czułem do niego niechęć i wstręt. Nie wiem o czym mówił, patrzyłem tylko w jego oczy, kiwałem głową i udawałem że go słucham.
W pewnej chwili chciałem mu to wszystko wygarnąć, powiedzieć co o tym myślę. Ale z drugiej strony, gdyby Debra wykazała się większą asertywnością, może to by się tak nie skończyło, chociaż straciłaby pracę. Z dwojga złego, chyba to było by lepsze.
A może za bardzo ją osądzam? Nie wiem jak daleko ja posunąłbym się po to, by zarobić trochę pieniędzy.
-…wystarczy, że podpiszesz to umowę, tutaj – powiedział, wskazując palcem właściwe miejsce i podając mi długopis. Nie mam pojęcia o czym mówił wcześniej.
Rzuciłem szybko okiem na umowę i machnąłem niestaranny podpis w dolnym rogu kartki. Podałem ją Marcusowi i wstałem z krzesła. Nie miałem ochoty na pogawędkę z nim.
-Do zobaczenia jutro, Kenneth. – powiedział. Mruknąłem coś w odpowiedzi i wyszedłem. Przeszedłem przez zaplecze, ale nie było tam Debry. Pewnie już wyszła.
Na placu przed barem kilka znudzonych dzieciaków kopało puszkę po coli. Millons nie oferowało zbyt wielu rozrywek, więc nic dziwnego że się nudzili. Ominąłem ich i poszedłem na stację metra. Znałem Detroit bardzo dobrze, więc szybko zorientowałem się, gdzie powinienem wysiąść, żeby trafić do domu Toma i Shannon.
Mam nadzieję, że pozwolą mi zostać u nich jeszcze przez kilka dni. Potem muszę jakoś zorganizować sobie życie, ale póki co potrzebuję pieniędzy stanąć a nogi. A co do Jill… Nie wiem co z nami będzie.
W ciągu pół godziny dotarłem do domu. Trochę pobłądziłem, ale w końcu doszedłem do właściwej drogi. Wszedłem do środka zarzucając kurtkę na wieszak. Poszedłem do salonu.
Shannon przy stole stukając coś na swoim laptopie.
-Witaj, Kenny. – zaczęła trochę sztywno. Jej dłonie zawisły na klawiaturą. – Jak tam w pracy?
- W porządku.
-Poznałeś Marcusa?
-Tak, jasne. Jest całkiem…uh, miły. – powiedziałem, starając się brzmieć przekonywująco.
-Jesteś głodny? W lodówce powinna być sałatka z tuńczykiem.
-Nie, dziękuję.
Zapanowała cisza, więc żeby podtrzymać rozmowę zapytałem co pisze i czy jest może dziennikarką.
-Kiedyś byłam. Teraz pracuję nad moją nową książką.
-Pisze pani… Piszesz książki? – poprawiłem się, bo naciskała żebym mówił do niej ‘po prostu Shanonn’.
-Tak, napisałam już dwie.
-Nigdy o pani nie słyszałem.
-Nie były to bestsellery…Ale myślę, że odniosłam pewnie sukces. Jedna z nich powinna być w szufladzie biurka w twoim pokoju.
-O czym są?
-To książki dla dzieci – uśmiechnęła się.
-Aha, rozumiem.
Po chwili poszedłem do pokoju i przejrzałem książkę. Była o małej dziewczynce o imieniu Rue. Treść chyba podobała się dzieciom, ale obrazki były fatalne. Powinny być żywe, kolorowe, a nie wyblakłe i mało przyciągające uwagę. Do tego, niemal wszystkie ilustracje nie masowały do tekstu. Może to był powód dla którego jej książki nie cieszyły się popularnością.
Odłożyłem książkę i włączyłem telewizor, próbując zabić jakoś czas. Koło 5 do domu wrócił Tom. Zamieniłem z nim kilka słów, potem zjedliśmy kolację. Zastanawiałem się, czy nie zadzwonić do Jill, ale stchórzyłem, bo nie wiedziałem co miałbym jej powiedzieć.
Następnego dnia rano, punktualnie o 8 byłem już w barze. Zamiast Debry, dzisiaj jej zmianę miała niska blondynka, z dziwnym, europejskim akcentem. Przedstawiła się jako Max.
W barze był okropnym ruch, ledwo dawaliśmy sobie radę. Unikałem Marcusa jak tylko mogłem. Skupiłem się na obsługiwaniu klientów, których sałatki były nie świeże, parówki w hot-dogach przeterminowane, a cola nie wystarczająco dietetyczna, i tak dalej…
Z czasem starałem się coraz bardziej odporny i nie obchodziły mnie takie rzeczy. Robiłem to, co musiałem. Jasne, miło było dostać czasem jakiś napiwek, więc starałem się być uprzejmy, chociaż kiepsko mi to wychodziło, bo nie czasem musiałem rzucić jakąś ironiczną albo złośliwą uwagę, ale ludzie potrafią być naprawdę irytujący.
Dużo czasu spędzałem z Debrą. Poznawaliśmy się coraz lepiej i dużo rozmawialiśmy. O wszystkim, i o niczym. . Nigdy więcej nie rozmawialiśmy już o niej i Marcusie Mieliśmy dużo wspólnego, a odkąd Debra stała się pewniejsza siebie łatwiej było z nią nawiązać kontakt. Ale byliśmy tylko przyjaciółmi, przez prawie trzy tygodnie, które minęły odkąd zacząłem pracować w barze ani razu między nami nie zaiskrzyło. Wciąż czuję coś do Jill, więc pewnie dlatego. Naprawdę ją kocham, i wciąż o niej myślę. Szkoda, że ona nie czuje tego samego. Chyba muszę przestać zachowywać się jak ostatni frajer i w końcu zapomnieć o tym co nas łączyło.
-Kenny, pościeraj podłogę w kuchni. – rzucił Marcus, przechodząc obok mnie.
Jak zwykle, ja musiałem robić to co najgorsze. Nienawidziłem ścierać podłóg i myć naczyń, ale w końcu Marcus był moim szefem więc robiłem to co kazał.
Chwytając za mopa, zerknąłem na zegarek, wiszący w kuchni. No, jeszcze tylko dwie godziny i będę wolny.



*JILL*



Wróciłam do domu szczęśliwa jak nigdy dotąd. Gdy weszłam do kuchni zastałam Roba zamawiającego pizzę.
-Hej – powiedział, gdy skończył rozmawiać. – Gdzie byłaś?
-U lekarza. – mruknęłam, wyjmując butelkę wody z lodówki.
-Czy ty.. znasz już płeć tego dziecka?
-To dziewczynka – nalałam wodę do szklanki i usiadłam na krześle naprzeciwko niego.
-Och…A…myślałaś już o przyszłych planach?
-Jeszcze nie.
-Myślałaś, żeby wrócić do rodziców?
-Nie, i nie zamierzam. Nie wrócę tam. Nigdy – odpowiedział, akcentując wyraźniej ostatnie słowo.
-Ale Jill, przecież...
-Jeśli chcesz, żeby się wyprowadziła, po prostu to powiedz.
-Nie chcę, żebyś się wyprowadziła. Myślę tylko przyszłościowo. Powinnaś mieszkać w lepszym miejscu.
-Uważasz, że Millons to lepsze miejsce? - prychnęłam, wstając od stołu.
-Tak. Nie powinnaś wychowywać tu dziecka.
-Nie wiem, czy zamierzam go wychować.
-To co chcesz zrobić? Oddać je?
-Nie wiem, Rob! To poważna decyzja, nie mogę podjąć jej od tak.
-Przecież wiem…Ale uważam, że powinnaś do nich wrócić.
-Wyrzucili mnie z domu. Nie mam zamiaru tam wracać.
Nie chciałam wiedzieć, co ma do powiedzenia. Uznałam rozmowę za skończoną i poszłam do salonu. Usłyszałam głębokie westchnięcie Roba i trzaśnięcie drzwi od jego pokoju.
Przez kolejne dni nie wracaliśmy do tego tematu. Żyliśmy pod jednym dachem, w jednym mieszkaniu, ale zamknięci w kręgu swoich spraw i problemów. Prawie wcale nie rozmawialiśmy. Rob znikał na całe dnie. Ja znalazłam w kuchni książkę kucharską i wypróbowywałam nowe przepisy, i całkiem nieźle mi to szło.
Nie zorientowałam się nawet, jak minęły trzy tygodnie odkąd Kenny odszedł. Myślałam o nim prawie codziennie, ale z czasem zaczęłam być na niego zła, że odszedł i nawet nie skontaktował się ze mną teraz. Wiele razy zastanawiałam się, czy wszystko z nim w porządku. Naprawdę się o niego martwiłam.
Minęły trzy tygodnie, więc poszłam na kolejną wizytę u lekarza. Położnik przepisał mi podwójną dawkę kwasu foliowego, zrobił kilka rutynowych badań. Miałam jeszcze pobrać krew.
Idąc korytarzem do gabinetu, gdzie miałam mieć pobraną krew, przechodziłam przez kardiologię. Wtedy, zobaczyłam ją. Siedziała na jednym z tych małych, plastikowych krzesełek.
Moja matka.
Stałam na korytarzu, przez chwilę nie mogąc się ruszyć. Widziałam ją po raz pierwszy od prawie 4 miesięcy.
Po kilku sekundach odwróciłam się i skręciłam za rogiem korytarza, zanim zdążyła mnie zauważyć. Nie chciałam jej widzieć. Nie chciałam z nią rozmawiać. Nie miałam jej nic do powiedzenia.
Wyszłam ze szpitala nie pobierając krwi. Trudno, zrobię to w przyszłym miesiącu.
Poszłam na stację metra i po dwudziestu minutach szłam już naszą ulicą. Na parkingu przed kamienicą dostrzegłam radiowóz.
Ciekawe co tu robią gliny.
Weszłam do budynku, gdy nagle usłyszałam kogoś za moimi plecami:
-Jill?
Odwróciłam się. Za mną stał chłopak w wieku Roba, z krótko przystrzyżonymi włosami i wyraźnymi rysami twarzy.
-Taak?
-Jestem Mitch, znajomy Roba. Słuchaj, na górze w waszym mieszkaniu są gliny. Ktoś doniósł na niego, nie wiem, w każdym razie – musisz stąd spadać.
-Ale..
-Mówię poważnie. Robowi udało się jakoś do mnie zadzwonić, kazał mi ostrzec cię. Powiedział, ze masz wracać do Millons.
-A co się z nim stanie?
-Wiesz…Nie wiem ile towaru miał w mieszkaniu, ale nie liczyłbym na mniej niż 4,3 lata w pace.
-Poważnie? 4 lata?
-Przykro mi. A teraz naprawdę stąd spadaj, bo gliny zaraz się tu pojawią. Chyba nie chcesz być w to zamieszana.
Delikatnie popchnął mnie w kierunku drzwi.
-Dzięki, że mi powiedziałeś.
-Jestem to winien Robowi. I jeśli byś kiedyś czegoś potrzebowała, tu jest mój numer – podał mi pomiętą karteczkę zapisaną liczbami.
-Do zobaczenia, Jill. – mruknął, odchodząc.
Nie pamiętam, kiedy czułam się tak samotna. Jakbym nie miała nikogo.
Nie mogę uwierzyć, że Rob trafi do aresztu. Powinien wiedzieć, że to kiedyś tak się skończy. Jego praca była najgorszą jaką mógł sobie znaleźć.
Nie mam wyboru, muszę wrócić do rodziców. Ruszyłam więc znowu na stację metra. Na tę samą, na którą razem z Kennym przyjechaliśmy cztery miesiące temu z Millons. Wydawało się, jakby od tego czasu minęły wieki. Dziwnie było znowu jechać tym samym pociągiem, którym wtedy jechaliśmy.
Wtedy przypomniałam sobie, co powiedział Mark. Kenny pracuje w Millons, w ‘Gornchollas Bar’. Na myśl o spotkaniu o nim poczułam ogromną ulgę. Wiem, że ostatnio nasze stosunki były dość skomplikowane, ale może da się to jakoś naprawić.
Minęło ponad pół godziny, zanim trafiłam do Millons. Bar od stacji dzieliło kilka dobrych kilometrów. Czułam się źle i bolał mnie kręgosłup, ale dałam radę i po chwili stałam przed barem. Była druga, więc jest nadzieja, że ma pierwszą zmianę, i go tu zastanę.
Ale co, jeśli wcale tu nie pracuje? Co jeśli jest na końcu miasta a ten znajomy Marka pomylił go z kimś?
Wahałam się, stojąc przed frontowymi drzwiami. W końcu popchnęłam je i weszłam do środka.
Wystrój wnętrze wyglądał trochę inaczej, niż go zapamiętałam. Podeszłam do baru, który ścierała drobna blondynka.
-Przepraszam, czy pracuję tu Kenneth McGurdy?
Dziewczyna kiwnęła głową.
-Jest w kuchni.
-Mogłabyś…przekazać mu że…przyszła Jill Fruck?
-W porządku – powiedziała dziewczyna, przyglądając mi się. Miała dziwny akcent, wyraźnie akcentowała każdą literę.
Dopiero teraz zauważyłam, że jestem trochę zdenerwowana. Bałam się, jak zareaguje. Może wcale nie chce mnie widzieć?
Nie minęła pewnie minuta, gdy pojawił się w drzwiach. Wtedy dopiero zdałam sobie sprawę, jak bardzo za nim tęskniłam.
-Jill – zaczął. – Ja..
Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale zaschło mi w gardle. Staliśmy tak przez ułamek sekundy, gdy w końcu podeszłam i przytuliłam się do niego, obejmując jego szyję ramionami. Nie zdążyłam o tym nawet pomyśleć.
Był zaskoczony tym spontanicznym gestem, ale po chwili objął mnie w talii i przyciągnął do siebie.
-Tęskniłem za tobą, Jill – szepnął.
- Ja za tobą też. – odpowiedziałam cicho, wciąż wtulając głowę w jego ramię.
  • awatar муѕzкα ♥: Piękne.. <3
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Zastanawia mnie, co robiła matka Jill w szpitalu :o oby nic złego się z nią nie działo, dobrze by było jakby Jill pogodziła się z rodzicami :) ciekawe co na tą sytuację powie Debra. Czekam na następny odcinek :D
  • awatar Nereitte: Świetny rozdział! Zastanawiam się, co będzie dalej z Robem. Ciekawe, kto na niego doniósł. Ale cieszę się, że wreszcie Jill i Kenny ponownie się spotkali. :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
chce ktoś rozdział? bo mam go już w mojej głowie, ale nie za bardzo mi się chce go pisać...brakuje mi motywacji, bo ostatnio moje opowiadanie czyta tylko jedna osoba (bardzo wytrwała czytelniczka )...
  • awatar Gość: Ja też czytam i gdy tylko mogę to sprawdzam czy już następny rozdział jest ;)
  • awatar Detroit-dreams: @Nereitte: @Another Bruno Mars's Stories: Aww :) Dziękuję :D Miło, że ktoś chce czytać moje wypociny. Już zabieram się do pisania.
  • awatar Nereitte: Ja chcę! Proszę, nie mogę się doczekać... Świetnie piszesz. ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Następny będzie lepszy, obiecuję.

//////////////

-Kenny? – spytała cicho Debra.
Nie mogłem uwierzyć, że znowu ją widzę. Ostatnio o niej całkiem zapomniałem.
-Co za zbieg okoliczności, prawda? Kiedy wyszłaś z domu dziecka? Mieszkasz gdzieś tutaj? – zasypałem ją pytaniami.
Wyglądała naprawdę dobrze. Miała trochę mocniejszy makijaż, który podkreślał jej urodę. Cholera, była naprawdę ładna. Miała na sobie krótki fartuch ze spranym logiem starego baru przewiązany w talii, obcisłe spodnie i czarny top z dekoltem. To wszystko podkreślało jej, hm, kształty.
-Miałam osiemnaste urodziny tydzień po tobie. Mieszkam blisko, dwie przecznice stąd – uśmiechnęła się. – Fajnie cię znowu zobaczyć.
- Więc…znacie się? To nawet dobrze się składa, Debra pokaże ci wszystko. Twoja stawka wynosi 2 dolary za godzinę. Będziesz pracować codziennie, i w co trzecią sobotę. Będę z powrotem za kilka godzin, ustalimy wszystkie szczegóły. Pasuje ci to? –spytał, zakładając kurtkę.
2 dolary na godzinę daje 112 dolców dziennie. Czyli przez miesiąc zarobię około….560 dolarów!
Marcus wyszedł i zostaliśmy sami z Debrą.
-To.. co mam robić?
-Na razie pościeraj stoliki i pościągaj z nich krzesła. Za jakieś pięć minut przyjdzie kucharz, Paul – rzuciła mi szmatkę.
-Długo to pracujesz? – spytałem po chwili, przecierając mały stolik w rogu sali. To przy nim zwykle siedziała matka.
- Prawie od początku. To znaczy, odkąd wyszłam z domu dziecka.
-Wynajmujesz mieszkanie?
-Tak. Jest małe, ale mogło być gorzej. Dla mnie wystarcza.
-Pewnie pracujesz na dwóch zmianach, żeby zapłacić za czynsz… Ja mieszkam u mojego ojca, pamiętasz tę historię? Cóż, Marcus to brat jego żony…w pewnym sensie mojej macochy…
-Nie muszę pracować na dwóch zmianach, dostałam ostatnio….podwyżkę.
-Aha. Marcus wydaje się całkiem w porządku. Nie sądziłem, że znajdę taką pracę tak szybko, a on przyjął mnie tak od razu.
Mruknęła coś, a potem dodała:
-Zwolnił niedawno jedną dziewczynę, więc potrzebował kelnera, sama nie dałabym sobie rady. No i jesteś prawie jak rodzina.
-Nie nazwałbym tego rodziną… Wiesz, przekonuję się trochę do Toma, ale nasze stosunki nigdy nie będą tak prawdziwe rodzinne.
Wtedy drzwi otworzyły się i do środka wszedł wysoki i chudy mężczyzna. Miał blond włosy i kilkudniowy zarost.
-Cześć, Debra. Ty musisz być nowym kelnerem, co? Jestem Paul.
-Kenneth – przedstawiłem się.
- Dam ci zaraz koszulkę z logiem baru, jeszcze starym, choć podobno Marcus chce zamówić nowe fartuchy i koszulki, ale bardzo w to wątpię… - zniknął w kuchni i po chwili wrócił z t-shirtem w dłoni.
-Proszę. Debra ci wytłumaczyła jak to u nas funkcjonuje? – spytał i nie czekając na odpowiedź, mówił dalej. – Przy każdym stoliku jest numerek. Gdy zbierasz zamówienie zapisujesz potrawę i numer stolika, potem przez okienko mi je podajesz – powiedział. - Koszulkę możesz zakładać na swoje ubranie. Nie polecam noszenie na gołe ciało, nie wiem kiedy były ostatnio prane…no i kto w nich chodził – zażartował.
-Okej, rozumiem.
-Masz jakieś doświadczenie w tej branży?
-Zeszłego lata w fast-foodzie, ale nie na pełną zmianę.
-To dobrze, masz o tym jakiekolwiek pojęcie. Poradzisz sobie, nie ma u nas jeszcze takiego tłoku, dopiero zaczynamy – powiedział i zniknął w kuchni.
Po kilkunastu minutach zaczęli przychodzić pierwsi klienci. Po godzinie prawie cała sala była zapełniona. Dawno już nie pracowałem jako kelner, ale nie było w tym nic trudnego.
Nie była to moja wymarzona praca, ale cieszyłem się, że mam jakąkolwiek.
Najwięcej ludzi było w czasie lunchu. Niektórzy klienci byli mili, a inni irytujący i aroganccy, ale nie dałem wyprowadzić się z równowagi. Nie denerwowały mnie nawet narzekania, że cola miała być dietetyczna, a nie jest, sos jest za ostry, a kurczak niedopieczony.
Po kilku godzinach byłem już zmęczony ciągłym chodzeniem między stolikami a kuchnią i zmagania się z tymi wszystkimi ludźmi. Szło mi chyba całkiem nieźle, jak na pierwszy dzień, ale już z niecierpliwością czekałem na 4, gdy będę mógł iść do domu.
Koło drugiej bar zaczął pustoszeć, i chociaż zamykali o 21, o tej porze nie było wiele ludzi. Ponowny ruch zaczynał się między trzecią a czwartą.
W końcu do baru wrócił Marcus.
-Porozmawiamy gdy skończysz swoją zmianę. Podpiszesz tylko kilka papierów i będziesz u mnie już naprawdę zatrudniony. Na razie pozmywaj naczynia.
Poszedłem do kuchni i zacząłem szorować stos brudnych talerzy, misek i sztućców.
Debra obsługiwała w tym czasie kilka stolików na sali. Po paru minutach przyszła do kuchni po ciasto czekoladowe, specjalność Paula. Trzymali je w chłodziarni. Było to małe pomieszczenie, w którym temperatura pozwalała na przechowywanie takiego właśnie jedzenia. Po chwili wszedł tam Marcus, zostawiając lekko uchylone drzwi, które były naprzeciwko zlewu, więc widziałem ich.
Debra wyjmowała ciasto z pudełka, gdy Marcus podszedł i objął ją od tyłu.
Zaskoczyło mnie to tak bardzo, że niemal upuściłem jeden z talerzy na podłogę.
Debra podskoczyła przestraszona i delikatnie cofnęła jego ręce, które wędrowały coraz wyżej.
Odwróciła się do niego przodem. Przysunął się do niej i mówił coś, ale nie mogłem nic usłyszeć. Chciał ją pocałować, lecz ona odwracała głowę, więc teraz całował jej szyję, obejmując ją w talii.
Debra odepchnęła go znowu, ale on uporczywiej przyciągał ją do siebie.
-Przestań! – warknęła, odpychając go mocniej.
Był zaskoczony nagłym wybuchem Debry. Jendoczeście go to zirtowało i zezłościło
-Ach tak? – odwarknął w odpowiedzi wystarczająco głośno, żebym mógł to usłyszeć. Niemal wybiegł z chłodziarni, trzaskając drzwiami, a ja udałem, że jestem bardzo zafascynowany szorowaniem talerza.
Wyszedł z kuchni, nawet na mnie nie patrząc. Po chwili z pomieszczenia wyszła Debra, trzymając ciasto.
Popatrzyła mi w oczy i chciałem dać jej do zrozumienia, że widziałem to co przed chwilą zaszło. Ale nie powiedziałem nic, ona także.
To co widziałem było bardzo dziwne. Wyglądało na to, że taka sytuacja wydarzyła się już nie pierwszy raz…Ale Marcus i Debra? Przecież ona ma ledwie osiemnaście lat, a on pewnie prawie czterdzieści Debra nie wyglądała jakby tego chciała. Sposób w jaki próbowała go do siebie odepchnąć. Gdy ją obejmował po prostu stała. Nie widziałem dobrze jej twarzy, bo stali do mnie bokiem, ale widać było, że wcale jej się to nie podobało.
Gdy skończyłem myć naczynia, poszedłem do głównej sali, chcąc jej poszukać i z nią porozmawiać.To nie moja sprawa, ale…Coś tu było nie tak….
Nie znalazłem jej tam, więc poszedłem na zaplecze. Siedziała na jakieś skrzynce, paląc papierosa.
-Hej, wszystko gra? – spytałem, siadając obok niej.
-Oczywiście – mruknęła, wypuszczając dym z ust.
-Hm, Debra, czy… - zacząłem niepewnie.
-Widziałeś to, prawda? – przerwała mi.
-Tak. Zostawiliście uchylone drzwi.
Zaciągnęła się papierosem.
- Wiem, że to nie moja sprawa, ale…Czy ty i on…?
-To bardziej skomplikowane niż myślisz. I masz rację, to nie twoja sprawa – odburknęła, znów mi przerywając.
-Dobra, chciałem tylko pomóc. – podniosłem się ze skrzynki. - Nie to nie.
Nie rozumiem, czemu tak na mnie naskoczyła.
-Och, poczekaj… Przepraszam. Nie chcę cię obarczać moimi problemami…
-Nie obarczasz.
-No więc… - wzięła głęboki oddech - Pewnej nocy…Gdy Marcus już zamknął bar, zaprosił mnie do siebie. Piliśmy i…Wiem, co teraz o mnie pomyślisz, ale… przespałam się z nim wtedy. Następnego dnia on, no wiesz, całował mnie i zachowywał się jakbyśmy byli parą. Po kilku dniach dał mi podwyżkę. Prawdopodobnie za to, że poszłam z nim do łóżka. Zrobiłam z nim to jeszcze dwa razy. I teraz całkowicie straciłam szacunek do własnej siebie. On ciągle to robi. Obejmuje mnie, dotyka i ja po prostu….Chcę powiedzieć mu, żeby przestał, ale…Nie mogę. Zależy mi na tej pracy, a przecież to oczywiste, że mnie zwolni.
-To…straszne. Nie powinnaś pozwalać mu tego robić. To prawie szantaż albo wykorzystywanie seksualne.
-Nigdy nie powiedział mi wprost, że mnie zwolni lub nie zmuszał mnie do tego siłą…
-Więc skąd wiesz, że cię zwolni?
-A jak myślisz, dlaczego zwolnił tamtą dziewczynę?
-Oh.
-No właśnie… - mruknęła i wyrzuciła niedopałek na ziemię. – A ja czuję się jak jakaś tania prostytutka, bo co jak co, ale robię to dla pieniędzy.
-Nie mów tak…
-Ale to prawda, Kenny. Nie mam już szacunku do samej siebie. Nienawidzę tego, ale nie mam w pewnym sensie wyboru. Może trochę przesadzam, ale wiesz nie jestem na tyle odważna, by pójść tam i powiedzieć mu żeby przestał.
- Ale bardzo się zmieniłaś od poprzedniego razu gdy się widzieliśmy. Na dobre. Jesteś pewniejsza siebie. To jest toksyczny związek. Powinnaś to przerwać.
-To nie jest związek. To seks w zamian za większą pensję. – prychnęła.
-Przestań. Porozmawiaj z Marcusem. I, swoją drogą, to co robi jest strasznie obleśne.
-W porządku, zrobię to dzisiaj… I wiesz, cieszę się, że się znowu spotkaliśmy. Od dawna nie mam nikogo, z kim mogłabym porozmawiać.
Uśmiechnąłem się do niej.
-Chesz? – spytała po chwili, podsuwając mi paczkę papierosów.
Kiwnąłem głową i wyciągnąłem jednego.
-A co u twojej dziewczyny, Jill? – spytała.
Westchnąłem i zapaliłem papierosa..
- Wszystko się pokomplikowało…. – zacząłem.
////////////////

Nie, nie mogę tego zrobić.
Powoli podniosłam się z kolan, zamknęłam klapę sedesu i usiadłam na nim.
Nie powinnam myśleć tak egoistycznie. Może po prostu nie dojrzałam do bycia matka. Nie jestem po prostu na to gotowa. Chyba nikt nie jest na to gotowy w taki wieku…
Nagle poczułam lekkie kopnięcie, coś jak dreszcz, dochodzące jakby ze środka brzucha.
Położyłam na nim rękę.
-Hej, mały – szepnęłam – Masz najgorszą matkę na świecie, wiesz?
To było takie dziwne uczucie. Wiedzieć, że jest tam dziecko. Żywa istota.
Kopnięcie nie powtórzyło się, więc po kilkunastu minutach wyszłam z łazienki i wróciłam do kuchni. Pozmywałam naczynia, potem starannie wytarłam je i włożyłam do szafek. Robiłam to tylko po to, by zająć czymś myśli. Potem wyciągnęłam stary odkurzacz i odkurzyłam całe mieszkanie. Potem pościerałam kurze i posprzątałam w moich szufladach i szafkach. Wolałam nie ruszać tych Roba.
Gdy skończyłam, zadzwonił dzwonek u drzwi. Na progu stał Mark.
-Hej, byłem w pobliżu. Pomyślałem, że wpadnę.
- Wchodź. – powiedziałam, odsuwając się trochę.
Poszliśmy do salonu.
-Przepraszam, że cię tak wtedy wyprosiłam…Ale wiesz…
-Spoko. Ten frajer się wyprowadził i cię zostawił – prychnął, rozsiadając się na kanapie.
-Kenny nie jest frajerem – powiedziałam chłodno. – Po prostu musieliśmy zrobić sobie przerwę.
-Mój brat widział go dzisiaj w ‘Gornchollas Bar’. Teraz ten bar jakoś inaczej się nazywa, kupił go ktoś inny.
-Kenny jest w Millons?!
-Taak, jest, haha, kelnerem – powiedział.
Poczułam ulgę. Kenny ma pracę, pewnie u kogoś mieszka i nie śpi w metrze. Dzięki Bogu. Martwiłam się on niego.
Nawet nie pytałam, co tak rozbawiło Marka. Zastanawiałam się, czy powinnam pojechać do Millons i porozmawiać z nim. Ale może lepiej poczekać jeszcze ten tydzień, żebyśmy mogli przemyśleć to wszystko. Brakowało mi go trochę, ale to przecież moja wina, że odszedł.
-Słuchaj, Jill, nie przyszedłem tutaj żeby rozmawiać o McGurdym…Wiesz…Dostałem propozycję pracy…W Nowym Jorku…
-Oh. Co to za praca?
-W banku mojego wujka…Postanowiłem, że zrobię sobie rok przerwy i potem wrócę do college’u. Wiesz, takie doświadczenie może mi się przydać w życiu i..
-A co ze mną i dzieckiem? Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale będziesz ojcem i… - starałam się ukryć rozdrażnienie w moim głosie.
Rozumiem go, nie chce całego życia spędzić siedząc w Detroit, ale myślałam że ja i dziecko to dla niego najważniejsze rzeczy. Widać się myliłam…
-Taka szansa może zdarzyć się raz w życiu! To Nowy Jork, Jill. Nie bądź samolubna.
-Ja jestem samolubna?! Mark, do cholery, będziemy mieć dziecko. Nawet jeśli nie jesteśmy razem, powinieneś być przy mnie i pomagać mi. Rozumiem, że to dla ciebie ważne, ale dorośnij trochę.
-Wiesz co ? Jadę do Nowego Jorku. Będę przysłał ci pieniądze, pasuje?! Nie zamierzam się przejmować twoim głupim gadaniem – wstał z kanapy i wyszedł z salonu. Po chwili usłyszałam trzaśnięcie drzwiami.
Zostałam sama w pustym mieszkaniu. Nie czułam wyrzutów sumienia, ani smutku, złości - kompletnie nic. Cóż, chyba jednak nie zależy mi na nim. A jemu na mnie…
Biedne dziecko, będzie mieć najgorszych rodziców na świecie. Pogładziłam się po brzuchu. I wtedy poczułam takie ciepło, gdzieś w środku. Będę kochać tego malca. Mimo wszystko, to moje dziecko.
Może powinnam pójść do lekarza? Poznać jego płeć, lub po prostu sprawdzić czy wszystko w porządku?
Wstałam z kanapy i poszłam do sypialni Roba. Znalazłam jego laptopa. Włączyłam go i poszukałam numeru do najbliższego szpitala. Znalazłam go szybko, zadzwoniłam tam i zarejestrowałam się na wizytę u położnika. Musiałam tam być za godzinę.
Poszłam więc na stację metra. Na miejscu byłam w pół godziny.
Nie lubię szpitali, jak każdy. Ten ‘szpitalny’ zapach sprawiał, że unikała takich miejsc jak się dało.
Usiadłam na plastikowym krzesełku w poczekalni, starając się ignorować podejrzliwe spojrzenie innych kobiet również czekających w kolejce. Nie musiałam długo czekać, lekarz przyjął mnie przed czasem.
Zdziwił się, że jestem tak młoda.
On mógł mieć około 30 lat. Był wysoki, szpakowaty, z krótkimi, czarnymi włosami.
-W porządku, połóż się tutaj – wskazał mi fotel przypominający ten dentystyczny. - Chcesz poznać płeć dziecka?
-Tak. No i chcę wiedzieć czy wszystko z nim w porządku.
Kiwnął głową ze zrozumieniem.
Posmarował mój brzuch dziwnym, przeźroczystym kremem, potem przyciągnął do siebie urządzenie z długą rurką z zaokrągloną końcówką. Usiadł na małym stołku, włączył coś na urządzeniu i po chwili na małym ekranie zawieszonym pod sufitem ukazał się obraz. Przesunął po moim brzuchu końcówką tego urządzenia.
-Zobaczmy….Wygląda w porządku…
Nie widziałam kompletnie nic, oprócz czarnych, białych i szarych plamek.
W pewnym momencie zatrzymał obraz, żeby mi go/ją pokazać.
-Popatrz, tutaj jest głowa, nogi… Widzisz?
Nie byłam w stanie odpowiedzieć. Patrzyłam tylko z niedowierzaniem w ekran. Tam jest naprawdę dziecko. Prawdziwe dziecko.
Dopiero teraz dochodziło do mnie, że będę mamą. To wszystko było takie…niewiarygodne.
-I wygląda na to, że…To dziewczynka. – uśmiechnął się.
Ucieszyłam się. Gdyby był to chłopiec, cieszyłabym się tak samo. Nie mam pojęcia co się stało, ale ja naprawdę się cieszyłam.
-To nie była planowana ciąża, hm? – spytał, wycierając ten krem z mojego brzucha papierowym ręcznikiem.
-Nie. – odparłam.
-Jeśli potrzebujesz wparcia…Możesz skorzystać z usług naszego psychologa. Sala numer 212. Przyjmie cię bez rejestracji. I powinnaś tez przychodzić co miesiąc na badanie kontrolne. Pobieranie krwi, i tak dalej. Dzisiaj zrób pierwsze. To ważne, żeby cały czas kontrolować stan zdrowia dziecka. Na początku może być dobrze, ale potem coś może się zmienić. Więc lepiej badać się regularnie.
-W porządku.
-Tutaj są zdjęcia twojej córki. A teraz idź do 76 i pobierz krew. Żeby tam dojść, musisz iść cały czas prosto i przejść przez oddział kardiologii. Masz tu skierowanie. – powiedział, podając mi kopertę ze zdjęciami i małą karteczkę.
-Dziękuję.
-I widzę cię tutaj za miesiąc – uśmiechnął się.
-Oczywiście. Do zobaczenia – powiedziałam, wychodząc z gabinetu.
Stojąc w korytarzu wyjęłam z koperty zdjęcie.
Patrzyłam na nie przez kilka minut. W gruncie rzeczy nie było nic na nim widać. Ale było na nim moje dziecko.
Moja mała dziewczynka.
  • awatar муѕzкα ♥: Fantastyczne <3
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Tak myślałam że to Debra. Ciekawe jak się wymiga od całej tej relacji z szefem :/ ma rację, to prawie jak prostytucja. Może Kenny jej pomoże się z tego wyrwać, najważniejsze że ma pracę! No i super że Jill zmieniła zdanie na temat swojego dziecka. To będzie dziewczynka aww :D no a ten Mark to samolubny palant :/ oby chociaż te pieniądze jej przysyłał!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Tym razem wyszedł bardzo długi. Dla tych, którzy cierpią na bezsenność, bo daję głowę, że przy nim zaśniecie.

//////////////////


Było po szóstej gdy samochód Toma wyjechał na żwirowany podjazd. Byłem cholernie zdenerwowany spotkaniem z Shannon. Parę godzin wcześniej Tom zadzwonił do niej, i uprzedził ją o wszystkim, ale wciąż byłem trochę zestresowany. Nie mogła odmówić, bo została postawiona przed faktem dokonanym. Czułem się niezręcznie, niemal wpraszając się do nich. Chociaż Tom po rozmowie z nią powiedział, że z jej głosu wywnioskował, że naprawdę nie ma nic przeciwko…
Samochód zatrzymał się. Rozpiąłem pas i wyszedłem na zewnątrz.
No, no. Całkiem nieźle.
Dom był chyba jednopiętrowy i całkiem duży, jak na dwie osoby. Otaczał go spory, zadbany ogród. Panowała tutaj cisza, bo mieszkali na przedmieściach.
Poszedłem za Tomem, wciąż przyglądając się domowi. Był kremowy z czerwoną dachówką. Zauważyłem też duży taras. Zamiast drzwi balkonowych i okien, cała ścianę zastępowała jedna wielka szyba.
Wow. Ciekawe jak będzie wyglądać wnętrze tego domu.
-Shannon jest naprawdę bardzo miła, zobaczysz – powiedział, otwierając drzwi wejściowe. –Shannon! Jesteśmy! – zawołał od progu.
Znaleźliśmy się w długim i wąskim hallu. Ściany miały przyjemny, jasnoniebieski kolor. Wisiały na nich zdjęcia Shannon i Toma. Podłoga wyłożona była panelami, leżał też na niej puszysty, biały dywanik.
Tom poszedł wzdłuż korytarza, poruszając się swobodnie po mieszkaniu. Ja czułem się trochę niepewnie.
-Tu jestem! – usłyszeliśmy wołanie gdzieś z kuchni.
Okazało się, że kuchnia była połączona z salonem . Była niewielka, lecz całkiem nieźle urządzona. W całym wystroju domu było widać kobiecą rękę. Od salonu oddzielała ją mała wysepka kuchenna. Tam stała duża kanapa, plazma, kilka szafek oraz półek zapełnionych książkami. Wszystko idealnie do siebie pasowało – każda poduszka była dobrana do koloru kanapy, każdy bibelot idealnie współgrał z niebiskimi ścianami. Duży sosnowy stół stał bliżej części kuchennej. Przy nim właśnie siedziała Shanonn. Podniosła się z krzesła, gdy nas zauważyła i zamknęła swojego laptopa.
Miała blond włosy do ramion, miły uśmiech i niebieskie oczy, była szczupła i drobna. Widać było, że jest bardzo zadbana - Jestem Shanonn – powiedziała, wyciągając w moim kierunku swoją dłoń i uśmiechając się szeroko.
To był prawdziwy uśmiech – widziałem to w jej oczach. Trudno było mi uwierzyć, że nie jest to dla niej niezręczna sytuacja. Wyglądała na sympatyczną osobę.
- Kenneth – uścisnąłem dłoń i również starałem się uśmiechnąć.
- Jesteście głodni? Kolacja jest już gotowa. – powiedziała, zabierając ze stołu laptopa.
Pomogłem im nakrywać do stołu, potem zaczęliśmy jeść.
Na początku nie byłem zbyt rozmowny. Siedziałem przy stole i ]jadłem moje spaghetti. Potem jednak zacząłem włączać się do ich rozmowy i zrobiło się całkiem miło. Shannon pytała trochę o Jill, oczywiście nie przekraczając bezpiecznej granicy. Cóż, przy takich okazjach nie mówi się o sprawach trudnych i niewygodnych więc przemilczała jej ciążę i inne tego typu drażliwe tematy. Atmosfera była sztywna, ale właściwie było całkiem nieźle. Miło było zapomnieć o wszystkich problemach i przez chwilę myśleć tylko o głupotach.
Po kolacji Tom pokazał mi pokój, w którym mogę mieszkać. Był mały, ale całkiem przytulny – urządzony w podobny sposób jak reszta domu. Było w nim tylko biurko, łóżko i szafa, a na stoliku stał niewielki telewizor. Ja dodałbym trochę plakatów, żeby nadać mu charakteru… Pewnie używali tej sypialni tylko dla gości. I tak w porównaniu do miejsc w których mieszkałem to był prawdziwy luksus.
- Będę pracować w salonie, jeśli byś czegoś potrzebował – powiedział, wychodząc.
Było już późno, ale nie byłem ani trochę zmęczony czy śpiący. Włączyłem telewizor i przełączałem z kanału na kanał, szukając czegoś co pozwoliło by mi się na chwilę ‘wyłączyć’ i zając myśli.
O, ‘Kości’. Pewnie Jill właśnie go ogląda.
Ciekawe jak się czuje i czy wszystko w porządku…Może nie powinienem jej zostawiać? Może myślałem trochę egoistycznie? Ale z drugiej strony to było nam potrzebne. Jeśli zrobimy sobie od siebie przerwę może da się odbudować nasze relacje tak, żebyśmy znowu mogli być przyjaciółmi.
Myślę, że wtedy, gdy trafiliśmy do Roba za szybko zdecydowaliśmy się na bycie razem. To była zbyt pochopna i nieprzemyślana decyzja. Teraz wiem, że nigdy nie powinno się być z kimś, z kim wcześniej się przyjaźniło. To się zawsze źle kończy. Rzeczy, które w przyjaźni są tylko głupotami, w związku stają się nagle trudne i poważne.
Wszystko tak cholernie się pokomplikowało. Szkoda, że nie możemy wrócić do ‘punktu wyjścia’, gdy byliśmy tylko przyjaciółmi i nic więcej nas nie łączyło. Świadomość, że nigdy już nie będzie tak jak dawniej mnie dobijała.
Po kilkunastu minutach wyłączyłem telewizor i poszedłem spać z uczuciem, które często mi towarzyszyło – nie wiedziałem co dalej ze mną i jak będzie wyglądać moje życie. Przecież nie mogę tutaj wiecznie mieszkać.
Ale nie mogłem zasnąć. Przewracałem się z boku na bok. W końcu, po dwóch, trzech godzinach wstałem i poszedłem do kuchni, żeby się czegoś napić.
Znalazłem butelkę wody i szklankę. Usiadłem przy dużym stole i powoli są sączyłem. Po kilkunastu minutach zobaczyłem małą paczkę na stoliku obok kanapy. Podszedłem bliżej, żeby zobaczyć co to.
Papierosy, pewnie Toma.
Podniosłem paczkę i wyjąłem jednego. Znalazłem też zapalniczkę. Przez drzwi balkonowe wyszedłem na taras i zapaliłem papierosa.
Próbowałem kiedyś tego w Millons, dawno temu. Tylko raz.
Zaciągnąłem się głęboko i wypuściłem dym, co poskutkowało atakiem kaszlu.
Jezu, jaki ze mnie frajer.
Podniosłem papierosa do ust i spróbowałem jeszcze raz. Trochę lepiej.
Po kilku minutach zdałem sobie sprawę, że za każdym pociągnięciem czuję się lepiej. To naprawdę pomagało. Usiadłem na schodach, oparłem łokcie o kolana i znowu zaciągnąłem się głęboko wypuszczając kłęby dymu.
Zdałem sobie sprawę, że cały czas myślę o Jill. Minął zaledwie jeden dzień, a ja za nią tęsknię.
Chciałbym, żeby było jak dawniej. Zanim pojawił się ten cholerny Mark. Gdy byliśmy razem.
Wciąż mi jej brakuje. Chciałem po prostu ją przytulić, pocałować. Poczuć jej miękką skórę. Porozmawiać z nią o głupotach, pośmiać się razem. Wtedy mieliśmy problemy, ale gdy trzymaliśmy się razem wszystko było dużo prostsze.
Rzuciłem niedopałek na ziemię, przyciskając go butem i wróciłem do domu. Poszedłem do mojego tymczasowego pokoju i położyłem się spać. Zasnąłem dość szybko.
Następnego ranka obudziłem się wcześnie. Wziąłem prysznic, ubrałem się i poszedłem do kuchni, gdzie Tom pił kawę. Czułem się trochę swobodniej w jego towarzystwie. Może dlatego, że poprzedniego dnia trochę rozmawialiśmy i odrobinę zmieniłem moje nastawienie do niego. Chyba naprawdę mu zależało na dobrych stosunkach ze mną.
-Hej, Kenny. Jesteś głodny? Masz ochotę na tosta?
-Nie, dzięki….Właściwie, to chciałem tylko spytać, czy mogę zostać tu jeszcze parę dni.
-Oczywiście, już ci mówiłem. Nie ma żadnego problemu. Jestem ci to winien, za te wszystkie lata, gdy się tobą nie interesowałem.
- A Shannon? Nie ma nic przeciwko?
-Nie, rozmawiałem z nią. Nie ma z tym problemu, naprawdę. Pogodziła się z tym, że mam syna i uważa, że to był dobry pomysł. Była zła na mnie, dlatego, że nie powiedziałem jej o tym wszystkim. No i nie mogła uwierzyć, że nie interesowałem się tobą przez te wszystkie lata. Pogodziła się tym, ale wiesz...To trochę zmieniło nasze małżeństwo.
Kiwnąłem głową.
Wtedy do kuchni weszła Shanonn.
-Dzień dobry – powiedziała, trochę zaspanym głosem. Podeszła do stołu i nalała sobie kawy.
Potem nastąpiła grzecznościowa wymiana kilku zdań.
-Tom, mówiłam ci już że Marcus otwiera restaurację? – zwróciła się do niego, gdy ja robiłem sobie tosta. – Chociaż restauracja to za dużo powiedziane…Wynajął jakiś obskurny lokal. Podobno całkiem nieźle mu idzie, i dużo zarabia – zaśmiała się, jakby właśnie powiedziała świetny żart.
-Gdzie jest ten lokal? – spytał Tom, nie wykazując wielkiego ożywienia.
-W najgorszym miejscu, jakie mógł sobie znaleźć – w Millons.
Tom nie odpowiedział, tylko wymienił ze mną spojrzenie.
-Uh…Kochanie? Kenny mieszkał w Millons – powiedział po chwili.
-Oh! Ja…naprawdę…nie…- zaczęła się plątać.
-W porządku. Przecież wiem jak jest w Millons.
Zapanowała niezręczna cisza.
- Cóż…Marcus szuka teraz kelnerów…do swojej restauracji… - dodała po chwili.
-Przepraszam się wtrącam, ale… Czy ten Marcus przyjął by do pracy kogoś kto nie skończył liceum? – spytałem, bo czułem, że to jest właśnie moja szansa na zdobycie pracy.
-Przyjął by nawet kogoś, kto skończył edukację na szkole podstawowej. A Marcus to mój brat. Jesteś zainteresowany pracą u niego? Cóż, zarobki na pewno nie będą wysokie, a warunki…
-To nie ma znaczenia. Ja muszę mieć jakąkolwiek pracę – przerwałem jej.
-Jeśli chcesz, zadzwonię do niego i powiem mu.
-Oczywiście, że chcę. To niej jest moja wymarzona praca, ale zawsze coś.
-W porządku, już dzwonię.
Odstawiła kubek z kawą i wyszła z kuchni.
-Przepraszam…za to…Wiesz, Shannon wychowała się na przedmieściach Los Angeles i teraz każda dzielnica w której nie ma willi i prywatnych plaż jest obskurna.
-Naprawdę nic się nie stało. Mieszkałem tam siedemnaście lat. Uwierz mi, dobrze wiem że to najgorsza dzielnica Detroit.
Po chwili wróciła Shannon.
-Powiedział, że chętnie cię przyjmie. Chciałby, żeby przyjechał tam dzisiaj.
-Okej. Pojadę tam metrem. Gdzie jest najbliższa stacja?
-Metrem? – spytała, krzywiąc się, Shannon. – Chcesz jechać metrem?
-My, biedacy z Millons, jeździmy metrem – powiedziałem. Pogodziłem się już z warunkami, w których dorastałem, więc potrafię sobie z tego żartować.
-Odwiozę cię, tylko musimy już jechać, bo spóźnię się do pracy – dopił kawę i podniósł się z krzesła – Shannon, podaj mi proszę dokładny adres.
-Mogę pojechać metrem…
-Nie będziesz tłukł się metrem. To prawie pod drodze. Poczekaj w samochodzie, wezmę swoje rzeczy i jedziemy.
-Adres to West Jogson 4 – przeczytała Shannon z małej karteczki.
-West Jogson 4? Na pewno? – spytałem.
-Tak, na pewno. Znasz to miejsce?
-Uh, tak kojarzę.
Znałem je bardzo dobrze, bo był to bar do którego chodziła moja matka. I ten, z którego musiałem ją odbierać, gdy się upijała. Nienawidziłem go z całego serca. Gdyby nie powstał, może matka nie chodziła by tam niemal codziennie. Naprawdę nienawidziłem tego miejsca.
-Będę czekać w samochodzie – rzuciłem i wyszedłem na zewnątrz.
Tom po kilku minutach wyszedł z domu i ruszyliśmy. Do Millons dotarliśmy w dwadzieścia minut. Prawie w ogóle nie rozmawialiśmy, a jeśli już to były to jakieś błahostki. Chciałem z kimś porozmawiać tak poważnie, ale nie ufałem jeszcze tak dobrze Tomowi, więc rozmawialiśmy tylko o takich rzeczach.
Odpiąłem pas i wysiadłem.
-Do zobaczenia później.
-Do zobaczenia – odpowiedziałem, zamykając drzwi samochodu.
Tom odjechał, a ja zostałem na placu pod barem. Dziwnie się czułem będąc tu znowu.
Zauważyłem, że zmienił się jego szyld. Kiedyś nazywał się ‘Gornchollas Bar’ od nazwiska jego właściciela, teraz to ‘Marcus’ Bar’
Cóż za oryginalny pomysł.
Wszedłem do środka. O tej porze było tu pusto, była zaledwie dziewiąta rano.
-Halo? Jest tu ktoś? – zawołałem.
Z kuchni wyłonił się wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna.
- Ty musisz być Kenneth – powiedział, podchodząc do mnie – Jestem Marcus.
-Kenneth – uścisnąłem jego wyciągniętą dłoń.
-Miło cię poznać.
Był uderzająco podobny do Shannon. Ich włosy miały ten sam kolor, oczy ten sam kształt. Nawet uśmiechali się w podobny sposób. Zastanawiało mnie tylko to, że Shannon mieszka w domu w bogatej dzielnicy, a on w Millons prowadzi jakiś bar.
- W porządku, pokażę ci lokal a potem porozmawiamy o twoich zarobkach.
-Zaraz…tak od razu? Jestem już przyjęty? Tak z ulicy? – zdziwiłem się trochę.
-Jesteś synem Toma. A on jest najbardziej odpowiedzialną osobą jaką znam. Pewnie odziedziczyłeś trochę jego cech. Jesteś do niego bardzo podobny. Dobrze ci z oczu patrzy, no i jesteśmy prawie jak rodzina – zaśmiał się i poklepał mnie po ramieniu.
‘Od kiedy odpowiedzialna osoba zostawia małe dziecko i swoją dziewczynę’ – chciałem powiedzieć, ale się powstrzymałem.
- Chodź, pokażę ci bar. – powiedział, a ja ruszyłem za nim.
Myślałem, że wciąż będzie to miejsce do którego przychodzą alkoholicy, którzy zatapiają swoje smutki w wódce, ale ku mojego zaskoczeniu był to bar z jedzeniem. Serwowali tu wszystko – od naleśników, przez hot-dogi do sałatek ziemniaczanych. Wystrój był mało zachęcający i naprawdę brzydki, ale tak było we wszystkich barach w Millons…
Marcus pokazał mi kuchnię (wyjątkowo obskurną) i wchodziliśmy właśnie do głównej sali, gdy zauważyłem dziewczynę, ścierającą blat. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że już ją widziałem. Miała ładne, ciemnobrązowe włosy. Gdy skończyła wycierać blat, odwróciła się twarzą do nas. Marcus mówił o czymś, ale już go nie słuchałem.
Już wiedziałem kim jest ta dziewczyna. Rozpoznałem ją po tych ślicznych, dużych, zielonych oczach.

*JILL*
Siedziałam przy stole i powoli jadłam naleśniki, które zrobił Rob. Chyba miał wyrzuty sumienia, bo ciągle pytał czy czegoś nie potrzebuję, czy nie jestem głodna, czy dobrze się czuję… Zaczynało to się robić trochę irytujące.
-Okej, ja lecę. Muszę załatwić kilka spraw, zobaczymy się wieczorem, pa – powiedział, i już go nie było.
Nawet nie chcę wiedzieć, co to za ‘sprawy’. Dlaczego nie mógł znaleźć sobie normalnej pracy? Dziwne, że nie boi się, że ktoś powie glinom i pewnego dnia zapukają do naszych drzwi. Wolałabym sobie tego nie wyobrażać.
Ale muszę przyznać, że jego naleśniki są świetne. Poprawiły mi trochę humor. Naleśniki z czekoladą, mm… Przed kilka minut świat może być piękniejszy.
‘Naleśniki z czekoladą – 300 kalorii’ – pomyślałam odruchowo.
Taki nawyk z dziewiątej klasy.
Bo wtedy, gdy miałam 14 lat, zdiagnozowano u mnie bulimię. To był najgorszy rok mojego życia. Myślę, że gorszy nawet od tego.
Wszystko zaczęło się tak niewinnie – chciałam tylko lepiej się odżywiać. Jeść mniej słodyczy i tak dalej. Przeczytałam w jakieś gazecie o zdrowej diecie i zaczęłam faktycznie lepiej się odżywiać. Na początku przestałam jeść słodycze. Stopniowo nie jadłam też makaronu i sera, potem jadłam białego czarne pieczywo. Sprawdzałam dokładnie ile kalorii ma każda rzecz. Nie mam pojęcia skąd to wiem, ale nawet teraz znam ilość kalorii każdego produktu. Po paru tygodniach mojego ‘zdrowego odżywiania’ wielkim problemem było dla mnie zjedzenie kromki białego chleba. Potem codziennie się ważyłam i zdawałam sobie sprawę, że nie chudnę. Chciałam być tylko jak te modelki w gazetach. Szczupłe i ze świetną figurą. Ja czułam się gruba. Chociaż wcale nie miałam nadwagi, to były tylko moje chore urojenia. Nienawidziłam mojego ciała. Pewnego dnia poszłam na urodziny do mojej kuzynki i zjadłam kawałek czekoladowego tortu. Nie mogłam odmówić, wszyscy go jedli, no i wyglądał tak pysznie. Zjadałam malusieńki kawałek. Za to znienawidziłam siebie. Policzyłam wszystkie kalorie i nie mogłam sobie tego wybaczyć. Poszłam do łazienki, i upewniając się że nikt mnie nie usłyszy, wepchnęłam sobie palec do ust i zwymiotowałam. Pomyślałam, że to tylko raz i nikt nigdy się o tym nie dowie i nie zrobię tego więcej. Tak mi się wtedy wydawało. Ale zaczęłam robić to częściej i częściej. W końcu byłam niemal uzależniona. Moja mama zauważała, że chudnę i odmawiam jedzenia. Zaprowadziła mnie do lekarza, gdy zaczęłam mdleć. Ważyłam wtedy 30 kilogramów. Zostałam wysłana do kliniki. Było ciężko, ale po ponad pół roku wróciłam do normalnej wagi. Pamiętam, że Kenny bardzo mnie wspierał. Potem wszystko wróciło do normy.
No, prawie. Bo z zaburzeń odżywiania – anoreksji, bulimii – nie da się do końca wyleczyć. Zaczynasz normalnie jeść, ważysz normalnie, ale to wciąż pozostaje w twojej głowie.
Teraz czułam jak to wraca. To uczucie, gdy w moim mniemaniu zjadłam za dużo.
Popatrzyłam na pusty talerz.
Nie, nie, nie. Nie mogę tego zrobić. Jestem w ciąży. Muszę jeść.
Ale czuję się taka gruba. Nie mieszczę się w nic. Kompletnie nic. Myślałam, że urośnie mi tylko brzuch.
Osunęłam talerz i wstałam od stołu. Poszłam do łazienki. Uklęknęłam przed sedes i podniosłam klapę.
No dalej, Jill. Zjadałaś za dużo.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Uuu, jestem tutaj już 100 dni Chciałabym wobec tego podziękować wszystkim, którzy czytają moje opowiadanie i motywują swoimi komentarzami do pisania kolejnych części

///////////////


Włóczyłem się po całym mieście bez konkretnego celu. Pojechałem do głównej części Detroit, sam nie wiedziałem po co. Kręciłem się po Highland Park przez dobre półtorej godziny. Ten park był taką namiastką Central Parku w Nowym Jorku. No, może nie całkiem, bo wcale nie był w centrum miasta, ale i tak blisko najruchliwszej jego części, chociaż przecież Detroit nie dorównuje Nowemu Jorkowi. Ale widać było wieżowce i wyższe budynki zza drzew posadzonych tak, by oddzielały park od ulicy. Prawie nie słychać było tutaj szumu samochodów.
Nie miałem pojęcia czemu tu przyjechałem. Nie miałem pojęcia też, gdzie będę spać, a perspektywa spędzenia nocy w metrze nie za bardzo mi pasowała. Myślałem, żeby pojechać do Millons i przenocować u Bena albo Ryana, ale zdałem sobie sprawę, że to nie był najlepszy pomysł wpraszać się do nich. Mark ma dwoje młodszych braci, mieszka ze swoją matką w malutkim domu. Jego ojciec zmarł dwa lata temu i od tej pory jest im naprawdę ciężko. Mark kocha swoją mamę i stara się zarabiać jak najwięcej. Jest w stanie wziąć każdą pracę. Ryan za to ma ojca alkoholika. U nich też nigdy się nie przelewało, no i wiem, że ma dużo swoich problemów. Wiem też, że chce wyprowadzić się i przenieść do swojego brata, który mieszka w południowym Detroit, ale wie, że bez niego ojciec nie da sobie rady.
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak bardzo się wkopałem. Wyprowadziłem się od Jill nie mając pojęcia gdzie teraz będę mieszkać. Powinien to jakoś lepiej zaplanować. No i mam przy sobie zaledwie 40 dolców, co nie wystarczy na długo.
Do tego byłem strasznie głodny. Jakie to absurdalne, właśnie wyprowadziłem się od Jill co oznaczało najprawdopodobniej koniec naszej przyjaźni i koniec wszystkiego, a potrafiłem myśleć tylko o tym, że muszę coś zjeść.
Poszedłem do małego baru serwującego fastfoody i kupiłem najtańszego i najohydniejszego hamburgera jakiego kiedykolwiek jadłem. Ale zjadłem go całego. Potem wróciłem do parku. Usiadłem na ławce naprzeciwko małego placu zabaw i patrzyłem na dzieci, beztrosko się bawiące. Tak bardzo chciałbym być jednym z nich.
Westchnąłem i sięgnąłem do plecaka po mojego iPoda. Rob dał mi swoje stare słuchawki, którch już nie używał, które był całkiem dobre i fajnie słuchało się na nich muzyki. Może nie były to Monstery Dr.Dre, ale mimo wszystko mogę teraz zaznać trochę luksusu słuchając muzyki. Gdy wyciągałem je z plecaka, razem z nimi wypadła mała prostokątna karteczka.
*Thomas Hamiss*
Agencja nieruchomości ‘Loria’
Hamric Street 76/89
Detroit
Tel. 899 845 238

Patrzyłem na ten kawałek papieru przypominając sobie co powiedział Tom.
‘Gdybyś chciał się kiedyś spotkać…’
Hamric Street… Może to gdzieś niedaleko? Mógłbym też zadzwonić, ale wolałbym od razu się z nim zobaczyć. Chociaż z drugiej strony, może on nie chce się ze mną widzieć… Co miałbym mu powiedzieć? Może mógłbym po prostu przenocować u niego chociaż tę jedną noc? Bałem się, że będzie chcieć odmówić, i zrobi się niezręcznie. Ale nie mam wyjścia. Podniosłem się ławki i spytałem jakąś dziewczynę, właśnie przechodzącą obok mnie czy wie gdzie jest ta ulica. Wiedziała. Wytłumaczyła mi dokładnie jak mogę tam się dostać.
-Wystarczy, że pójdziesz prosto i gdy dojdziesz do skrzyżowania skręcisz w Jillsons West. Potem wzdłuż tej ulicy i w prawo. Zobaczysz stary budynek już z daleka – powiedziała
-Rozumiem, wielkie dzięki.
-Nie ma za co – odpowiedział, uśmiechając się przyjaźnie. Miała dołeczki w kącikach ust.
Jill też takie ma.
Jill…
Dziewczyna odeszła, a ja również ruszyłem we właściwym kierunku. Doszedłem do biura nieruchomości w dziesięć minut. W końcu stanąłem przed niewielkim budynkiem, ale wyróżniającym się na tle innych. Pewnie dlatego, że był dużo starszy niż otaczające go, szaro-bure bloki. Już miałem wejść do środka, ale zawahałem się. Przez chwilę stałem tak, naprzeciwko drzwi, zastanawiając się co robić. W końcu przełamałem się i nacisnąłem klamkę. Drzwi cicho skrzypnęły. Wszedłem do środka.
Wnętrze budynku było urządzone raczej w nowoczesnym stylu, ale było tutaj jakoś bardziej przytulnie niż w większości biur. Po prawej stronie, w długim korytarzu zauważyłem recepcjonistkę siedzącą za długą ladą, przeglądała właśnie jakieś papiery.
-W czym mogę pomóc? – spytała, gdy mnie zauważyła, kierując na mnie swoje podejrzliwe i mało przyjazne spojrzenie.
-Szukam pana Thomsa Hamissa. – zacząłem, podchodząc do niej – Jestem z rodziny. Kenneth McGurdy – dodałem szybko.
Właściwie, była to prawda…Jest przecież moim ojcem.
-Mhm… - mruknęła i wybrała jakiś numer z telefonu stacjonarnego leżącego obok niej, na biurku.
-Panie Hamiss, ktoś do pana. Kenneth McGurdy. – powiedziała, mierząc mnie wzrokiem. Wiedziałem że patrzy na mojego siniaka pod okiem, który znikał, ale wciąż był trochę widoczny.
Nie usłyszałem co powiedział Tom, ale po chwili odłożyła słuchawkę i powiedziała:
-Gabinet numer 18. Prosto i w lewo
Odszedłem, wciąż czując jej wzrok na moich plecach. Gdy znalazłem się pod gabinetem, zastukałem kilka razy i wszedłem do środka.
-Kenneth! Miło cię widzieć! Cieszę się, że tutaj przyjechałeś. Co u ciebie? Wszystko w porządku? Może po prostu pójdziemy coś zjeść? – powiedział Tom, podnosząc się znad biurka.
-Właściwie to… - zacząłem, zasypanym gradem pytań. – U mnie nie za dobrze…
Wyszedł zza biurka stając bliżej mnie.
Jego gabinet był niewielki. W roku pokoju stało duże biurko, pod ścianami kilka stolików i szaf, wszystkie zapchane papierami. Ściany były kremowe, a podłoga wyłożona jasnymi panelami. Nic specjalnego, zwyczajne biuro.
-Co się stało? – spytał. – Usiądź, proszę.
Wskazał na krzesło obok biurka i sam usiadł po drugiej stronie.
-Więc…?
- Cóż… ja i Jill…zerwaliśmy. Teraz kompletnie się między nami nie układa i…nie możemy dalej mieszkać razem. Ja…chyba coś do niej wciąż czuję i…to za trudne mieszkać razem z nią pod jednym dachem. Pomyślałem… że może mógłby zamieszkać u ciebie przez kilka dni? Lub chociaż na jedną noc? - powiedziałem. - Jeśli to jakiś problem lub po prostu nie chcesz tego, po prostu powiedz. Naprawdę, nie musisz się zgadzać… - dodałem szybko, widząc wyraz jego twarzy.
- Jestem po prostu zaskoczony. Cieszę się, że zwróciłeś się do mnie i wiesz, że możesz na mnie liczyć. Bo możesz. Wiem, że pewnie mi nie ufasz i jestem wciąż dla ciebie obcy… Ale może to kiedyś się zmieni…I spokojnie, nie wymagam od ciebie, żebyś zaczął nazywać mnie tatą, lub robił cokolwiek w tym stylu. I oczywiście zgadzam się. Chciałem ci pomóc już dawno, bo to jest chyba jedyny sposób, żeby wynagrodzić ci te wszystkie lata gdy mnie nie było przy tobie…
-Ale wiesz, że pieniądze nie rozwiążą problemu.
-Oczywiście, że wiem. Nie ma sposobu, żeby zmienił to co zrobiłem. Nie da się cofnąć czasu. Szkoda. Zmieniłbym wiele rzeczy.
Ja też.
- W każdym razie…- zaczął. – Możesz mieszkać u mnie jak długo chcesz.
-Naprawdę? To nie będzie jakiś problem? Jeśli tak, to..
-Nie, w porządku. Mamy wolny pokój i sporo miejsca. Naprawdę, to nie problem.
-My? – spytałem.
-Och, tak, mam żonę. Shannon. Mam nadzieję, ze nie będziesz czuł się w naszym towarzystwie niezręcznie.
Co? Dlaczego nic o tym nie mówił?
-Czy…ona o mnie wie? – spytałem niepewnie.
-Tak, oczywiście. Powiedziałem jej ponad roku temu. Było źle na początku, ale teraz przywykła do tego.
-Ale jak zareaguje gdy pojawię się nagle w waszym domu?
-Hm… - mruknął i poprawił się na krześle. – Nie wiem, będzie pewnie bardzo zaskoczona, ale…Myślę, że nie będzie zła. To ona namówiła mnie, żebym zaczął cię szukać.
-Ale...fakt, że masz dziecko…Jak na niego zareagowała?
-Wiesz…To prawie doprowadziło do rozpadu naszego małżeństwa…- spuścił na chwilę wzrok. - Przez dwa miesiące wyprowadziła się do swoich rodziców. – To były najgorsze dwa miesiące w moim życiu. Ale po tej chwilowej rozłące nasze relacje znacznie się poprawiły. Może tobie i Jill dobrze to zrobi.
-Mam nadzieję. A długo jesteście małżeństwem?
-Prawie osiem lat.
-Sporo.
Uśmiechnął się. Naprawdę ją kocha, widziałem to w jego oczach.
-Jest wspaniała, zobaczysz.
-A czy…macie dzieci?
Jego wyraz twarzy zmienił się nagle.
-Nie – odpowiedział krótko.
Dzięki Bogu. Nie zniósł bym tego, gdyby miał dziecko, od którego nie odszedł, tak jak to było ze mną.
-W porządku…. – powiedział, jakby chciał zmienić temat. – Chodźmy coś zjeść. Porozmawiamy gdzieś indziej.
Gdy szedłem za nim korytarzem, zdałem sobie sprawę, że go lubię. Chociaż wciąż będę trzymać go na dystans i mimo wszystko część mnie wciąż przypomina ma żal do niego. Cóż, pewnie będzie już tak zawsze. Odczułem ulgę, że się zgodził i najwyraźniej nie z grzeczności. Bałem się trochę spotkania z jego żoną. Nie chciałem zepsuć ich relacji, a może się tak stać. Przenocuję tam przez kilka dni, a potem coś wymyślę.
Tom jest w gruncie rzeczy dobrym człowiekiem, który po prostu popełnił kilka błędów. Trudno wybaczyć my wszystko to, co zrobił, ale może z czasem moje nastawienie do niego się trochę zmieni.
Przecież każdy popełnia błędy.

*JILL*

Spałam pewnie przez jakieś dwie, trzy godziny. Obudziłam się, gdy usłyszałam trzaśnięcie drzwi. Po chwili do pokoju wszedł Rob.
-Hej Jill. – powiedział, wychylają się zza drzwi. – Co jest? Źle się czujesz? Wszystko w porządku?
-Kenny wyprowadził się. – powiedziałam, siadając na łóżku.
-Co? Dlaczego?
-Nie chciał już ze mną mieszkać. Powiedział, że to za trudne. I że musimy zrobić sobie przerwę. I odszedł – spuściłam wzrok.
-Oh. – mruknął, przysiadając na krańcu łóżka.
-A ja go potrzebuję – powiedziałam, czując że znowu zbiera mi się na łzy. – Cholernie potrzebuję. –dodałam, ukradkiem wycierając je wierzchem dłoni.- Dlaczego wszystko czego się dotknę musi zawsze źle się kończyć? Popatrz na mnie, za parę miesięcy będę mieć dziecko. Dziecko. Kolejny błąd w moim życiu.
-Jill, to nie ‘Nastoletnie matki’. Nie możesz siedzieć tutaj i użalać się na sobą. Musisz zacisnąć zęby i iść do przodu.
-Dzięki za pocieszenie.
-Wybacz Jill, ale taka jest prawda. Wiem, że jest ci ciężko, ale będzie jeszcze gorzej.
-Naprawdę, świetny z ciebie pocieszyciel. Przecież to wiem, do cholery. Łatwo ci mówić, ale tak naprawdę nie wiesz jak to jest.
- Ja tylko staram się pomóc.
-Wybacz, ale to nie działa. Uświadamianie mi w jakiej sytuacji jestem naprawdę nie pomaga.
-To co mam robić?! To moja wina, że pieprzyłaś się z tym całym Markiem?! – wybuchnął nagle.
Zaczerpnęłam gwałtownie haust powietrza.
Co? Jak mógł tak powiedzieć?
Milczałam, a Rob zdał sobie sprawę, co powiedział i jak zareagowałam.
-Oh, przepraszam, Jill…Nie o to mi chodziło…Tak mi się wyrwało.
-Daj spokój.
-Jill…
-Przestań. Przynajmniej wiem, jak o mnie myślałeś.
-Ja naprawdę nie chciałem…
-Daj. Spokój. Po prostu wyjdź. – przerwałam mu.
Wstał i wyszedł, zostawiając mnie w jeszcze gorszym humorze niż byłam wcześniej. Może miał trochę racji. Nie powinnam uznawać ‘zafuaj mi’ jako dobry środek antykoncepcyjny.
Ale nie ma prawa oceniać mnie w ten sposób.
 

 
Liczę na szczere opinie
***


Dotarłem do domu późno, bo długo błądziłem po mieście. Ludzie omijali mnie szerokim łukiem. O tej porze, szczególnie w tej dzielnicy niewiele ich spotkałem, ale nikt nie spytał, czy wszystko nic mi nie jest i dlaczego mam plamy krwi na koszulce. Witamy w Detroit, gdzie wszyscy mają cię gdzieś.
Droga do mieszkania zajęła mi mniej więcej 20 minut. Poczułem wielką ulgę gdy w końcu stanąłem przed kamienicą i zacząłem wspinać się po schodach. Nigdy nie czułem się tak źle. Kręciło mi się w głowie i bolało mnie dosłownie wszystko. Byłem świadomy, jak strasznie wyglądam. Przekonałem się o tym, gdy Jill otworzyła mi drzwi. Widząc jej wyraz twarzy, potrafiłem wyobrazić sobie moją.
-Kenny! Co ci się stało?! – przesunęła się, żebym mógł wejść do mieszkania. – Przecież miałeś tylko…- urwała, przyglądając się mojej twarzy – Boże…
Pociągnęła mnie za sobą do kuchni, kazała siadać i wyciągnęła woreczek z lodem podając go mi. Przyłożyłem go do twarzy. Po paru minutach ból wyraźnie się zmniejszył.
-Więc? To sprawka Neffa i jego bandy, prawda? – spytała, siadając na krześle naprzeciwko mnie.
-Tak. Sześciu na jednego – mruknąłem.
Mimo wszystko czułem się jak ostatni frajer, bo nawet nie próbowałem się bronić. Nie miałbym szans, ale chodziło o pokazanie im, że tak łatwo się nie podaję.
-Ale na pewno nic ci nie jest? – spytała, a ja zauważyłem troskę w jej spojrzeniu.
-Chyba nie…Jestem tylko…trochę poobijany.
-Ta, faktycznie, ‘trochę’. – powiedziała. – Weź chociaż prysznic, masz krew na koszulce i twarzy.
Położyłem woreczek z lodem na stole i pokuśtykałem do łazienki. Gdy wszedłem do środka i spojrzałem w lustro, sam się przestraszyłem. Wyglądałem strasznie. Przyglądając się mojej twarzy wiedziałem, że jutro będę mieć okropnego siniaka na pół twarzy. Świetnie.
Biorąc prysznic starałem się nie myśleć o tym, że dostałem po raz kolejny kopniak w brzuch (dosłownie i w przenośni) a moje życie jest z każdym dniem coraz gorsze. Do tego nie miałem pieniędzy.
Może jutro poszukam jakieś pracy lub spytam Roba czy nie znalazłby czegoś dla mnie. Mógłbym mu pomagać, chociaż nie uśmiecha mi się być dilerem. Ale zależy mi na znalezieniu jakiekolwiek pracy, bylebym tylko zarobił trochę pieniędzy i dołożył się do czynszu. Chodziło o honor. Nie potrafiłem znieść myśli, że Rob nas utrzymuje.
Po wyjściu z łazienki poszedłem do salonu, gdzie Jill oglądała telewizję. Siedziała po ciemku, widziałem tylko jasne światło bijące od telewizora. Usiadłem obok niej na kanapie. W milczeniu wpatrywaliśmy się w ekran. Właśnie leciały ‘Kości’, jeden z ulubionych seriali Jill. Niezbyt go lubiłem, no i odcinek był już w połowie, więc nie wiele rozumiałem, ale chodziło mi o samo bycie z Jill.
Zdałem sobie sprawę, że chciałem z nią być. Kochałem ją. Czułem niemal fizyczny ból gdy myślałem o tym, że już nigdy jej nie przytulę, nie pocałuję. Tęskniłem za tym. Za nią. Za jej zapachem, za sposobem, w jaki się do mnie przytulała. Tak cholernie chciałem żeby było jak dawniej. Zanim trafiłem do domu dziecka, za nim pojawił się Russel.
Może gdyby nie on to bylibyśmy razem? Pieprzony Mark. Musiał pojawić się wtedy, kiedy był najmniej potrzebny?
Odcinek się skończył i zaczęły się reklamy, gdy zauważyłem, że Jill zasnęła. Wyłączyłem telewizor, przykryłem ją kocem i sam poszedłem spać.
Obudziłem się wcześnie. Od razu poszedłem do łazienki, by ocenić jak wygląda moja twarz. Na lewym oku miałem okropnego siniaka, który teraz zrobił się sino-fioletowy. Wyglądałem jeszcze gorzej niż zazwyczaj. To samo stało się z siniakami na brzuchu. Mnie dobrych parę tygodni zanim będę wyglądać jak człowiek.
Potem poszedłem do salonu, gdzie Jill wciąż jeszcze spała na kanapie. Może powinienem z nią porozmawiać i powiedzieć jej że nie potrafię być dla niej tylko przyjacielem. Może.
Poszedłem zrobić sobie śniadanie. Gdy wyjmowałem gorące grzanki z serem z tostera do kuchni weszła zaspana Jill.
-Hej – rzuciłem na powitanie.
-Hej.
-Chcesz jednego? – spytałem wskazując na tosty.
-Jasne, dzięki.
Na tym skończyła się nasza rozmowa. Kiedyś potrafiliśmy rozmawiać o wszystkim a teraz baliśmy się odezwać bo nasze relacje nagle stały się takie skomplikowane.
Unikaliśmy siebie coraz bardziej. Kolejne dni były nijakie i nudne. Prawie wcale nie rozmawialiśmy, a mimo to często dochodziło do spięć i kłótni.
Jill ciągle chodziła zła i każda drobnostka mogła doprowadzić do awantury. Do tego nie potrafiłem znieść obecności Russela, który coraz częściej się u nasz pojawiał. Nie potrafiłem znieść tego, że Jill dobrze czuje się w jego towarzystwie. Że czasem nawet żartują. Niby trzymała go na dystans, ale widziałem że zbliżali się do siebie.
Nie potrafiłem tego znieść. To tak cholernie bolało. Może to tylko zazdrość, ale bolało, gdy widziałem że Jill nie potrzebuje mnie do szczęścia.
Minęły dwa tygodnie, gdy zdałem sobie sprawę, że nie mogę tak dłużej. Nie chcę mieszkać z Jill. To tylko nas od siebie oddala. Może jeśli zrobimy sobie od siebie przerwę, znowu będzie tak jak dawniej?
Spakowałem do plecaka ubrania i trochę potrzebnych rzeczy (czyt. moje płyty) i poszedłem do salonu, gdzie Jill siedziała z Markiem.
-Jill, możemy porozmawiać?
Dostrzegła mój plecak i zmarszczyła brwi.
-Tak, jasne. – mruknęła idąc za mną na korytarz.
Wziąłem głęboki oddech. Gdy byliśmy już w przedpokoju, zacząłem mówić:
-Okej, więc…Posłuchaj, Jill, nie mogę tak dalej. Nie powinniśmy razem mieszkać. Tylko się kłócimy i..to nie ma sensu. Może coś do ciebie jeszcze czuję i nie potrafię żyć obok ciebie ze świadomością ze nie możemy być razem. Nie powinniśmy razem mieszkać. I wybacz, ale nie da się być tylko przyjaciółmi po tym co między nami było. Nie wiem jak możesz tak po prostu przestać coś do kogoś czuć, ale ja tak nie potrafię. Nie wiem jak to opisać, po prostu…Muszę się wyprowadzić. Gdziekolwiek. Może jeśli zrobimy sobie przerwę, naprawimy cokolwiek. Do zobaczenia, Jill.
Poprawiłem plecak na ramieniu i ruszyłem do drzwi.
-P..poczekaj. Gdzie chcesz mieszkać? W metrze? – spytała.
Liczyłem na trochę więcej uczuć.
-Nie wiem. Może zatrzymam się u Bena albo Ryana. Coś wymyślę. Nie martw się o mnie. – powiedziałem, rzucając jej ostatnie spojrzenie i wyszedłem, cicho zamykając drzwi.

**
*JILL*
**
Jak mogłaś być taka głupia, Jill? Po prostu pozwoliłaś mu odejść. Tak PO PROSTU.
Patrzyłam długo na drzwi, którymi wyszedł, nie mogąc się poruszyć. Powinnam coś powiedzieć. Cokolwiek.
Przecież go tak bardzo potrzebuję.
-Hej, Jillie, wszystko w porządku? – usłyszałam za moimi plecami głos Marka.
-Nie nazywaj mnie tak – odpowiedziałam chłodno. –Przepraszam Mark, ale powinieneś chyba już iść. – dodałam grzecznie, ale stanowczo.
Nie miałam ochoty na jego towarzystwo w tej chwili.
-Ale…co się stało? McGurdy ci coś powiedział? Zawsze myśli, że wszystko wie najlepiej! Gdzie on jest?!
-Kenny nic nie zrobił. Po prostu już idź, proszę.
-Jak chcesz.
Wyszedł, a ja poszłam prosto do naszego pokoju. Położyłam się na materacu Kennego. Wiem, jak to głupio zabrzmi, ale chciałam poczuć jego zapach. Poduszka pachniała dokładnie jak on. Przykryłam się kołdrą, zacisnęłam powieki i próbowałam zasnąć. Ale nie potrafiłam. Za dużo rzeczy i spraw do przemyślenia.
Czułam się okropnie. Przede wszystkim dlatego, że pozwoliłam odejść Kenny’emu.
Nie pasowaliśmy do siebie jako para, ale był moim najlepszym przyjacielem. Przypomniałam sobie jak wtedy, gdy rodzice wyrzucili mnie z domu poszłam prosto do niego. Jasne, miałam kilka przyjaciółek które mogłyby mi pomóc, ale on był pierwszą osobą która przyszła mi do głowy i wiedziałam, że mnie nie zawiedzie.
To moja wina, że odszedł. Zachowywałam się strasznie ostatnio. Nic dziwnego, że miał dosyć. Po prostu nie potrafiłam przełamać tej bariery, która powstała po tym jak powiedziałam mu o Marku. Bariera rosła i rosła, a ja nie próbowałam jej pokonać.
A tak naprawdę bardzo chciałam, żeby po prostu ktoś mnie przytulił. To wszystko ostatnio mnie przytłaczało. Nie mieściłam się już w moje ubrania, zaczęły się poranne mdłości. Dopiero teraz doszło do mnie, że będę mieć dziecko. A to mnie przeraża. Nie potrafię sobie wyobrazić siebie jako matki. Będę beznadziejna, to wiem na pewno. I nie dam sobie rady.
Dlatego potrzebuję kogoś takiego jak Kenny. Kogoś komu ufam i kto jest w stanie być przy mnie zawsze i mnie nie zawieść. Marka nie brałam pod uwagę. Widać, że spoważniał i dojrzał, ale po tym co zrobił nie jestem w stanie na nowo mu zaufać. Jest jeszcze Rob, no i oczywiście, jest moim bratem i kocham go, ale jest chyba najbardziej nieodpowiedzialną osobą jaką znam.
Nie chodzi mi o pomoc do zmieniania pieluch, chodzi bardziej o emocjonalne wsparcie. A teraz właśnie je straciłam, przez własną głupotę.
Znowu zacisnęłam powieki najmocniej jak się dało, by powstrzymać napływające do oczu łzy.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

detroit-dreams
 
catmachine
 
Heej, pokaż mi tę piosenkę Marsa o której mówiłaś.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Ktoś w ogóle to jeszcze czyta? Bo dzisiaj miałam zacząć pisać nowy rozdział, ale jestem zawalona nauką, więc prawdopodobnie pojawi się dopiero w następnym tygodniu...Tylko czy jest sens go pisać, bo straszne tu pustki....
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Obudziłem się wcześnie. Jill musiała już wstać, bo jej łóżko było już puste. Poszedłem do kuchni, skąd dolatywała przyjemna woń tostów i jajecznicy.
-Jesteś głodny? – spytała cicho, zauważając mnie.
-Nie, dzięki – usiadłem na krześle. Przez chwilę słychać było tylko szuranie drewnianej łopatki o patelnię, na której Jill smażyła jajka.
-Gdzie byłeś wczoraj wieczorem?
-W Milllons. Spotkałem twoją matkę.
-Oh. Czy ty…rozmawiałeś z nią?
-Tylko chwilę… To ona powiedziała mi o tym liście. Bardzo chciała, żebym podał jej nasz adres. Powiedziałem, że sama się z nią skontaktujesz, jeśli będziesz chciała.
-To dobrze – powiedziała, wyjmując z tostera gorące grzanki.
-Ale widziałem, ze bardzo jej zależało, żeby się z tobą spotkać. Może powinnaś się jakoś z nią skontaktować, albo chociaż…
-Nic nie powinnam. – odpowiedziała chłodno. – To moje życie, i JA decyduję co powinnam, a co nie, Kenneth.
- Nie KAŻĘ ci tego zrobić, do cholery! Tylko mówię, że twojej matce naprawdę na tym zależy. Błagała mnie o ten adres.
Przełożyła jajecznicę na talerz, nie odpowiadając od razu.
-Po prostu….-westchnęła. – Nie chcę się z nią widzieć teraz. Może kiedyś. Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłam…
Nie odpowiedziałem, tylko w milczeniu patrzyłem jak stawia na stole parujący talerz z jajecznicą i bekonem oraz tostami.
-Posłuchaj, Ken…Myślałam o tym co powiedziałeś wczoraj i ogólnie o nas.
O nie. Ten ton nie wróżył nic dobrego.
- I? – spytałem ostrożnie.
- I może powinniśmy zrobić sobie przerwę i zobaczyć czy to wszystko ma sens. Po porstu myślę, że nie jesteśmy zwykłą parą nastolatków, która jest razem. Nasz związek musi być poważniejszy. Jestem w ciąży. Tylko nie wiem, czy chcę czegoś poważniejszego.
Zapadła cisza, bo nie wiedziałem co jej powiedzieć.
‘Nie chcę żebyśmy się rozstawali. Kocham cię, do cholery, Jill!
-Może…Może masz rację. To znaczy, jeśli tego chcesz.
-To będzie chyba najlepsze wyjście.
Nasze spojrzenia skrzyżowały się i przez chwilę miałem wrażenie, że Jill chce powiedzieć, że wcale nie jest tego taka pewna.
- Czyli…zrywasz ze mną…?
- To skomplikowane, Kenny…
-To skomplikowane…? Jesteśmy na fejsie, Jill? – prychnąłem.
Ale jej nie było do żartów.
-Myślałam, że zrozumiesz.
Jak miałem to rozumieć? Właśnie zdałem sobie sprawę jak bardzo ją kocham i jak bardzo mi na niej zależy.
-I jest jeszcze coś…
-Co? – spytałem ostrożnie, bojąc się usłyszeć odpowiedź.
-Mark zaproponował mi zamieszkanie razem. Dostał się pracę na końcu miasta i wynajął mieszkanie. Uważa, że powinniśmy zamieszkać razem gdy urodzi się dziecko.
Zapadła cisza. Nie wiedziałem co powiedzieć, bo byłem w kompletnym szoku.
Russel chce mieszkać z Jill. Lub tylko chce żeby do niego wróciła. To oczywiste, dlaczego miałby proponować jej coś takiego?
Nie zniósł bym tego, gdyby oni byli znowu razem. To byłoby zbyt wiele.
- Zgodziłaś się?
-Nie powiedziałam ani tak, ani nie. Muszę o tym pomyśleć.
-Hm, a pomyślałaś może o mnie? – spytałem, z nutką złośliwości i irytacji w głosie. – Bo nie wydaje mi się, że gdy ty zamieszkasz ze swoim Markiem, Rob pozwoli mi tutaj zostać. Nie mam z czego dołożyć się do czynszu, a póki ty tu mieszkasz to co innego. Przecież nie będzie mnie utrzymywał. Ale co tam, to tylko ja, nie przejmuj się – mruknąłem, zamierzając opuścić kuchnię.
-Poczekaj. Szczerze mówiąc nie chcę z nim mieszkać. Nie wiem czy bym wytrzymała, Mark był wkurzający nawet gdy byliśmy razem. Gdy ze mną zerwał, zobaczyłam że jest strasznym dupkiem, ale on jest ojcem tego dziecka i mimo wszystko chcę żeby mi pomagał. Nie mam zamiaru do niego wracać. Nie chcę wiązać się teraz z nikim. Za osiem miesięcy moje życie wywróci się do góry nogami. Nie wiem czy sobie poradzę z tym wszystkim. Myślę o tym cały czas. Skąd wezmę pieniądze dla jedzenie dla dziecka, ubrania…I czy dam z tym wszystkim sobie radę. Mam trzymać mleko w proszku obok paczek z marihuaną? Więc proszę, przestań mieć o wszystko pretensje i pomyśl czasem o kimś innym niż o sobie. I oboje wiemy, że nie powinniśmy być razem. – wyrzuciła z siebie jednym tchem. - To by się źle skończyło, nie można być tylko przyjaźnić się ze swoim byłymi. To po prostu nie możliwe. – dodała trochę innym już tonem.
-Masz rację. Może powinniśmy zrobić sobie przerwę. I przepraszam, że byłem taki egoistą – powiedziałem, trochę zaskoczony jej nagłym wybuchem.
-W porządku.
-To…- wziąłem głęboki oddech. – Wracamy do tego, co było wcześniej.
-Tak. To najlepsze wyjście.
Jill szybko ulotniła się z mieszkania pod pretekstem zrobienia zakupów, zostałem więc sam w pustym i cichym mieszkaniu, bo Roba jak zwykle nie było. Czułem się kompletnie rozbity. Jill zerwała ze mną. Nie okazywałem żadnych uczuć, gdy ze mną rozmawiała, więc pewnie pomyślała, że mi na niej nie zależy.
A zależy. Nawet bardzo. Tylko przez te wszystkie lata życia w Millons, gdzie wszystko i wszyscy przypominają ci, że do niczego nie dojdziesz, i ciągle spotykają cię rozczarowania i upokorzenia, musisz nauczyć się ‘wyłączać’ i ‘włączać’ uczucia. Przynajmniej na pozór. Zawsze udawałem twardego gościa, którego nic i nikt nie obchodzi.
Musiałem pogodzić się z tym, że nie jesteśmy razem i prawdopodobnie nigdy nie będziemy.
Kolejne dni były dość…dziwne. Unikaliśmy siebie i prawie nie rozmawialiśmy. Szczerze mówiąc, po prostu bałem się, że każde głębsze spojrzenie w oczy, każdy gest, mogą sprawić, że coś do niej poczuję. Trudno było unikać siebie skoro mieszkaliśmy pod jednym dachem i byliśmy na siebie dosłownie skazani. Do tego nie mieliśmy pieniędzy. Nie mogłem znieść faktu, że Rob utrzymuje nas oboje.Widziałem jak przegląda rachunki i mimo, że był świetnym gościem na pewno w końcu zażąda, żebyśmy zaczęli dokładać się do czynszu. No, przynajmniej ja. Musiałem znaleźć jakiś sposób, żeby zarobić chociaż trochę pieniędzy.
To straszne uczucie, gdy nie masz pieniędzy i nie wiesz co dalej zamierzasz robić ze swoim życie. Jakbyś utknął w martwym punkcie.
Dlatego postanowiłem pójść do Neffa i jego bandy i zażądać chodź trochę pieniędzy. Przecież zarobiłem trochę zanim mnie złapali. Dowiedziałem się od Roba gdzie mają swoją bazę i dokładnie tydzień po tym jak wróciłem do domu z sierocińca pojechałem tam.
Ich ‘baza’ wyglądała tak jak mówił Rob – obskurny i stary budynek, będący kiedyś fabryką. Wnętrze również nie zachwycało. Puste i odrapane ściany oraz pozostałości po maszynach wyglądłąy raczej ponuro.
Wtedy usłyszałem głos Neffa, dochodzący zza ściany. Poszedłem w kierunku, skąd go słyszałem. Byli w sąsiednim pomieszczeniu. Bez wahania wszedłem tam.
Siedzieli w pomieszczeniu obskurnym jak pozostałe, z tym wyjątkiem, że na środku postawili stół, na którym właśnie leżały ich łupy. Zauważyłem, że było ich sześciu a nie ośmiu. Właśnie o czymś rozmawiali. Umilkli, gdy tylko mnie zobaczyli.
-Proszę, proszę, proszę… - powiedział Neff, powoli zbliżając się do mnie powoli. – Kogo my tu mamy? Nasz mały Kenny ma odwagę tutaj wracać.
-Tak, mam. Wróciłem po moje pieniądze.
Neff zaśmiał się głośno, a pozostali mu zawtórowali.
-Słyszeliście, chłopaki? Wrócił po pieniądze! – zwrócił się do nich.
- Powiedziałem coś śmiesznego? –spytałem zły, bo ta cała sytuacja zaczynała mnie irytować. Chciałem tylko dostać te sto lub dwieście dolców i wyjść stąd.
-Jeśli myślisz, że poważnie oddamy ci te pieniądze, chłoptasiu, to jesteś w błędzie –powiedział podchodząc jeszcze bliżej. Czułem jego oddech, śmierdzący papierosami. –Stchórzyłeś i spieprzyłeś wszystko. Policjanci wrócili potem na lotnisko. My uciekliśmy, ale złapali Case’a i Webera. Rozumiesz? Prawie wkopałeś nas wszystkich i teraz gliny za często się tu kręcą. Zadowolony?
-Co miałem zrobić? Przecież nie przeze mnie ich zaaresztowali!
-Przez ciebie. Gdybyś nie stchórzył i im uciekł nic by się nie stało, a my dostalibyśmy parę kawałków za ten samochód. I ty śmiesz przychodzić tutaj i mówić, że chcesz pieniądze? – warknął, przybliżając się jeszcze, a ja odruchowo zrobiłem krok do tyłu.
-Nie każę wam kraść. Dlatego was zaaresztowali. Bo k r a d n i e c i e. Dobra, jeśli chcecie róbcie tak dalej, ale nie obwiniaj mnie. Szukasz winnego, bo jesteś kiepskim szefem i nie potrafiliście nawet uciec z tego pieprzonego lotniska – wyrzuciłem z siebie, posyłając pogardliwe spojrzenia Neffowi i reszcie.
To był błąd. Wielki błąd.
Neff zamachnął się i walnął mnie z całej siły. Tak mocno, że aż zatoczyłem się do tyłu i ledwo utrzymałem równowagę. Oddałem. Również zamachnąłem się i walnąłem go w twarz.
Wtedy on niemal rzucił się na mnie. Co gorsze, reszta potraktował to jako zachętę. Sześciu na jednego. Nie miałem z nimi żadnych szans. Próbowałem się bronić, ale to nic nie dawało. Kolejny raz dostałem w twarz. Rozwalił mi nos. Nawet nie wiem który to, bo obraz zlewał mi się w jedną, niewyraźną całość. Czułem jak krew z nosa spływ mi po twarzy. Spróbowałem mu oddać, ale wtedy któryś z nich kopnął mnie w brzuch. Upadłem na podłogę, podczas gdy oni wymierzali mi kolejne kopniaki. Czułem przeszywający ból, aż do kręgosłupa. Nie czułem połowy twarzy. Modliłem się, żeby przestali. Nie miałem siły, żeby cokolwiek zrobić.
-Dobra, panowie, chyba zrozumiał. – powiedział Nefff, widząc jak kulę się na podłodze.
Usłyszałem jak zabierają swoje łupy i wychodzą. Było ciemno i nie widziałem kompletnie nic. Nie byłem w stanie się ruszyć, czułem każdą cześć swojego ciała, każdy mięsień. Słyszałem swój płytki oddech i nic więcej. W końcu postanowiłem wstać. Ostrożnie podniosłem się z podłogi. Kręciło mi się w głowie i ledwo mogłem chodzić, ale udało mi się znaleźć wyjście. Wyszedłem z budynku. Wokół panowały egipskie ciemności, i ani żywego ducha. Tylko kilka ulicznych latarni tliło się lekko. Znajdowałem się w jednej z najgorszych dzielnic Detroit, i nie miałem pojęcia jak dojdę do domu.
Kuśtykając chodnikiem myślałem o tym, że wciąż nie mam pieniędzy. Czułem się strasznie. Nie wiedziałem co miałem robić z moim życiem. Zawsze będę tkwił w cholernym Detroit! Marzyłem o Nowym Jorku, o tym uniwersytecie, ale wiedziałem, że to się przecież nigdy nie spełni. Ludzie z Millons nie robią kariery. Ludzie z Millons zostają kopaczami rowów lub śmieciarzami. Ludzie z Milons są śmieciami.
Wtedy pomyślałem o Marshallu*. On też nie skończył liceum. On też był tylko białym śmieciem dla wszystkich. Był z 8 Mili, nie lepszej od Millons. I osiągnął to, co chciał. Wystarczyła tylko determinacja i siła. Coś, czego mi brakuje.


*******

*Dla tych, co nie wiedzą - Marshall Mathers to Eminem.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Zobaczyłem jak nerwowo przygryza wargę i głośno przełyka ślinę.
-Posłuchaj, Ken… Chodź ze mną – powiedziała, parząc na zmianę na mnie i na Marka. – Poczekaj tu, okej? –zwróciła się do niego i nie czekając na odpowiedź pociągnęła mnie za nadgarstek do kuchni.
- To nie jest tak jak myślisz…. -zaczęła
To zdanie nigdy nie zwiastowało niczego dobrego. Nie przerywałem jej. Chciałem tylko, żeby powiedziała prawdę.
- Pewnego dnia, jakiś tydzień po tym jak cię złapali, spotkałam go tutaj, na 8 Mili –powiedziała niepewnie. - Był u znajomego i…
-Jill, do rzeczy. – przerwałem jej. – Dlaczego się z nim widujesz? Przecież sama wiesz, że to dupek. Zerwał z tobą, gdy najbardziej go potrzebowałaś.
- Po prostu się bał.Wybaczyłam mu. Naprawdę żałował, że wtedy ze mną zerwał i tak to się skończyło. Znam go zbyt dobrze, wiem kiedy nie mówi poważnie.
-A raczyłaś powiedzieć mu, że jesteśmy teraz razem?
- Oczywiście, że tak. Nie bądź zły, Kenny. Tu chodzi o dziecko…
- Dobra, ale nie rozumiem dlaczego tak szybko mu wybaczyłaś.
-Nie wiem, Ken…Po prostu… Byliśmy ze sobą dość długo. Nie da się po prostu zapomnieć.
-Chcesz przez to powiedzieć, że wciąż coś do niego czujesz?
-Nie…To znaczy… - zawahała się przez chwilę – Szczerze?
-Oczywiście, że tak
- Po tym jak go spotkałam, zaczynałam myśleć, że to uczucie wraca, że nadał coś do niego czuję.
Wypuściłem gwałtownie powietrze.
- Nadal tak myślisz? – spytałem, spokojniejszym tonem – To dlatego nie chciałaś ze mną tego zrobić, prawda?
-Nie wiem…Może…. - spuściła wzrok.
-Oh.
-Nie bądź zły…To bardziej skomplikowane niż się wydaje.
- Nie ma w tym nic skomplikowanego, Jill! Albo kogoś kochasz, albo nie.
- Muszę o tym pomyśleć. Mark naprawdę się zmienił i zależy mu na mnie, ale…
-Odpuść sobie. Nie musisz go zachwalać. Tylko wiesz, teraz zastanawiam się czy dobrze zrobiliśmy decydując się być razem. Byliśmy przyjaciółmi przez tyle lat, a teraz możemy to wszystko spieprzyć. Może nie powinniśmy być razem.
-Może…-szepnęła.
Rzuciłem jej ostatnie spojrzenie i wyszedłem z kuchni. Wziąłem swój plecak, którego nawet nie zdążyłem wypakować, wyminąłem w korytarzu Marka, który próbował rzucać mi złowrogie spojrzenia i podszedłem do drzwi wyjściowych.
-Gdzie idziesz? - usłyszałem głos Jill.
- Nie wiem...Gdziekolwiek.
Nie czekając na odpowiedź wyszedłem. Po chwili stałem przed kamienicą. Usiadłem na schodach. Nie miałem pojęcia, gdzie mógłbym pójść. Na pewno daleko stąd.
Byłem zbyt zaskoczony, żeby być zły. Czułem się zdradzony.
Kurwa.
To było jedyne słowo, które przychodziło mi teraz na myśl. Nie miałem pojęcia, co będzie dalej ze mną i Jill. To ona musi zdecydować co w końcu czuje do Marka. Jak można być tak naiwna? Ludzie się nie zmieniają… A może jednak? Co z Tomem? On się zmienił i naprawdę tego żałuje. Ale on zmienił się przez 18 lat, a nie przez miesiąc, jak Mark. Nie wiem co o tym myśleć, ale Russel zawsze będzie dla mnie dupkiem i idiotą.
Nie może do niego wrócić.
Kocham ją, do cholery!
Podniosłem się ze schodów i zacząłem iść przed siebie. Przechodziłem właśnie obok przystanku autobusowego, gdy zauważyłem, że obok niego zatrzymuje się autobus do Millons.
Nie zastanawiałem się długo, po prostu wsiadłem do niego.
Mieszkaliśmy w wynajmowanym mieszkaniu, więc policjanci powiedzieli, że mam dwa tygodnie, żeby zabrać z niego nasze rzeczy. To będzie trudne. Wrócić tam, do Millons. Do tego przerażała mnie myśl, że to tam umarła moja matka.
Gdy dojechałem na miejsce, miałem zaledwie kilkadziesiąt metrów do mojego bloku. Wchodząc do środka, wpadło mi do głowy, że mogę spotkać rodziców Jill. Hm, trudno. Przecież sami ją wyrzucili.
Poprosiłem recepcjonistę o klucz i kartony na rzeczy. Dał mi je bez słowa, rzucając tylko dziwne spojrzenia.Poszedłem na górę. Stanołem pod naszymi drzwiami, do mieszkania numer 47 i wszedłem do środka.
Mieszkanie wyglądało normalnie. Tak jak zawsze. Z tanimi meblami i brzydkimi,odrapanymi ścianami. Było od południa, więc prawie zawsze było tam jasno i słonecznie. Promienie słońca prześlizgiwały się przez zniszczone firanki, tworząc cienie na podłodze. Było duszno, więc od razu otworzyłem szeroko okna. Starałem się nie zastanawiać, gdzie dokładnie znaleziono matkę. Po prostu otworzyłem pierwszą szafę i zacząłem upychać swoje ubrania w plecaku. Następna była szafa matki. Wziąłem głęboki oddech i wpakowałem wszystko do pierwszego pudełka. To zamierzałem wyrzucić. Potem opróżniłem jeszcze lodówkę, co było mało przyjemne bo większość jedzenia była zepsuta. Ale sto razy bardziej wolałem robić to, niż wyrzucać pozostałe rzeczy matki. Nie chciałem na nie patrzeć. Zbyt dużo wspomnień. Dlatego zająłem się swoimi rzeczami. Znalazłem moje płyty. ‘Curtain Call:The Hits’ i ‘The Eminem Show’. Chciałbym mieć wszystkie albumy Marshalla, ale nie było mnie na nie stać, więc musiałem zadowolić się dwoma ulubionymi.
Po godzinie zapakowałem jedno pudło do pełna. Resztę rzeczy wyrzuciłem, zostawiłem tylko te najpotrzebniejsze.
Wziąłem go i ruszyłem go drzwiom, ostatni raz patrząc na mieszkanie. Gdy stałem już na korytarzu, zamykając drzwi, natknąłem się na mamę Jill, Misty Fruck.
-Kenny! Wróciłeś po swoje rzeczy, prawda?
-Tak. – mruknąłem.
Jakoś nie bardzo ją lubiłem po tym jak wyrzuciła swoją własną córkę z domu, więc nie miałem ochoty na pogawędkę.
-Przykro mi z powodu twojej matki.
Nie odpowiedziałem.
-A mi przykro, że Jill ma takich beznadziejnych rodziców, którzy nie chcą pomóc własnej córce! – wypaliłem.
Nie spodziewała się tego.
-Masz rację. Jesteśmy beznadziejni. Wiesz, ja nie chciałam jej wyrzucać. Nie potrafię tylko sprzeciwić się mojemu mężowi. Wiem, że mieszka z Robem. Napisał do mnie list. Nie wiem, gdzie mieszka, ale wiem że u Jill wszystko w porządku. Chciałabym wiedzieć gdzie mieszkacie, ale…
-Nie wiem czy Jill wie o tym liście – przerwałem jej. – Ale sama pani powie gdy będzie na to gotowa. Wątpię, żeby to szybko nastąpiło.
-Proszę, powiedz mi. Chociaż dzielnicę.
-Nie. Przepraszam, nie mogę. Muszę już iść. Do widzenia. – powiedziałem, odchodząc i zostawiając panią Fruck na środku korytarza.
Wyszedłem na zewnątrz. Nie chciałem wracać na 8 milę. Trzymając więc w ręku karton, poszedłem pod znany mi adres – do domu Bena.
Mieszkał w średniej wielkości domu, ze swoimi rodzicami i młodszą siostrą. Byłem tutaj setki razy. Zauważyłem Bena robiącego coś przy jakimś starym samochodzie.
-Hej, Knowles, co to, nowy wóz? - zawołałem.
Podniósł głowę i wtedy mnie zobaczył. Podniósł głowę i mnie zobaczył.
-McGurdy! Stary, nie widziałem cię wieki! Co się z tobą działo przez ten cały czas?
-Długa historia…
-Mam czas. To prawda że zrobiłeś dziecko Jill Fruck?
-Nie! Ojcem jest Mark Russel… -zacząłem opowiadać całą historię, zaczynając od momentu gdy Jill powiedziała mi, że jest w ciąży.
-Niezłe miałeś przygody… - skwitował. –Współczuje ci tej sytuacji z Jill…Nie wiem jak ona może ciągle kochać tego Russela. Straszny koleś, serio, miałem z nim historię, więc trochę go znam.
-Nie mam pojęcia co ona w nim widzi. I co będzie teraz z nami.
Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, gdy przeszedł Mark (nie Russel, oczywiście) Ryan, ktróym też opowiedziałem skróconą wersję naszej historii. Powłóczyliśmy się trochę po mieście i przez chwili było tak jak dawniej, zanim wszystko się skomplikowało.
Wieczorem wróciłem na 8 milę. Obiecałem chłopakom, że jeszcze kiedyś przyjadę do Millons i się spotkamy. Było już późno, gdy wchodziłem do mieszkania. W salonie zastałem Roba.
-Kenneth! Bracie! Co słychać?
-Kiepsko.
- Co się stało? I jak było w domu dziecka?
-Ujdzie. I…To skomplikowane. Nie chcę mi się o ty gadać.
-Spoko. Co to za pudło?
-Byłem w Millons, bo moje rzeczy. Spotkałem twoją matkę i wiem o liście, który wysłałeś. Powiedziałeś Jill?
-Tak. Ale dopiero po tym, jak go wysłałem. Była trochę zła, ale nie podałem naszego adresu na kopercie, więc jej przeszło. Czy wy…pokłóciliście się? Jill coś wspomniała, ale była mało rozmowna.
-Tak. W pewnym sensie. A gdzie ona jest?
-Poszła spać, mówiła że źle się czuje.
-Aha…
Poszedłem do łazienki i wziąłem szybki prysznic, a potem cicho wszedłem do naszego pokoju. Jill spała w pozycji embrionalnej, na skraju łóżka, jak zawsze. Jej kołdra zsunęła się i leżała na podłodze. Podniosłem ją i przykryłem Jill.
  • awatar муѕzкα ♥: Aww *.* Kocham to <3
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Cieszę się ze tak wyszlo, Jill moze i jest jego przyjaciółką, ale na dziewczynę się nie nadaje.
  • awatar Gość: Eeej! Co jest?! Kiedy następne? ;) Ja tu czekam i się niecierpliwie a nic się nie pojawia :)) Pisz, pisz dziewczyno to jest świetne ;*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

Więc w końcu nadszedł ten dzień. Moje osiemnaste urodziny. Mogę kupować alkohol, filmy erotyczne, wziąć ślub, głosować…Ale dla mnie najważniejsze było to, że mogę opuścić w końcu dom dziecka. W końcu zobaczę się z Jill i wszystko będzie tak jak dawniej. Albo nawet lepiej.
Tego ranka zszedłem na dół, do stołówki, wyjątkowo szczęśliwy. Jasne, będzie mi brakować Debry, ale coś za coś… Starałem się nie myśleć o tym, że nie mamy już prawie pieniędzy i, że nasze życie nie będzie przypominać sielanki, żeby nie zepsuć sobie humor. Łatwo nie będzie, ale może jakoś damy sobie radę.
Na schodach spotkałem kierowniczkę ośrodka.
-Kenneth! Poczekaj. Po śniadaniu dam ci bilet powrotny na 8 Milę. Mówiłeś, że mieszkasz ze swoim kolegą. – powiedziała.
-Taak. Podałem już adres.
Debra mówiła, że czasem sprawdzają w jakich warunkach mieszka ich były wychowanek. Ale zazwyczaj domy dziecka nie mają na to czasu…Podałem prawdziwy adres. Nawet gdyby chcieli nas sprawdzić, nie byłoby problemu. Nie przejmowałem się już takimi rzeczami.
-Dobrze. Idź zjeść śniadanie.
Posłusznie wszedłem do sali i usiadłem przy tym samym stoliku co zawsze.
-Hej. – rzuciłem, odsuwając krzesło.
-Wszystkiego najlepszego – powiedziała Debra uśmiechając się.
-Hm, dzięki.
-Więc…to twoje ostatnie śniadanie tutaj…
-Tak…
-Pewnie cieszysz się, że wrócisz do swojej dziewczyny.
-Nawet nie wiesz jak bardzo…. – westchnąłem. –Tutaj nie jest tak źle, nie muszę się o nic martwić, ale mimo wszystko wolę wrócić do tamtego życia.
-Rozumiem.
Potem rozmawialiśmy i żartowaliśmy, a ja byłem w zadziwiająco dobrym humorze. Po śniadaniu kierowniczka kazała mi się spakować i zejść na dół. Poszedłem do pokoju i zacząłem upychać moje rzeczy do plecaka. Wszystko to dostałem gdy tu trafiłem - trochę ubrań i rzeczy osobistych. Ale nie mogłem znaleźć swojego szkicownika. No dobra, to był tylko blok rysunkowy. Niemal się z nim nie rozstawałem, więc był prawie cały wypełniony moimi rysunkami. Mało profesjonalnymi, ale starałem się. W końcu zrezygnowałem i zszedłem z moim plecakiem na dół. Tam czekała na mnie kierowniczka. Wręczyła mi bilet na pociąg i powiedziała, że taksówka już na mnie czeka.
-Do widzenia, Kenneth. – powiedziała, posyłając mi coś na kształt uśmiechu.
-Tylko pożegnam się z Debrą. –powiedziałem i pobiegłem na boisko, bo widziałem że tam poszła.
Siedziała na ławce, patrząc jak małe dziewczynki grają w klasy.
-Hej, Debra….
-Więc…Wyjeżdżasz.
-Tak. Taksówka już czeka.
-No to…miło było cię poznać. Szkoda, że już się więcej nie zobaczymy. Cóż, miłego życia.
-Miłego życia – uśmiechnąłem się. Odwróciłem się i zacząłem iść – Ale gdybyś była kiedyś na 8 mili…Wiesz gdzie mnie szukać.
-Jasne. Wpadnę do ciebie kiedyś – zażartowała.
-To do zobaczenia.
-Do zobaczenia.
Okrążyłem budynek, idąc na parking, gdzie widziałem stojącą już taksówkę, która miała zawieść mnie na dworzec. Po drodze wpadłem na panią Rushton, jedną z wychowawczyń. Najbardziej ją lubiłem.
-Oh, Kenny! Dzisiaj wyjeżdżasz, prawda?
-Tak, właśnie jadę na dworzec. – odpowiedziałem. Wtedy zauważyłem, że trzyma w ręku mój szkicownik. – Uh, przepraszam, ale…to chyba moje…
-Tak myślałam. Znalazłam go dzisiaj na świetlicy. Świetne rysunki! Masz wielki talent, Kenny. Naprawdę. Słyszałeś o Akademii Sztuk Pięknych w Nowym Jorku? Powinieneś spróbować się tam dostać. Z twoim talentem mógłbyś dostać stypendium. Mówię poważnie.
-Dziękuję… - moje ego zostało mile połechtane gdy usłyszałem o wielkim talencie. – Ale wątpię żeby mi się udało.
-Spróbuj! W każdym razie…Do widzenia, Kenny! – powiedziała uśmiechając się.
Kierowca taksówki zaczął trąbić, więc rzuciłem szybkie ‘do widzenia’ i pobiegłem do samochodu. Kierowniczka chyba już wcześniej zapłaciła za taksówkę, więc nie musiałem się o nic martwić. Dojechaliśmy na dworzec w piętnaście minut. Teraz czekała mnie tylko dwugodzinna podróż pociągiem. Gdy już znalazłem się w sowim przedziale, a pociąg ruszył, wyciągnąłem swój szkicownik i zacząłem rysować.
Zanim się obejrzałem pociąg wjeżdżał na stację na 8 Mili. Teraz tylko dziesięć minut metrem i będę w domu. Stacja była dwie przecznice stąd. Już nie mogłem się doczekać aż zobaczę Jill. Nie widzieliśmy się przecież przez miesiąc, a całe życie mieszkaliśmy w tym samym bloku, więc widywaliśmy się niemal codziennie.
Siedząc w metrze zastanawiałem się czy powinienem złożyć podanie do tej szkoły. Może miałbym szanse zdobyć stypendium? Zawsze mogę spróbować, chociaż nie wierzę żeby mi się udało. No i Nowy Jork jest jakieś czterysta mil. Musiałbym się tam przeprowadzić. Ja mógłbym mieszkać w akademiku, ale co z Jill? Pewnie została by tutaj… Chyba trochę za bardzo wybiegam w przyszłość….I tak nie ma szans, żeby przyjęto mnie do takiej szkoły.
Wysiadłem z metra i zacząłem iść w stronę mieszkania Roba. Było koło południa. Szedłem tą samą drogą, którą kiedyś szliśmy razem z Jill. Minąłem nawet ten sam obskurny hotel, w którym spaliśmy. Wydawało się jakby od tego czasu minęły wieki, a nie zaledwie dwa miesiące. W końcu stanąłem pod kamienicą Roba. Wszedłem do środka i pokonując schody poszedłem do mieszkania numer 36. Zadzwoniłem dzwonkiem. Usłyszałem kroki i po chwili drzwi otworzyły się. Za nimi stała Jill.
- Kenny! – zarzuciła mi ręce na szyję.
Zaśmiałem się i objąłem ją, zaskoczony jej entuzjazmem.
-Strasznie za tobą tęskniłem, wiesz? – powiedziałem i pocałowałem ją.
-Ja za tobą też. Rob cały czas pracuje i prawie nie ma go w domu, a ja siedzę tu sama… No wchodź, nie będziemy stali na progu.
Poszedłem za nią do salonu, rzucając w korytarzu plecak. Jill nie wyglądała jakby była w ciąży. Chociaż gdyby przyjrzeć się lepiej, widać było lekko zaokrąglony brzuszek.
- Wiesz, następnego dnia gdy zniknąłeś bez śladu, przyszli do nas, cała ich banda, i powiedzieli co się stało. Nie rozumiem dlaczego nie zrobili tego wcześniej. Cholernie się o ciebie martwiłam. Nawet nie wiedzieliśmy gdzie jesteś…Jasne, domyślaliśmy się że w jakimś domu dziecka, ale liczyliśmy ze gdzieś w Detroit, albo w Michigan. Dobrze, że już jesteś. I słyszałam o twojej matce. Przykro mi, Ken.
- Daj spokój, przecież wiesz że mnie nienawidziła.
-Nie mów tak. Kochała cię.
-Dziwnie okazywała tą miłość – prychnąłem. – Nie rozmawiajmy o tym, okej?
-W porządku….Więc mów, jak było w domu dziecka?
Usiedliśmy na kanapie i zacząłem opowiadać. Powiedziałem o Debrze, nie wspominając o tym wieczorze gdy prawie się pocałowaliśmy. Nie było sensu. Przecież nic się nie stało, prawda?
Gdy powiedziałem jej o moim ojcu, Tomie, była naprawdę zaskoczona.
- Będziesz chciał się z nim kiedyś spotkać?
-Pewnie tak. Wziąłem od niego numer telefonu i może kiedyś zadzwonię...
Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, gdy Jill przysunęła się bliżej. Pocałowała mnie. Niemal zapomniałem jak to jest czuć jej zapach, widzieć jej uśmiech i słyszeć głos. Odwzajemniłem pocałunek. Sam nie wiem kiedy, ale w pewnej chwili moje ręce powędrowały niżej. Miała na sobie rozpinaną koszulę w kratkę, więc zacząłem rozpinać jej guziki. Po chwili koszula wylądowała na podłodze. Po chwili dołączył do niej mój T-shirt i jej spodnie. Miała miękką, ciepłą skórę. Całowaliśmy się szybciej i szybciej, od emocji nasze oddechy przyśpieszyły. W końcu jej ręce powędrowały do mojego paska u spodni. Nagle, rozpinając go, zamarła.
-Co się stało? – spytałem cicho.
-Nic, tylko…Wiesz…Może to nie jest najlepszy pomysł.
Usiadłem, a Jill wstała z kanapy, sięgając po swoje spodnie.
-Chodzi o to, że… Jesteśmy razem jakieś dwa miesiące, a ja jeszcze tak niedawno byłam z Markiem i…Sam wiesz….
Niestety nie. Trzeba być strasznym frajerem, żeby w wieku 18 lat być ciągle prawiczkiem. Miałem kiedyś dziewczynę, Claudię, ale byliśmy wtedy gówniarzami, mieliśmy po czternaście lat…
-…Po prostu nie śpieszmy się tak, okej?
-Jasne. Nic się nie stało, nie przejmuj się tak.
Uśmiechnęła się i zaczęła zapinać koszulę. Wtedy zadzwonił dzwonek.
-Otworzę! – powiedziałem, idąc do drzwi i zakładając po drodze koszulkę.
Spodziewałem się listonosza, harcerek z ciasteczkami, Roba, który zapomniał kluczy, ale na pewno nie Marka Russela, który stał za progiem, uśmiechając się w ten arogancki sposób, jak zawsze.
Co on tu do cholery robi? Jak nas znalazł?
-Co tam, McGurdy? Przepuść mnie, nie przyszedłem do ciebie. – spróbował mnie odepchnąć, ale nie pozwoliłem mu na to.
- O nie, Russel. Nie wiem skąd się tu wziąłeś, ale na pewno nie wejdziesz do tego mieszkania.
-Och, czyli Jill ci nie powiedziała? Nie jestem tu już pierwszy raz.
-Wpuść go. – usłyszałem głos Jill, stojącej w korytarzu.
-Jill! Co się tutaj dzieje? Widywałaś się z tym dupkiem?
-Hej, uważaj kogo nazywasz dupkiem, chłoptasiu. – odezwał się Mark.
- A nie jesteś dupkiem? Kto zrywa z ciężarną dziewczyną, wiedząc że rodzice wyrzucili ją z domu i nie ma gdzie się podziać?
Nie odpowiedział.
-Jill, mogłabyś proszę wyjaśnić mi, co on tutaj robi? – zwróciłem się znowu do niej.
Zobaczyłem jak nerwowo przygryza wargę i głośno przełyka ślinę.
  • awatar муѕzкα ♥: Zajebisty rozdział ♥
  • awatar Gość: no nie gadaj że ta Jill zerwie z Kennym..
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Nie wiem czemu ale nie pokazał się mi Twój odcinek w znajomych i obserwowanych, całkiem możliwe że nikomu się nie pojawił :/ Co do odcinka, wiedziałam że Jill coś odwali, no ale czy ja dobrze rozumiem? Wybaczyła Markowi i znów z nim będzie? źle robi :/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
W korytarzu minąłem kierowniczkę i policjanta. Zbiegłem ze schodów i wyszedłem na zewnątrz.
-Kenneth! Gdzie ty… - usłyszałem, gdy otwierałem wyjściowe drzwi.
Wyszedłem na zewnątrz. Było ciepło i słonecznie, prawdziwy letni dzień. Poszedłem za budynek, na boisko. Spędzałem tam większość czasu, grając z Debrą w kosza. Była w tym całkiem niezła.
Zanim uciekliśmy z Jill, jeszcze w roku szkolnym grałem w szkolnej drużynie koszykówki. Wygraliśmy mistrzostwa stanu, pod koniec czerwca mieliśmy grać z drużyną szkoły Nadivian High School. Byli najlepsi, więc przez cały sezon przygotowywaliśmy się do tego meczu. Ciekawe, czy wygraliśmy…
Zdałem sobie sprawę jak wiele rzeczy mnie ominęło, ale i jak wiele się zmieniło odkąd uciekliśmy z Jill, a minął zaledwie miesiąc. Nie byliśmy na zakończeniu roku, balu maturalnym…Ciekawe, czy poszedłbym na niego z Jill? I czy bylibyśmy razem gdybyśmy nie uciekli? Do tego przez ten miesiąc umarła moja matka i właśnie poznałem mojego ojca.
Zobaczyłem piłkę, leżącą na boisku. Zacząłem rzucać do kosza, chociaż niezbyt dobrze mi szło. Myślałem przy tym o matce. Trzy dni po tym, jak mnie zatrzymali, odbył się jej pogrzeb. Jedna z wychowawczyń zawiozła mnie do Detroit, żebym mógł na nim być. Sama uroczystość była bardzo przygnębiająca, mimo stosunków jakie mnie z nią łączyły. Przyjechało sporo krewnych, których w życiu nie widziałem. Miałem nadzieję, że zaoferują mi jakąś swoją pomoc, w końcu byliśmy rodziną. Nie wyglądali na biednych. Ale zaraz po pogrzebie zaczęli pakować się do swoich samochodów. Udało mi się zatrzymać kobietę, w której rozpoznawałem kuzynkę matki. Odwiedziła nas kiedyś, gdy byłem dzieckiem.
-Hej…ciociu, poczekaj… - zawołałem za nią. Głupio było mi nazywać ciocią kobietę, której prawie nie znałem, ale jak miałem się do niej zwrócić.
Zatrzymała się i powoli obróciła. Nie obchodziło mnie, że pewnie nie chciała ze mną rozmawiać, bo jeszcze poprosiłbym ją o pomoc, więc jak wszyscy pośpiesznie chciała wpakować się do swojego samochodu i odjechać. Mieszkali w Wisconsin, więc w sąsiednim stanie, więc stosunkowo niedaleko. Ciotka miała koszmarną trwałą, mocny, jak na pogrzeb makijaż i czarną sukienkę, co najmniej o trzy rozmiary za małą. Czy naprawdę nikt nie miał tyle odwagi, żeby powiedzieć jej że wygląda w niej jak baleron? W każdym razie, odwróciła się i powiedziała szybko:
-Przepraszam, Carol, nie mamy pieniędzy, nie możemy ci pomóc. Mam czwórkę swoich dzieci…
Zaczęła pakowac się do samochodu, gdy krzyknąłem za nią:
- Jestem Kenneth.
Udała że nie słyszy. I tak właśnie wyglądał pogrzeb mojej matki. Przynajmniej przekonałem się, jak bardzo mogę liczyć na moją ukochaną rodzinkę.
Znowu rzuciłem. Piłka uderzyła w tablicę i wpadła do kosza. Zacząłem ćwiczyć rzuty za trzy punkty, gdy zobaczyłem mojego ojca na parkingu, który było dobrze widać z boiska. Szedł w stronę swojego samochodu. Pewnie zrezygnował, tak jak mu kazałem.
Może to nie był najlepszy pomysł? Tak go zaatakować?
Rzuciłem piłkę na ziemię. Słyszałem, jak odbija się do asfaltu, gdy schodziłem na parking.
-Hej… Poczekaj.
Zdecydowałem że będę zwracać się do niego na ‘ty’. Nie będę przecież nazywać do ‘tatą’. Szanse na bycie moim tatą zaprzepaścił osiemnaście lat temu. Teraz był tylko moim ojcem biologicznym.
Odwrócił się.
-Kenneth…
-Słuchaj, może za bardzo cię zaatakowałem, ale co ty byś zrobił na moim miejscu?
- Rozumiem cię.
-Chcę tylko, żebyś wiedział, że nie zapomnę o wszystkim i nie staniesz się dla mnie ‘tatusiem’ w pięć minut. Jasne?
- Rozumiem. Gdybyś chciał kiedyś spotkać się jeszcze, zadzwoń. – podał mi wizytówkę. – Jestem twoim ojcem. Najgorszym na świecie ojcem, ale… - przerwał – W tym momencie powinieneś powiedzieć, że nie jestem taki zły, bla bla bla, i że zaczniemy od początku, że jestem twoim ojcem, i w tym momencie padamy sobie w ramiona.
Zaśmiałem się.
Z a ś m i a ł e m się. Nie pamiętam kiedy ostatni raz to robiłem.
- Przykro mi, to nie hollywoodzki film. Niestety.
Uśmiechnął się.
- I…gdybyś potrzebował pieniędzy…zadzwoń, pomogę ci. I…słyszałem, że nie masz gdzie mieszkać…Wiem, że pewnie nie będziesz chciał, ale mógłbyś zamieszkać u mnie. Mam spory dom na przedmieściach Detroit i…
-Mam gdzie mieszkać. O było tylko takie kłamstewko, żeby policjanci się nie przyczepili do gościa, z którym mieszkam. To brat Jill.
-Tej dziewczyny, z którą uciekłeś? Jest w ciąży? Rozumiem, że ty jesteś ojcem tego dziecka…..
-Nie. Policjanci ci nie powiedzieli?
-To dobrze. Bałem się, że ty też zostaniesz nastoletnim ojcem.
- Ale Jill jest moją dziewczyną.
-Co? Nie rozumiem. Skoro nie jesteś ojcem tego dziecka, a ona jest twoją dziewczyną to…
-Zaczęliśmy być razem gdy uciekliśmy. Wiesz, ona była moją przyjaciółką od zawsze, teraz po prostu bardziej się wspieramy, i zbliżyliśmy się do siebie. Kocham ją, jak przyjaciółkę. I dziewczynę.
-Rozumiem. Biedna dziewczyna….Jill, tak? Gdy jeszcze byłem z Julie, widziałem jak trudno jest meić dziecko, gdy samemu jest się dzieckiem. Ja nawet jej nie pomagałem. Uwierz mi, była nastoletnią matką zanim zaczęto robić o tym reality show.
-Musiało jej być trudno.
Zapadła cisza.
-Okej, Kenneth…Muszę lecieć. Naprawdę cieszę się, że mogłem cię poznać. Wiesz, lub nie, ale przez całe życie myślałem o tobie. Ale byłem zbyt wielkim tchórzem żeby zrobić to wcześniej. Dzięki za danie mi tej szansy. I nie oczekuję, że będziesz nazywać mnie ‘tatą’ i tak dalej. Wiem, że wciąż mnie trochę nienawidzisz. Po prostu mów na mnie Tom.
-W porządku…Tom.
-To…Do zobaczenia, jeśli będziesz chciał mnie kiedyś widzieć.
Wsiadł do samochodu i odjechał. Stałem jeszcze chwilę na parkingu, trzymając w dłoniach wizytówkę.
Był agentem nieruchomości.
Zacząłem zastanawiać się, co ja będę robić. Muszę jakoś zarabiać. Nie mamy przecież z Jill prawie w ogóle pieniędzy. Muszę pójść do Neffa i jego cholernej bandy i odzyskać pieniądze które zarobiłem. Pracowałem tam tylko jeden dzień, ale przecież coś mi się należy. I znaleźć jakąś pracę.
Nawet nie myślałem o college’u. Chociaż, kiedyś, gdy miałem szesnaście lat, chciałem iść do szkoły artystycznej w Nowym Jorku. Znalazłem o niej jakieś informacje w necie i od razu chciałem tam iść. Ale wiedziałem, że to nie możliwe bo tam trzeba płacić czesne. To były tylko takie szczenięce marzenia.
Chciałem tam iść, bo uwielbiam rysować, Wtedy, gdy miałem szesnaście lat, rysowałem komiksy. Miałem problem z dialogami i fabułą, nie jestem w tym dobry, ale strona artystyczna chyba szła mi nieźle. Chciałem też ilustrować książki dla dzieci.
Przestałem rysować dość niedawno, bo Ryan znalazł moje rysunki i zaczął się ze mnie nabijać. Wtedy zacząłem uważać, ze rysowanie jest dla frajerów i wyrzuciłem wszystkie rysunki. Jill lubiła moje komiksy i często namawiała mnie, żebym coś narysował.
Zobaczyłem leżący z boku kubełek z kredą, która dzieci rysowały klasy. Wziąłem czarną kredę i zacząłem rysować. Chciałem narysować portret Jill, który zajmowałby dobre pół boiska. Klęcząc na asfalcie starałem się oddać jej rysy twarzy, jej uśmiech, jej oczy. Przed oczami miałem zdjęcie z Long Island, z zeszłego roku. Pojechałem tam z nią i jej rodzicami. Gdy byliśmy na plaży zrobiłem jej zdjęcie, gdy śmieje się i patrzy gdzieś w bok, chyba na morze, a wiatr rozwiewał jej włosy. Naprawdę niezłe zdjęcie.
Po pół godzinie skończyłem mój rysunek. Wstałem i odszedłem kilka kroków żeby zobaczyć efekt końcowy. Wyszło całkiem niezłe.
-Wow. – usłyszałem za swoimi plecami głos Debry. – Świetnie rysujesz! Kto to?
- Dzięki. To Jill.
-Oh.
- Wyszła nawet podobna. – oceniłem swoje dzieło, przyglądając mu się.
-Musi być ładna. – mruknęła. W jej głosie wyczułem trochę ironii, jakby była zła.
Nie wiem o co jej chodziło. Dziewczyny są tak cholernie skomplikowane.
Znowu klęknąłem i zacząłem poprawiać włosy Jill. Narysowałem kilka kosmyków, które rozwiewał wiatr, jak na tym zdjęciu.
- Co chciał od ciebie ten policjant? – spytała, siadając na jednej z ławek przy boisku.
- Znaleźli mojego ojca – odpowiedziałem, nie przerywając rysowania.
-Spotkałeś się z nim?
-Tak. Przed chwilę.
-Jak było?
-Hm…trochę…dziwnie. Nienawidziłem go za to, że zostawił mnie i moja matkę, ale…może nie jest jednak takim zły człowiekiem jak myślałem. Dał mi swój numer telefonu, gdybym czegoś chciał lub po prostu żeby się kiedyś spotkać.
- Zadzwonisz do niego kiedyś?
-Nie wiem, może – wstałem i usiadłem obok niej na ławce.
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, gdy zaczęło padać. Rozpadało się naprawdę mocno, prawdziwe oberwanie chmury. Deszcz zaczął zmywać mój rysunek. Stałem i patrzyłem jak kreda spływa po boisku, a z portretu Jill zostaje tylko czarna plama. Szkoda, to był całkiem niezły rysunek.
-Idziesz? – zawołała Debra, biegnąca już w stronę ośrodka. Poszedłem za nią, chociaż co chwilę obracałem się, żeby zobaczyć, czy deszcz całkiem zmył rysunek.
Gdy znaleźliśmy się w ośrodku, poprosiłem wychowawczynię o blok i jakiś ołówek. Poszedłem na górę, do pokoju i zacząłem rysować.
Ostatnie dwa tygodnie minęły szybko. Upłynęły mi one głównie na rysowaniu, spotkaniu się z Derbą, i tak dalej. Czasem było trochę niezręcznie, ale nie wracaliśmy do tego wieczoru w jej pokoju i udawaliśmy, że nic się nie stało. Bo nic się przecież nie stało. W końcu naszedł dzień moich osiemnastych urodzin, czyli w świetle prawa byłem już dorosły, więc musiałem opuścić dom dziecka. Szczerze mówiąc, polubiłem niektóre te dzieciaki. No i Debrę. Szkoda, że nigdy jej już nie zobaczę. Ale z drugiej strony nareszcie się stąd wyrwę. Wrócę do Jill i do Roba. Policanci na pewno już sobie odpuścili poszukiwania. Wprawdzie Jill miała jeszcze siedemnaście lat tak naprawdę największe poszukiwania są prowadzone wtedy, gdy zaginą małe dzieci. Jill była prawie dorosłą, a takich przypadków jak nasz na pewno jest wiele. Nikt już się do nas nie przyczepi. Będziemy wolni.
  • awatar муѕzкα ♥: To jest świetne :D
  • awatar Gość: kiedy następnee?! Już nie mogę się doczekać ;)) ;*
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Dziwne że Jill nie odezwała się do Kennego przez cały miesiąc, ciekawe co Kenny zastanie po wyjściu z domu dziecka. No i dobrze że jednak dał szansę ojcu :) jaki by nie był to wciąż ojciec, a na pewno mu wiele pomoże :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

Oprzytomniałem w samą porę. Jeszcze kilka sekund i pocałowałbym ją. Odsunąłem się.
Co ja robię?
Zapanowała niezręczna cisza. Debra stała z wzrokiem wbitym w podłogę.
- Słuchaj, Debra, ja…mam dziewczynę, nie wiem co mnie napadło…
- Wiem, że masz dziewczynę. Hm, musisz ją bardzo kochać. – powiedziała, nie próbując ukryć ironii w swoim głosie.
- Kocham ją. – zapewniłem.
- Widać nie tak mocno jak ci się wydaje, skoro nie widziałeś się z nią jakiś tydzień, a teraz prawie pocałowałeś mnie.
- O co ci chodzi?
Westchnęła.
- Przepraszam, nie wiem…Zapomnijmy o tym. Dzięki, że przyszedłeś.
To chyba oznaczało, że mam już sobie iść.
- To…do zobaczenia jutro na śniadaniu – powiedziałem, stojąc już w drzwiach.
-Tak..do zobaczenia – mruknęła Debra, delikatnie zamykając mi drzwi przed nosem.
Ruszyłem do swojego pokoju. Idąc korytarzem cały czas myślałem o tym co powiedziała Debra. Zastanawiałem się czy faktycznie nie kocham Jill tak mocno jak mi się wydaje.
Bzdury. Kocham ją.
Powtarzałem to uparcie w myślach, chociaż gdzieś w głębi duszy myślałem, że może to nie prawda. Nie mam pojęcia czemu, ale czułem się jak ostatni dupek, czułem się jakbym zdradził Jill z Debrą, chociaż do niczego nie doszło. Nawet jej nie pocałowałem. Debra była ładna, miła i sympatyczna, mimo swojej nieśmiałości, ale znałem ją tylko niecały tydzień! Może po prostu podobała mi się ze względu na swoją urodę? Chyba nie jestem aż tak płytki….
Westchnąłem i otworzyłem drzwi do pokoju. Było ciemno, a Jake i Alex już spali, więc nie chciałem zaświecać światła. Ruszyłem do swojego łóżka, ale po drodze uderzyłem się z całej siły w szafę lub coś w tym stylu. Klnąc, i trzymając się do za bolącą kostkę doszedłem do łóżka i położyłem się. Nie chciało mi się nawet brać prysznica.
Przykryłem się kołdrą, próbując zasnąć. Długo przewracałem się z boku na bok. Myślałem o Jill, o matce, o Debrze i jej rodzinie…Jej historia była naprawdę przerażająca. Coś nie tak było z jej ojcem, nie zrobił by tego tylko bo był pijany. Musiał mieć nieźle spapraną psychikę.
A co do matki…Wciąż zastanawiałem się czy gdybym coś zrobił widząc w jakim jest stanie, to by żyła. Starałem się unikać takich myśli, bo wiedziałem że oszaleję, jeśli będę sądzić w ten sposób. Trudno, trzeba iść dalej. Ona umarła. I to z własnej głupoty. Nic już nie zmienię.
Zasnąłem pewnie nad ranem. Obudziłem się koło dziewiątej, czyli byłem spóźniony na śniadanie. Cholerne dzieciaki, nawet mnie nie obudziły. Spróbowałem ogarnąć się jakoś, żeby wyglądać jak człowiek i szybko zbiegłem na dół, do stołówki. Udało mi się ominąć stół wychowawców. Może nie zauważyli moje spóźnienia. Panowała tutaj ostra dyscyplina, co zauważyłem już pierwszego dnia.
Zająłem moje tradycyjne miejsce naprzeciwko Debry.
- Hej.- rzuciłem, siadając.
- Hej.
Wiedziałem, że będzie trochę niezręcznie, chociaż wczoraj nic się nie stało.
I na tym skończyła się nasza rozmowa, chociaż miałem wrażenie że Debra jest jakaś inna. Nie patrzyła w swój talerz, ze spuszoną głową, i nawiązywała kontakt wzrokowy ze mną i innymi osobami przy stoliku. Może pokonała swoją nieśmiałość?
Wiedziałem, że będzie trochę niezręcznie, chociaż wczoraj nic się nie stało.
Po kilku minutach zauważyłem, że kierowniczka ośrodka właśnie weszła do pomieszczenia. Nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie policjant, który wszedł za nią. To był ten sam, który przesłuchiwał mnie w tym dniu gdy mnie zatrzymali.
Co on tutaj robi?
Razem z kierowniczką podeszli do mojego stolika. Wszystkie głowy były skierowane w naszą stronę.
-Kenneth… Chodź z nami na korytarz – powiedziała kierowniczka, pani Clurry. Miała pewnie z pięćdziesiąt lat, ale dzieciaki strasznie się jej bały. Była strasznie surowa i nieugięta. Lepiej było z nią nie zadzierać.
Bez słowa poszedłem za nimi. W korytarzu głos zabrał policjant. Najpierw odchrząknął, poprawił pasek, a potem w końcu powiedział:
- Znaleźliśmy twojego ojca.
-Co? Pan żartuje? Mojego ojca? – wykrztusiłem.
- Tak…Chce się z tobą zobaczyć. Czeka w świetlicy. – powiedziała Clurry.
Byłem w zbyt wielkim szoku, żeby cokolwiek powiedzieć. Mój ukochany tatuś pojawił się nagle. Nie miałem ochoty go widzieć. Co mieliśmy zrobić? Paść sobie w ramiona w zwolnionym tempie? To nie cholerny hollywoodzki film. Nie widziałem go przez osiemnaście lat. Nie z n a ł e m go. Był dla mnie obcym człowiekiem. Był nikim. Zostawił mnie i matkę i gdzieś zniknął. Nie interesował się mną przez te wszystkie lata, więc czego teraz chce?
Dobra, pójdę tam.
Pójdę i powiem mu, jak szczerzę go nienawidzę.
Poszedłem za kierowniczką i policjantem do świetlicy. W końcu stanęliśmy pod drzwiami. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że zaraz poznam mojego ojca.
-Poczekamy tutaj. – mruknął policjant, delikatnie popychając mnie w stronę drzwi.
Otworzyłem je i wszedłem do środka. Siedział tam. Przy stoliku pod ścianą. Miał ciemne włosy, w kolorze takim jak moje, i lekkie zakola. Wyglądał na trzydzieści osiem, trzydzieści siedem lat. Zauważyłem kilka zmarszczek na jego czole. W sumie byliśmy do siebie podobni. Wstał, gdy mnie zauważył. Był dość szczupły, chociaż miał mały brzuszek. Wyglądał dość sympatycznie, ‘dobrze mu patrzyło z oczu’. Co nie zmienia faktu, że go nienawidziłem.
-Kenny… - zaczął gdy do niego podszedłem.
Nie odpowiedziałem. Po prostu usiadłem. Zrobił to samo, wciąż patrząc mi w oczy, które niepokojąco się zaszkliły. No nie, jeszcze się poryczy.
- Dlaczego tu przyjechałeś? - spytałem po chwili ciszy.
- Pewnego dnia policjanci przyjechali do mojego domu.. Gdy dowiedziałem się, że Juliane zmarła...musiałem cię zobaczyć i spróbować naprawić błąd.
- Tego nie da się naprawić. To nie był błąd. To był twój wybór!
- Byłem tylko głupim dzieciakiem…Przepraszam. Dlaczego nie możemy zacząć od początku…? Chcę cię poznać, jesteś moim synem. Daj mi szansę.
- Miałeś na to czas przez osiemnaście lat. Zostawiłeś mnie i matkę na pastwę losu, bo nie chciałeś zmieniać pieluch i gotować cholernych zupek, tak? A teraz pojawiasz się i oczekujesz że wszystko będzie w porządku?
- Chciałem poznać cię wcześniej, ale nie wiedziałem czy wciąż mieszkacie w tym samym miejscu… I myślę, że Julie nie chciała mnie widzieć.
-Żartujesz? Ona cię wciąż kochała, mimo że byłeś takim dupkiem. Obwiniała mnie za to, że odszedłeś. Jakby to była moja wina, że byliście nieodpowiedzialnym gówniarzami.
- Kenny…
- Przestań, ja skończyłem rozmowę. Wracaj do siebie. Masz dzieci, żonę?
- Tylko żonę.
- Więc wracaj do niej. To się nie uda. Nie możemy zacząć od początku – powiedziałem i wyszedłem z sali.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Siedziałem na stołówce, grzebiąc widelcem w papce, którą dostaliśmy dzisiaj na obiad. Wyglądała mało apetycznie, jak większość posiłków tutaj. Ale nie narzekałem. Nie byłem przyzwyczajony jeść w pięciogwiazdkowych restauracjach, no i przynajmniej miałem tu jedzenie za darmo, i nie musiałem martwić się za co je kupię. To była jeden z pozytywnych stron mieszkania w domu dziecka. A było ich niewiele.
O Jill myślałem codziennie. Z każdym dniem coraz bardziej za nią tęskniłem. Miałem nadzieję że Neff i jego banda powiedzieli o tym co się stało Robowi, w końcu byli „kumplami”. I podobno w lokalnej gazecie jest jakaś wzmianka o mnie i o matce.
Czułem się tutaj samotny. Nie było nikogo z kim mógłbym porozmawiać, pewnie dlatego, że średnia wieku wynosiła jakieś dziewięć lat. Jedyną osobą w moim wieku była Debra. Była bardzo nieśmiała i małomówna, więc nawet z nią nie mogłem zwyczajnie pogadać. Z tego co się dowiedziałem, była w tym domu dziecka od wielu lat, więc nie rozumiałem czemu nikomu nie ufa i buduje wokół siebie taki mur obronny. Może dlatego, że też czuła się tu samotna? Zastanawiałem się, dlaczego tu trafiła, ale głupio było mi pytać tak wprost.
Siedziała naprzeciwko mnie, przy tym samy stoliku. Próbowałem jakąś wciągnąć ją w rozmowę, ale ona odpowiadała tylko półsłówkami „tak” lub „nie”, więc rezygnowałem.
Teraz zauważyła, że na nią patrzę więc podniosła wzrok znad swojego talerza. Miała śliczne, zielone oczy i ciemno brązowe włosy. Była naprawdę ładna.
Od razu skarciłem się za tę myśl.
-Jak możesz to jeść? Serio, straszne żarcie. – zażartowałem.
Uśmiechnęła się słabo.
- Jakoś da się wytrzymać – odpowiedziała cicho, spuszczając wzrok.
- Wiesz...może to głupie pytanie, ale…jak tu trafiłaś? Znasz moją historię, więc…
Znieruchomiała. Puściła widelec, który z brzękiem spadł na talerz. W końcu podniosła wzrok na mnie. Nie odpowiadała przez chwilę.
- Nie chcę o ty mówić tutaj. Przyjdź do mojego pokoju po ciszy nocnej, dobrze? – powiedziała, a ja byłem pewny, że to było jej najdłuższe zdanie, które kiedykolwiek wypowiedziała.
-W porządku.
Kolacja zaczynała się o 19, a cisza nocna o 22.Przez te kilka dni zdążyłem się trochę zaaklimatyzować w ośrodku. Nie był duży, podopiecznych tez było niewiele. Ja dzieliłem pokój jeszcze z dwoma dzieciakami. Mieli po trzynaście i dwanaście lat. Cóż, z nimi tez niemiałem wiele wspólnego. Najbardziej bawił mnie fakt, że obaj chłopcy czują się niemal zaszczyceni, że są ze mną w pokoju. Byłem najstarszym chłopakiem w tym ośrodku, ale naprawdę nie wiem co im tak imponowało.
Po kilku minutach kierowniczka domu dziecka powiedziała, że możemy iść już do swoich pokoi.
- To do zobaczenia potem. – rzuciłem do Debry, wychodząc z sali. Poszedłem na drugie piętro, do swojego pokoju i od razu położyłem się na łóżku.
Tego dnia, gdy mnie zgarnęli i trafiłem tutaj okazało się, że w kieszeni spodni miałem swojego iPoda. Byłem wtedy niemal najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. No, przynajmniej poprawiło mi to humor. Teraz każdą wolną chwilę spędzałem na słuchaniu muzyki.
Już miałem założyć słuchawki, gdy młodszy z chłopców, chyba Jake, spytał:
- To prawda, że masz dziewczynę?
- Tak. Mam.
- I..ona…jest w ciąży?
- Tak.
- Z tobą? – spytał ten drugi, Alex, chichotając.
- Nie.
- Zdradzała cię? I teraz jest w ciąży z kimś innym?
-Nie. To skomplikowane. – powiedziałem, wkładając do uszu słuchawki i uznając rozmowę za skończoną.
- To prawda, że ukradłeś samochód? – spytał jeszcze któryś, zanim zdążyłem włączyć muzykę.
- Tak.
- Dlaczego?
- Bo jestem idiotą, okej? – podniosłem głos.
Co za wścibskie dzieciaki.
Włączyłem muzykę i po prostu odpłynąłem. Okazało się, że zasnąłem, pewnie z nudy. Obudziłem się po kilku godzinach. Wciąż miałem na uszach słuchawki, ale iPod rozładował się.
- Cholera. – na próżno próbowałem go włączyć. Dawniej ładowałem go u Bena, teraz będę musiał znaleźć tu jakiś komputer.
Zerknąłem na zegarek. Była dwudziesta trzecia. Alex i Jake najwyraźniej spali, wokół panowała ciemność. Założyłem buty i po ciemku doszedłem do drzwi. Wyszedłem na korytarz i ruszyłem do pokoju Debry. Nie chciałem spotkać żadnej wychowawczyni, więc przyśpieszyłem kroku. Już po chwili stałem pod pokojem 36. Zapukałem.
-Proszę - usłyszałem cichy głos.
Wszedłem do środka. Debra siedziała po turecku na swoim łóżku i czytała książkę. Zauważyłem, że miała okulary. Ładnie w nich jej było wyglądała tak inteligentnie.
- Cześć. – odłożyła książkę i zdjęła okulary.
-Cześć… - usiadłem na drugim łóżku. W pokoju były dwa, chociaż Debra była w pokoju sama, bo niedawno jakąś para adoptowała dziewczynkę, z którą była w pokoju.
- Co czytasz? – spytałem patrząc na okładkę książki, którą położyła na stoliku.
-Lśnienie, Stephena Kinga. – odpowiedziała.
- To… Dlaczego nie chciałaś powiedzieć na stołówce dlaczego tu trafiłaś?
- Bo to długa historia. Wiesz, tak naprawdę potrzebuję kogoś, komu mogłabym się wygadać. Jeśli nie chcesz tego słuchać, to…
- Nie, nie…Mów. Posłucham.
-No więc…- wzięła głęboki oddech. – Wszystko zaczęło się gdy miałam osiem lat. Wtedy…mieszkałam jeszcze z…moimi rodzicami. Mieszkaliśmy w małej miejscowości. Byliśmy normalną rodziną… - gdy mówiła, cały czas patrzyła w podłogę, w swoje buty. – Do czasu. Pewnego wieczoru mój ojciec wrócił pijany do domu. Wiesz, rzadko mu się to zdarzało, ale tego dnia okazało się, że bank w którym mieliśmy wszystkie oszczędności zbankrutował. Był wściekły i załamany. Pamiętam, że wtedy już spałam. Obudziłam się, gdy przyszedł do domu. Słyszałam jak kłócił się z mamą. Wyszłam ze swojego pokoju i stałam w korytarzu. Oni byli w kuchni, nie widzieli mnie. – przerwała, i zaczerpnęła głęboko powietrza. – W pewnej chwili ojciec chciał uderzyć mamę. Zamachnął się, a ona odepchnęła go, więc wpadł na stół czy coś takiego. Potem ona powiedziała coś, nawet nie wiem co, ale to bardzo zdenerwowało go. Na blacie leżał nóż… - głos zaczął jej drżeć – I po prostu wbił jej go w plecy. Zrobił to na oczach ośmioletniej dziewczynki.
Otarła łzy wierzchem dłoni.
- Boże, to straszne.
- Myślałam, że śnię. Nie mogłam uwierzyć w to co zobaczyłam. Byłam przerażona. Mój tatuś, z którym bawiłam się w chowanego stał się potworem. To dlatego teraz nie potrafię zaufać nikomu. Minęło prawie osiem lat od tego wydarzenia, a ja wciąż nie potrafię o tym zapomnieć.
- Co było dalej?
- Pobiegłam do sąsiadów i powiedziałam wszystko. Potem niewiele pamiętam. Wiem, że ciągle przychodzili do mnie psycholodzy. Może trochę pomogło…ale trauma wciąż została. – spuściła wzrok. Widziałem, że z trudem powstrzymuje łzy.
- Twoja kolej. – powiedziała po chwili.
Opowiedziałem jej wszystko, ze szczegółami.
- ...No i teraz jestem tutaj.
- Pewnie tęsknisz za nią, co?
- Tak, i to bardzo. Ale już niedługo opuszczę to miejsce….
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę. Zrobiło się późno, więc postanowiłem wracać do pokoju.
- Będę uciekał, do zobaczenia na śniadaniu, jutro.
Podniosła się z łóżka, stając obok mnie.
- Do zobaczenia. I…wiesz, dzięki. Że tu przyszedłeś. Od razu czuję się lepiej.
- A czy… twój ojciec…jest w więzieniu?
- Tak. Z tego co wiem, dostał piętnaście lat.
-Sporo – mruknąłem. – Chociaż mógł dostać jeszcze dwa razy tyle.
Nie odpowiedziała.
- Trzymaj się, Debra. – podszedłem i przytuliłem ją.Niewiem czemu, ale tak bardzo jej współczułem. To co przeżyła było straszne. I jak ona może czytać Kinga?
Przez chwilę stała sztywno, a potem też objęła mnie. Myślę, że dzięki tej rozmowie coś w niej pękło, i przestanie być taka nieśmiała i małomówna. Chciałem tylko pokazać jej, że może ufać ludziom.
Odsunęliśmy się trochę od siebie, ale wciąż nasze twarze dzieliło tylko kilka centymetrów. Nagle nasze twarze zaczęły się do siebie zbliżać. Po paru sekundach, od jej ust dzieliło mnie tylko kilka centymetrów. Czułem jej zapach, słyszałem oddech. Zamknąłem oczy.
  • awatar муѕzкα ♥: Nie wiem jak to opisać! Zajebiste po prostu! ;D
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Piszesz co raz lepiej :) ten odcinek strasznie mi się podobał!
  • awatar Arbalester: Nie wiem czemu, ale jakoś wolę, żeby był z Debrą ^ ^' Znaczy, Jill jest w porządku, ale no nie wiem :_: Gościu musiał naprawdę dużo wypić, skoro tak zareagował O_O Że się mu nie znudziły te piosenki xD Łupie je dzień w dzień :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Nie wiem co o nim myśleć. Oceńcie sami.





Siedziałem na komisariacie, podczas gdy gruby policjant w skupieniu pisał coś przy swoim biurku.
- Nie będę obiła w bawełnę, chłoptasiu – wstał i przeszedł się po pomieszczeniu. - Jesteś bezmyślnym, niedojrzałym dzieciakiem. Powinieneś się cieszyć, że złapaliśmy cię tak wcześnie, bo mógłbyś kogoś przejechać albo samemu się zabić! Co ty do cholery sobie myślałeś? Chciałeś się popisać? Przed kim? Przed kumplami? Dziewczyną?
Nie rozumiałem po co mi to mówi. Przecież wiedziałem, że jestem bezmyślnym, niedojrzałym dzieciakiem. Wiedziałem, że nie powinienem próbować kraść tego auta. Przecież to i tak by mi się nie udało. Co ja sobie do cholery myślałem….
- Jak się nazywasz? – spytał spokojniejszym tonem po chwili, widząc że nie mam zamiaru opowiedzieć na żadne jego pytanie.

- Marshall Mathers. –palnąłem.
Jedynego czego się bałem, to właśnie tego, że mnie rozpoznają i to będzie koniec.
- Marshall Mathers… - powtórzył. – Czekaj, co? Marshall Mathers? Eminem? Ten raper? Ha, ha, bardzo śmieszne.– A jak masz naprawdę na imię? Byłeś notowany? Chyba cię kiedyś widziałem.
- Nie. I jestem Kenneth McGurdy. – powiedziałem.
-McGurdy…Hm…
Czekałem, aż się w końcu zorientuje.
- Powiadomimy twoich rodziców Możliwe że dostaniesz tylko pouczenie, chociaż według mnie…- przerwał na chwilę, przyglądając mi się uważniej – Wiem! Jesteś tym chłopakiem który uciekł z Mollins! – krzyknął nagle, podrywając się na fotelu.
- Co za refleks.
- Nie pozwalaj sobie. – powiedział, podnosząc do góry swój gruby paluch. – Poczekaj tutaj. Nie próbuj się stąd ruszać. Dobrze ci radzę.
Policjant wyszedł. Nie próbowałem niczego, po prostu siedziałem na swoim krześle i myślałem, jakim jestem cholernym idiotą. Co mi strzeliło do głowy…
Policjanta nie było przez jakieś pół godziny. Nudziłem się śmiertelnie, ale nawet nie próbowałem uciekać, to bez sensu. Mieli mnie już w garści i trzeba było się z tym pogodzić.
W końcu się pojawił.
- Zawiadomiliście moja matkę?
Nie odpowiedział od razu. Kręcił się przez chwilę na krześle.
- Chodzi o to, że…- odchrząknął – Twoja matka, Juliane McGurdy…Nie żyje.
- Co? Jak to nie żyje? – wykrztusiłem
- Prawdopobnie przedawkowała leki. Nie wiemy czy było to samobójstwo, czy była ona tylko uzależniona. Przykro mi.
Nie wierzę. Ona…nie żyje. Nie wiem co powinienem czuć w takiej chwili.
- Była uzależniona od wszystkiego co możliwe. – powiedziałem cicho.
- Jeśli potrzebujesz pomocy psychologa…
-Nie potrzebuję. – powiedziałem - A…Kiedy…to się stało?
- Wczoraj. Znaleźliśmy ją w waszym mieszkaniu martwą.
Moja matka nie żyła. Nienawidziłem jej, więc czemu czuję się tak okropnie? Co gorsze, w gardle miałem ogromną gulę. Kurwa, jeszcze tego brakowało, żeby się tu popłakał.
- Mamy jeszcze sporo spraw do omówienia, więc…
- Musze skorzystać z toalety. – przerwałem mu.
- Tam. – pokazał ruchem głowy drzwi.
Wszedłem środka. Pomieszczenie było małe. Okna były wysoko, miały kraty. Oparłem się o umywalkę, patrząc w lustro.
Byłem blady, miałem cienie pod oczami i ogólnie wyglądałem źle. Ochlapałem twarz zimną wodą i wróciłem do policjanta.
-W porządku? – spytał.
Zostawiłem pytanie bez odpowiedzi.
- Dobrze…Co z twoim ojcem? Spotykałeś się z nim kiedyś? Pamiętasz go? Twoja mama mówiła, że odszedł gdy byłeś kilkumiesięcznym dzieckiem.
- Nigdy go nie poznałem. I nie zamierzam.
- I tak musimy go znaleźć…Do tego czasu zamieszkasz w domu dziecka.
- Za miesiąc skończę osiemnaście lat…
- W świetle prawa wciąż jesteś dzieckiem.
- Ale co zmieni się za miesiąc? Nie uważa pan że to bez sensu? Jakbyście nie mogli po prostu mnie wypuścić.
- Takie jest prawo. – powiedział z naciskiem. – Mamy jeszcze sporo do omówienia. Przede wszystkim, sprawa Jill Fruck. Gdzie ona jest? Ty jesteś ojcem dziecka, prawda?
- Nie jestem ojcem jej dziecka. Mark Russel nim jest.
- Dobrze, a gdzie ona jest?
- Kilka dni po tym, jak rozpoznała ją ta lekarka postanowiła wyjechać z Detroit i z całego Michigan Pojechała do swoich przyjaciół do Iowa.
-Iowa?
- Tak. Nie wiem do jakiego dokładnie miasta, nie powiedziała. Z resztą to jest jakaś mała wieś…
- Nie kontaktowała się z tobą?
- Nie.
Policjant zaczął pisać. Skończył po kilku minutach.
- W porządku… Skontaktowaliśmy się z Raybold House, tym domem dziecka, i zaraz cie tam odwieziemy. Och, i gdzie wcześniej mieszkałeś? Masz tam jakieś rzeczy? Ubrania, czy coś w tym stylu?
Opowiedziałem zmyśloną historię o ukradzionym plecaku. Powiedziałem też, że spałem w metrze. Uwierzył, tak samo jak gdy powiedziałem, że Jill jest w Iowa. Naiwniak.
- Znajdziemy dla ciebie nowe ubrania i rzeczy… Chodź ze mną. – powiedział, podnosząc się ze swojego fotela. – I nie zapominaj, że od dzisiaj jesteś notowany. To może ci przysporzyć sporo problemów, jeśli na przykład będziesz starać się o przyjęcie na jakieś wyższe stanowisko. Trzeba było dwa razy się zastanowić, zanim wpadłeś na taki głupi pomysł.
Nie odzywałem się. Cierpliwie czekałem, aż skończy. Przecież wiedziałem, że to był głupi pomysł, i gdybym nie wsiadł do tego cholernego samochodu nie byłoby mnie tutaj.
Policjant zaprowadził mnie na parking gdzie stał radiowóz. W środku siedziało już dwoje gliniarzy. Kazał mi wsiadać do środka i rozmawiał chwilę z gliniarzami. W końcu ruszyliśmy. Policjanci nie odzywali się do mnie, rozmawiali tylko między sobą. Patrzyłem w okno i cnawet nie słuchałem ich rozmów. Myślałem o matce.
Przypominałem sobie te wszystkie chwile, gdy jeszcze nazywałem ją „mamą” i kochałem ją, taką zwyczajną, dziecięcą miłością. Czasem, gdy miała dobry humor, bawiła się ze mną, zabierała mnie na plac zabaw…Pamiętam, jak chodziliśmy do lodziarni za rogiem i pozwalała mi zamówić cztery gałki lodów. To były te szczęśliwe czasy, kiedy byłem tylko dzieciakiem i nic mnie nie obchodzilo, byłem po prostu szczęśliwy. Miałem może sześć, siedem lat.
Potem wszystko zaczęło się sypać. Zauważyłem, że bierze dziwne tabletki, coraz częściej znajdywałem puste butelki po wódce i innych alkoholach. Potem było tylko gorzej. Przestała traktować mnie jak dziecko, jak swojego ukochanego syna. Byłem raczej jej przeszkodą. Już wcześniej tak mnie traktowała, ale po tym jak na mnie nakrzyczała, zawsze miała wyrzuty sumienia. Gdy byłem starszy, te wyrzuty sumienia zniknęły.
Kiedy myślałem o tym wszystkim zdałem sobie sprawę, że może gdybym wiedział zanim uciekłem, że umrze, może spróbował by coś zmienić. Miała problem, z czego wtedy nie zdawałem sobie sprawy. Może gdybym wtedy coś zrobił…może by żyła. Dlatego czułem się tak okropnie.
Nie wiem ile jechaliśmy, bo po kilkunastu minutach zasnąłem. Obudziłem się, gdy samochód zatrzymał się. Otworzyłem oczy i zauważyłem duży budynek, wyglądający dość ponuro i pospolicie. Ale muszę zacząć się przyzwyczajać, bo najwyraźniej spędzę tu kolejny miesiąc. Miesiąc bez Jill... Westchnąłem i wysiadłem z radiowozu.
  • awatar муѕzкα ♥: Genialne ;)
  • awatar Arbalester: Podoba mi się to, jak wywołałaś (łeś? O_o) wyrzuty sumienia u bohatera. To go pokazuje w bardzo dobrym świetle. Jestem bardzo ciekawa, co będzie się działo w domu dziecka :> Jak masz czas, to zapraszam też do siebie ;)
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: O kurcze :/ ale się porobiło... uśmiercenie jego matki narzuciło nowe problemy. Podoba mi się ten odcinek, choć losy Kennego znów się skomplikowały.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Stałem pod budynkiem, oparty o murek, czekając na Jill. Cholernie się o nią martwiłem. Cały czas myślałem tylko o tym, że powinienem ją powstrzymać, żeby tego nie robiła. Było już ciemno, na chodnik padało słabe światło. Czekałem tam może z piętnaście minut, gdy zauważyłem postać idącą w moim kierunku.
Jill!
- Czy ty…? – spytałem, gdy odległość która nas dzieliła zmniejszyła się do kilku metrów.
- Nie. Nie potrafiłam tego zrobić. Uciekłam z gabinetu tego lekarza. – powiedziała podchodząc bliżej.
- Wiesz…Postanowiłam, że zatrzymam dziecko. Może to głupie i nierozsądne, ale kiedy siedziałam tam, w poczekalni, myślałam o nim. Albo o niej. Zastanawiałam się jak by wyglądało, jaki miałoby kolor oczu, włosów. Wyobraziłam sobie jak mówiłoby do mnie „mamo”… Myślisz, że dobrze zrobiłam?
- Tak. No i masz jeszcze dużo czasu żeby zdecydować czy chcesz je oddać czy nie…
- Nie, już postanowiłam. Nie oddam go. Tylko boję się czy dam radę…
- Będzie dobrze, zobaczysz.- powiedziałem, przytulając ją. –Damy sobie radę.
- My?
- Przecież ci pomogę.
Nie odpowiedziała tylko mocniej się do mnie przytuliła.
- Hej, zgniatasz mi żebra.
- Sorki. - odsunęła się trochę.
- Ale nie powiedziałem, że mi to przeszkadza.
Zaśmiała się i stanęła na palcach żeby mnie pocałować. Wtedy usłyszeliśmy odgłos kroków na podjeździe przy białym budynku.
- To pewnie ten lekarz, John Podelsky. Chodźmy stąd.
Ruszyliśmy chodnikiem. Zwolniliśmy kroku dopiero gdy znaleźliśmy się za rogiem. Po chwili doszliśmy do domu. Rob już wrócił. Stał oparty o parapet, paląc skręta.
- Gdzie byliście?
- Nigdzie. – szybko odpowiedziała Jill.
- Okej, nie musze wiedzieć. Zostawiłem wam kilka kawałków pizzy – powiedział wskazując na kartonowe pudełko leżące na stole.
- Dzięki. – mruknęła Jill, i wyjmując parujący kawałek pizzy.
- Możesz zjeść wszystko, nie jestem głodny. – powiedziałem.
Jill poszła oglądać telewizję, gdy Rob podsunął mi skręta i spytał czy chcę.
- Daj spokój, to tylko tak na rozluźnienie. Nic ci nie będzie.
Nie pewnie wziąłem do niego jointa. Zapaliłem i niemal od razu zacząłem się krztusić.
Rob tylko się śmiał.
- Trzeba mieć wprawę.- powiedział, zaciągając się głęboko. – Jesteś gotowy na jutrzejszy pierwszy dzień w pracy?
- Nie.
- Co?
- Nie chcę kraść. Ale wiem, że muszę.
- Zawsze mógłbyś robić coś gorszego. Na przykład być dilerem. Mówię ci, to paskudna robota. Twoja praca jest przy tym dziecinnie prosta.
- Może masz rację.
- MAM rację. No i masz ułatwione zadanie. W grupie łatwiej jest się zorganizować, więc są większe zyski. Kiedyś „pracowałem” z nimi. No wiesz, kilku gości robi sztuczny tłum, a ty kradniesz portfel. Sam zobaczysz, to nie takie proste. Trzeba mieć sposób. Z czasem przyzwyczaisz się i zaczniesz traktować to jak normalną pracę, zobaczysz…
Kiwnąłem głową.
Nie byłem przekonany, co do tego co mówił Rob. Ale następnego ranka punktualnie przyszedłem na umówione miejsce, czyli na lotnisko. Nie rozumiałem, dlaczego akurat lotnisko. Raczej trudno będzie tu cokolwiek ukraść.
Czekałem kilka minut, gdy ich zobaczyłem. Wiedziałem, że to oni. Było ich ośmiu. Nie spodziewałem się, że będą aż tak młodzi. Wszyscy mieli mniej-więcej dwadzieścia lat. Wyglądali dość zwyczajnie, nie wyróżnialni się specjalnie.
Podeszli do mnie.
- Ty jesteś ten McGurdy? – spytał najwyższy.
Wyglądał na ich szefa, lub kogoś w tym rodzaju.
- Tak, Kenny.
-Durnowate imię. – mruknął któryś z nich.
Jakbym sam o tym nie wiedział.
- Jestem Neff, to Case, Lorenzo, Ervin, Conley, Hibbs, Wilson i Weber – powiedział “szef”.
Nie wiem czy to były ich imiona, nazwiska czy pseudonimy ale również były durnowate.
Nie starałem się nawet ich zapamiętać.
- To.. co robimy na lotnisku?
- Pokażemy ci jedną z naszych najpopularniejszych akcji.
Weszli do środka, a ja podreptałem za nimi. Lotnisko nie należało do dużych, ale dzisiaj było na nim sporo ludzi.
-Co dokładnie chcecie zrobić?
- Trzeba wejść do pomieszczenia, skąd nadawane są komunikaty, i stamtąd powiedzieć, żeby uważać na kieszonkowców. – odpowiedział Case.
- Po co? To bez sensu? Żeby ludzie głębiej chowali portfele?
- Zobaczysz…Trzeba tylko odwrócić uwagę osoby, która siedzi w tym pomieszczeniu. Weber, idziesz ze mną. – zarządził Neff.
Zostałem z resztą w głównej sali lotniska. Wszędzie chodzili ludzie z walizkami, przepychając się przez tłum.
Po kilku minutach usłyszeliśmy głos z głośników porozwieszanych na całym lotnisku:
- Prosimy uważać na kieszonkowców, którzy grasują na lotnisku, jeśli nie chcą państwo paść ich ofiarą.
To był Neff!
Popatrzyłem na tłum i zrozumiałem po co to zrobił. Ludzie odruchowo łapali się za kieszenie w których ukryte były portfele lub inne cenne rzeczy.
Teraz to będzie łatwizna. Namierzyłem starszą panią, która właśnie skończyła sprawdzać boczną kieszeń swojej walizki. Podszedłem, i gdy odwróciła się, szybko wyjąłem stamtąd portfel i komórkę.
Czyli teraz okradam staruszki.
Kątem oka zauważyłem jak któryś z chłopaków, chyba Conley, rozcina żyletką kieszeń spodni jakiegoś faceta.
W ciągu dziesięciu minut udało mi się ukraść pięć portfeli, w tym dwa całkiem grube.
Zauważyłem Neffa, idącego w moim kierunku.
- I jak ci idzie?
Pokazałem mu moją „zdobycz”.
-Nieźle, nieźle….Dobra, chodź na parking przed lotniskiem.
Reszta już tam była. Im udało się ukraść o wiele więcej niż mi. Wyjmowali pieniądze z portfeli i przeliczali, a potem wrzucali do wspólnego pojemnika.
Wydawało mi się wtedy, że to faktycznie proste. Nawet nie miałem wyrzutów sumienia, że zabrałem czyjeś może ciężko zarobione pieniądze. Trzymałem w ręce gruby rulon dolarów i nie obchodziło mnie nic.
- Hej, McGurdy, chcesz zrobić coś jeszcze? – spytał Neff.
- A co konkretnie?
- Widzisz tę brykę? – pokazał mi jakiegoś mercedesa z odsuwanym dachem. Faktycznie prezentował się nieźle.
Jakiś gość, pewnie jego właściciel, zmierzał w jego kierunku.
- Jeśli ją ukradniesz, dostaniesz wieeelką premię. – powiedział z dziwnym uśmieszkiem, wymieniając spojrzenia z resztą.
Nawet się nie wahałem.
- Dobra.
Od faceta i jego samochodu dzieliło mnie może z pięć metrów. Poczekałem aż on zbliży się bardziej do mercedesa i zaczęłem biec.
Facet odwrócił głowę w moją stronę, i jednocześnie otworzył drzwi.
Odepchnąłem go z całej siły, aż zatoczył się do tyłu.
Tymczasem ja wsiadłem do samochodu i odjechałem z piskiem opon. Nie prowadziłem nigdy żadnego auta, ale orientowałem się gdzie jest gaz, a gdzie hamulec.
Jechałem prosto, szybko, ale nie mogłem zapanować nad samochodem. To nie jest takie łatwe jak się wydaje.
Zrozumiałem, jaki byłem głupi, gdy zauważyłem że za rogiem stoi ochrona, która widziała całe zajście.
Gruby ochroniarz właśnie mówił coś przez krótkofalówkę, jednocześnie biegnąc za mną.
Przygazowałem, jednocześnie zastanawiając się gdzie mógłbym uciec. Ściskałem kierownicę tak mocno, że aż pobielały mi kłykcie.
Usłyszałem policyjną syrenę.
Niech to szlag.
Skręciłem w boczną uliczkę. To był błąd.
Wielki błąd.
Okazało się, że to ślepa uliczka, na której końcu stały tylko śmietniki. Chciałem zawrócić, ale zobaczyłem, że drogę zastawił mi policyjny radiowóz. Nie uciekałem tylko ze względu na to, że ukradłem ten samochód. Głównie chodziło mi o to, że policjanci mnie rozpoznają i wrócę do matki.
Nie było sensu uciekać. Trzeba się pogodzić, z tym, że to już koniec. Wysiadłem z samochodu. Dwaj gliniarze zbliżali się do mnie krzycząc, żebym podniósł ręce do góry. Posłusznie zrobiłem to co mi kazali. Trudno ,trzeba się poddać.
  • awatar муѕzкα ♥: Świetne! ;p
  • awatar Arbalester: Dobrze mu tak, staruszki będzie okradał, skurczybyk jeden! xD Cieszę się, że Jill zrezygnowała ;)
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Nie wiem do końca czemu ale ten odcinek najbardziej mi się spodobał. Ciekawie opisany, fajne akcje. Ciekawe co będzie z Kennym...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Mam nadzieję, że nie przynudzam, w następnym postaram się trochę rozkręcić akcję. Jakby coś, piszcie w komentarzach, jeśli coś wam się nie podoba. Trochę krytyki nie zaszkodzi





Leżałem na łóżku patrząc sufit, z jedną ręką pod głową. Jill chyba już spała, słyszałem tylko jej cichy oddech.
Cholera, pocałowałem ją. Nie wierzę.
- Hej, śpisz? – usłyszałem jej głos.
- Nie.
-Wiesz… Myślisz że powinnam iść do lekarza czy coś? Żeby być pewnym na sto procent?
- Myślałem że jesteś pewna na sto procent.
-Bo jestem, ale…Chcę to usłyszeć od lekarza. Pójdę jutro rano.
- Co jeśli ktoś cię rozpozna?
- Przecież tak naprawdę nikt o nas nie wie. Pewnie dopiero za kilka dni napiszą w jakieś większej gazecie lub powiedzą o nas w telewizji. „Głosu Detroit” nikt nie czyta.
- A myślałaś co zrobisz gdy…no wiesz…dziecko się urodzi?
Milczała.
- Nie wiem. Wiesz, zaraz po tym, jak uświadomiłam sobie, że jestem w ciąży…myślałam o usunięciu dziecka. To była moja pierwsza myśl.
- Nadal o tym myślisz?
- Odrzuciłam ten pomysł. Nie byłam bym zdolna – powiedziała. - Ale…myślę żeby oddać dziecko do adopcji. Albo chociaż oddać w oknie życia czy czymś takim. - dodała ciszej.
- Nie chcesz go zatrzymać? – zapytałem, a raczej stwierdziłem.
- Nie… - szepnęła. – Moja kuzynka gdy była w moim wieku też zaszła w ciążę. Na początku było ciężko ,ale potem nawet się cieszyła. No wiesz, instynkt macierzyński. Ja nie mam czegoś takiego. To dziecko…Nie mam wobec niego żadnych uczuć. Wiem że to straszne, ale…czasem jestem na nie zła. Na początku wręcz go nienawidziłam. Jakby to była wina dziecka, że rodzice wywalili mnie z domu, a nie moja. Jestem okropna, wiem.
- Nie jesteś. Masz siedemnaście lat, po prostu nie jesteś gotowa na dziecko. Może z czasem się przyzwyczaisz. To normalne, nie przejmuj się tak.
Nie odpowiedziała. Przez chwilę myślałem że zasnęła, gdy spytała cicho czy może do mnie przyjść.
- Moje łóżko jest strasznie niewygodne.
- Jasne – podsunąłem się, robiąc jej miejsce.
Położyła się tuż obok mnie, a potem przysunęła się jeszcze bliżej. Czułem jej zapach i ciepło bijące od niej.
- Jesteś pewna, że nie chcesz go zatrzymać?
- Nie wiem. To wydaje się jedyne rozsądne wyjście. Czemu tak o to pytasz?
- Chcę tylko żebyś wiedziała, że gdybyś zdecydowała się zatrzymać dziecko, ja ci pomogę. Nie możemy cały czas siedzieć na karku twojemu bratu.
- Wiem to. Ale ja nie dałabym sobie rady. Z resztą nie wiem, co zrobią. Na razie…wolałabym je oddać. Chodźmy spać.
Jill zasnęła szybko. Już po chwili usłyszałem jej równomierny oddech. Nie mogłem się powstrzymać i pocałowałem ją w czoło.
Nie mieliśmy okazji nawet porozmawiać o nas. Ten dzień minął jakoś szybko. Długo rozmawialiśmy z Robem. Właściwie jest całkiem w porządku. Szkoda że marnuje swoje życie na sprzedaniu trawki.
Wciąż bałem się, że policja nas znajdzie. Pytałem Roba czy nie boi się, że ktoś go wsypie i gliny nie wpadną tutaj. On powiedział tylko, że większość towaru trzyma w skrytkach i nikomu nie przyjdzie tak szukać. No i jakby coś jest studentem filozofii. „Jestem profesjonalistą, spokojnie”.
Nie wiem kiedy zasnąłem, ale obudziłem się dość późno. Jill już nie było. Wstałem i poszedłem do kuchni, z której czuć było zapach kawy.
Rob stał oparty o blat trzymając kubek w rękach. Na stole leżały porozrzucane torebki z trawką. Było ich mnóstwo.
Rob chyba zauważył moją minę, bo powiedział:
- Sorki za to. Nowy towar. Dzisiaj mam zamówienie na jakąś imprezę. To dzieciaki, więc sprzedam im tylko trawkę.
Odstawił kubek i zaczął pakować ją do kartonu.
- Łap. Dla ciebie.
- Ja…dzięki, nie ćpam.
Rob tylko się zaśmiał.
- Stary, trawka nic ci nie zrobi. To tylko tak dla rozluźnienia. Daj spokój, ona nie uzależnia. Chyba że zamierzasz to robić codziennie. Od zapalenia skręta od czasu do czasu nic ci się nie stanie.
- Ale…nie chcę potem widzieć smoków albo jeździć na jednorożcach…Serio, nie chce tego.
- Po trawce nie masz wizji – zaśmiał się znowu. – Nigdy nic nie brałeś?
- Nie.
-To będzie twój pierwszy raz.
Trzymałem w rękach paczkę i patrzyłem na nią nieufnie.
- Nigdzie nie dostaniesz trawki za darmo, korzystaj z okazji – powiedział. – Aha, słuchaj, wiem że kiepsko i ciebie z kasą…
- Kiepsko to mało powiedziane… - wtrąciłem.
- Mój kumpel poszukuje kogoś do pracy.
- Jakiej pracy?
- Kieszonkowca. Działają we wspólnym gangu, i potrzebują jeszcze jednej osoby. To nic trudnego. Ukradłeś coś kiedyś?
- iPoda.
- Niezły początek.
Miałbym kraść. Oprócz iPoda nigdy niczego nie ukradłem. Nie mogę tego robić. Być kieszonkowcem.
Ale dobrze wiedziałem, że miałem tylko jakieś sto dolców co wystarczy na krótko. Nie możemy przecież być ciągle na utrzymaniu Roba.
- Okej, kiedy mógłbym zacząć?
- Jużjutro rano. . Dobra, praca czeka, muszę lecieć. Przyjdę po ciebie o szóstej.
Wyszedł z kuchni, usłyszałem trzaśnięcie drzwiami.
Poszedłem do prowizorycznego salonu i włączyłem telewizor. Akurat leciał lokalny kanał. Były wiadomości. Przełączył bym, gdyby nie to, że na ekranie pojawiła się twarz mojej matki.
Kurwa, znowu będzie pieprzyć od rzeczy.
Ale nie przełączyłem.
Dziennikarze nagrywali to w naszym mieszkaniu, bo widziałem w tle kawałek mojego łóżka i szafy. Na pierwszym planie była oczywiście matka. Miała zaczerwienione oczy i co chwilę drżącymi rękami ocierała łzy. Ha ha, niezłe przedstawienie.
- Coś działo się ostatnio z Kennym… Zaczął kraść, uderzył mnie…I tuż przed ucieczką zabrał moje ostatnie oszczędności…Nie miałam z czego kupić jedzenia.
Jedzenia? Chyba wódki, mamusiu.
-Nigdy dobrze nam się nie powodziło, ważny był każdy cent…Może to mu przeszkadzało, że nie mogłam kupić u markowych ubrań, gadżetów… - urwała, robiąc przerwę na oddech i otarcie łez – Może dlatego uciekł…
Boże, co za brednie.
- Nastolatki są poszukiwane od dwóch dni – zniknął widok matki, pokazali teraz cały blok i odezwał się głos spikera. – Rodzice Jill Fucker odmawiali rozmowy przed kamerami. Policjanci przypuszczają że nastolatka będzie chciała usunąć ciążę. Ostatnio widziano ich po drugiej stronie Ósmej Mili.
Wyłączyłem telewizor, gdy usłyszałem że ktoś wchodzi do mieszkania. To pewnie Jill.
Rzeczywiście, stała w korytarzu.
- I co? – spytałem, gdy ściągała kurtkę.
- Piąty tydzień. – powiedziała cicho, stojąc plecami do mnie.
Podszedłem do niej, a ona sama przytuliła się do mnie.
- Hej, co się stało? Czemu jesteś taka przybita? – spytałem głaszcząc ją po plecach.
- Lekarka mnie rozpoznała.
- Poważnie?! –odsunąłem się trochę.
- Najpierw powiedziała, że musi skontaktować się z policją, potem jak opowiedziałam jej swoją wersję zdarzeń trochę zmieniła zdanie… Chciałam stamtąd uciec, ale ona napisała na kartce jakiś adres, wcisnęła mi ją i powiedziała, że jestem za młoda, i jeśli szukam jakiegoś lekarza, który „mógłby mi pomóc za jedynie sto dolarów”. Jaka lekarka poleca pacjentkom aborcję? To jeszcze nie koniec.Gdy wychodziłam, a raczej uciekałam, spytała mnie o adres miejsca gdzie mieszkamy.
- Co powiedziałaś?
- Pierwsze co przyszło mi do głowy to „Hogwart 78b”
- Hahaha, co? Hogwart? Szkoła dla czarodziei? – zaśmiałem się.
- Wiesz co jest najlepsze? Że uwierzyła. Wyobrażasz sobie jak mówi policjantom, że mieszkamy na Hogwardzie? Ale wiesz, gdy wracałam, chciałam kupić cos do picia w jakimś sklepie, ale bałam się że ktoś mnie rozpozna. Jadąc metrem gdy tylko ktoś usiadł obok mnie śmiertelnie bałam się, że mnie pozna. To jak paranoja. Za parę tygodni wszyscy będą wiedzieć, nie będziemy mogli nawet wyjść na zewnątrz. Jak można tak żyć?
- Musimy, Jill. Nie mamy wyjścia. Myślałem o przeprowadzce, ale gdzie mielibyśmy iść?
- Pewnie masz rację… - powiedziała idąc do salonu.
Usiadła na kanapie. Wtedy zauważyłem, że jej brzuch faktycznie trochę się zaokrąglił. Chociaż na pierwszy rzut oka wyglądało jakby po prostu trochę przytyła, czego oczywiście jej nie powiedziałem.
- Ken?
- Tak?
- Myślisz, że…powinnam jej posłuchać? Tej lekarki? I…zrobić to…?
- Usunąć dziecko?
Kiwnęła głową.
- Nie wiem, Jill, naprawdę. To twoja decyzja.
- Wiem, że to okropne, ale...Może to najlepsze wyjście. Wiem gdzie to jest. Całkiem niedaleko, można iść na piechotę.
- Chcesz to zrobić?
Wzięła głęboki oddech.
- Tak. Pójdziesz ze mną?
- Ale…Jill, jesteś pewna? Przecież możesz oddać od adopcji to dziecko…
- Nie chcę urodzić tego dziecka. Myślisz, że to nie jest dla mnie trudne? Ale zdecydowałam. Pójdziesz ze mną?
- Dobrze, pójdę…Kiedy?
- Dzisiaj wieczorem.
Było zaledwie południe. Kolejne godziny wlekły się w nieskończoność. Rob nie wracał do domu, a ja zastanawiałem się na czym naprawdę polega jego praca.
Było około siódmej, gdy zaczynało robić się ciemno. Jill chciała już wyjść. Była blada i zdenerwowana, jakby nie do końca pewna swojej decyzji. A może zwyczajnie się bała.
Wyszliśmy na zewnątrz. Było rześko i przyjemnie. Lubiłem wieczory znacznie bardziej niż dnie.
Szliśmy obok siebie, nie odzywając się. Chciałem powstrzymać Jill, ale to przecież jej sprawa. Może miała rację… Mimo to nie chciałem żeby usuwała ciąży. Nie wiem czemu, po prostu nie.
Po dziesięciu minutach drogi wskazała biały budynek na końcu ulicy.
- To tutaj.
-Poczekam na zewnątrz, co?
- W porządku.
Stanęła twarzą do budynku patrząc na niego przez chwilę. Widziałem, że się boi.
- Hej, będzie dobrze. – ścisnąłem jej dłoń, nachyliłem się i pocałowałem delikatnie w usta.
- No to idę… - szepnęła słabo i ruszyła w kierunku budynku.
  • awatar муѕzкα ♥: Masz talent ♥
  • awatar Arbalester: Też mam nadzieję, że zmieni zdanie, albo stanie się tam coś innego... To niesamowicie trudna i ważna decyzja, usunięcie ciąży, strasznie trudny temat. Trochę moim zdaniem za łatwo jej to przyszło... Zobaczymy, co dalej.. :>
  • awatar Yui & Naomi: Hm.. Niezłe niezłe. Będziemy zaglądać tu częściej ;). Y & N.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Wyszedł strasznie długi. No to enjoy




Gorączkowo zastanawiałem się co robić. Jakiś głos w mojej głowie mówił mi, że to koniec i nie ma sensu uciekać. Radiowóz był tuż za nami.
Zauważyłem, że Jill zwolniła kroku. Myślałem, że też się poddała i chce po prostu oddać się w ręce policji. Ale ona pociągnęła mnie za rękaw koszulki. Wymięła kilka osób, i w mieszała się w niewielki tłum stojący przy budce z hot-dogami.
Odetchnęliśmy z ulgą gdy radiowóz ominął nas i pojechał dalej, skręcając w jakąś boczną uliczkę. Tym razem nam się udało, ale oboje byliśmy świadomi, że to następnym razem może być gorzej.
- Dzięki Bogu… - mruknąłem. – Jesteś głodna? – spytałem, widząc jak Jil patrzy na hot-dogi.
- I to jak…- powiedziała, ustawiając sięw kolejce. – Też chcesz?
Kiwnąłem głową. Kątem oka zauważyłem automat z gazetami, stojący niedaleko budki. W środku był „Głos Detroit”. Miejscowa gazetą, raczej mało interesującą , więc mało kto ją kupował. Kiepska szata graficzna i nieciekawe tematy nie sprzyjała sprzedaży. Nie zwrócił bym na nią uwagi, gdyby nie nagłówek na pierwszej stronie.
„Kenneth McGurdy i Jill Fruck – poszukiwania trwają”
Rzuciłem się do automatu i zacząłem wkładać do niego drobne. Po chwili trzymałem w rękach gazetę.
„W ubiegłą noc dwoje nastolatków z Millons w Detroit uciekło z domu. Przyczyną ucieczki było prawdopodobnie to, że Jill jest w ciąży, co wyjawiła swojej siostrze, a ojcem dziecka może być Kenneth. Oboje bojąc się powiedzieć rodzicom, uciekli nie mówiąc nic nikomu. Rodzice nastalotków są załamani, szczególnie Marie McGurdy jest zaskoczona zachowaniem syna.”
Boże, co za pierdoły… Nasi rodzice są załamani? Hahaha, niezły żart.
„Kenny był dobrym dzieckiem” – mówi pani McGurdy w rozmowie z nami – „Ale ostatnio zaczął się źle zachowywać. Wracał późnym wieczorem, czasem pijany… A tego wieczoru, gdy uciekł….Uderzył mnie. To był pierwszy raz…” – matka chłopca nie kryje łez. Jest wstrząśnięta, że syn ją uderzył.
„Nie jestem nawet zła. Jest mi przykro, że mój syn tak bardzo się zgorszył”.
- Co czytasz? – usłyszałem głos Jill, stojącą tuz obok mnie, z dwoma parującymi hot-dogami.
Bez słowa podałem jej gazetę. Aż trząsłem się ze złości.
Jill w milczeniu studiowała artykuł. W pewnym momencie aż zachłysnęła się z niedowierzania.
- Nie wierzę, kurwa! Nie wierzę! Ja ją uderzyłem? Są załamani?! Jak ona śmie…?
Z całej siły rzuciłem gazetę na chodnik.
Jill była spokojna. Nie odzywała się, chociaż widziałem, że jest tak samo wściekła jak ja.
Oparłem się o automat. Nie mieściło mi się w głowie, że moja matka zrobiła coś takiego. Myślałem tylko o tym, jak bardzo jej teraz nienawidzę. Przypomniał mi się tekst z kawałka „Cleanin’ out my closet” Eminema.
„I'm sorry momma, I never meant to hurt you,
I never meant to make you cry, but tonight
I'm cleanin' out my closet”
Jedna z moich ulubionych i najbardziej pasujących do moje życia piosenek. Szczególnie kilka fragmentów.
„See what hurts me the most is you won't admit you was wrong,
Bitch, do your song, keep tellin' yourself that you was a mom,”
-Zjedz mojego hot-doga jeśli chcesz, ja nie jestem już głodny. – powiedziałem do Jilll.
- Słuchaj, Kenny, uciekliśmy po to, żeby wyrwać się z tego gówna, z Millons. Za parę miesięcy skończysz osiemnaście lat, a wtedy nic ci już nie zrobią. Nie przejmuj się tak tym.
- Pewnie masz rację. Ale…To tak jakby nie miała nawet wyrzutów sumienia, a to wszystko było tylko grą przed dziennikarzami. Jakby miała w dupie z jakiego powody uciekłem, żeby tylko wszyscy myśleli że była dobrą matką. To mnie boli najbardziej.
- Rozumiem cię. Moi rodzicie wyrzucili mnie z domu, a teraz udają, że uciekłam „bo bałam się konsekwencji”.
- No i myślą że ty jesteś ojcem dziecka. – zaśmiała się – Co za bzdury. Jak mogli pomyśleć, że ja zrobiłabym to z tobą… - powiedziała, akcentując „z tobą”.
Dopiero po chwili zdała sobie sprawę jak to zabrzmiało.
- No jasne, jak taka laska jak ty mogłaby zrobić to ZE MNĄ. – powiedziałem, przyśpieszając kroku.
- Wiesz, że nie o to mi chodziło.
- To o co? Daj spokój, Jill.
- Znamy się od przedszkola, jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi od zawsze. Najlepsi przyjaciele nie sypiają ze sobą. I przecież…my się tylko przyjaźnimy. Jesteś świetnym facetem, tylko że trochę nie w…
- Twoim typie? – dokończyłem. – Wiesz ile razy to słyszałem? Odpuść sobie, wiem co chciałaś powiedzieć.
- Przepraszam, okej?
Nie odpowiedziałem.
- Słuchaj, Ken, w nocy przypomniało mi się, że mój brat mieszka gdzieś tutaj. Znam adres, myślę że moglibyśmy u niego zamieszkać chociaż na chwilę. Tylko…
-Tylko co?
- On jest dilerem.
- Mam nadzieję, że samochodów.
-Niestety nie…Ale nie mamy wyboru. Zresztą…on sam nie ćpa. Serio. Jest dobrym człowiekiem. Musiał sobie jakoś radzić, dlatego to robi.
- Nigdy wcześniej o nim nie mówiłaś. Zerwał z wami kontakty?
- Z moim rodzicami. Ja rozmawiałam z nim ostatnio jakieś pół roku temu. No i to rodzice nie chcą z nim rozmawiać. Parę razy próbował się z nimi skontaktować, ale potem dał sobie spokój. Oni zachowują się jakby nigdy nie mieli syna.
- Gdzie dokładnie mieszka?
- Jakieś dwie przecznice stąd.
W końcu dotarliśmy na miejsce.
- To tutaj? – spytałem, wskazując kamienicę na rogu ulicy.
-Tak. Drugie piętro.
Drzwi do budynku były ogromne, ciężkie i stare. Weszliśmy do środka, do klatki schodowej, a potem zaczęliśmy wspinać się po stromych, starych schodach.
- Który numer mieszkania?
- Trzydzieści sześć.
Podszedłem do drzwi i zapukałem kilka razy.
Po chwili otworzyły się. Za progiem stał mężczyzna na oko 24-, 25-letni. Miał ciemne, dość długie, zwierzchwione włosy i kilkudniowy zarost. Spodziewałem się przekrwionych oczu albo coś w tym stylu, ale wyglądał dość normalnie. Jak zwykły facet.
- Jill? – spytał, patrząc na zmianę na mnie i na nią. – Co ty tutaj robisz?
-Rodzice wyrzucili mnie z domu.
- Poważnie? Dlaczego?
Wymieniła ze mną krótkie spojrzenie i nie odpowiedziała na pytania.
- Możemy wejść?
- Ta, no jasne…. Ale… - powiedział, odsuwając się od drzwi i badawczo się mi przyglądając.
- To jest Kenny. Kenny – Rob, Rob – Kenny.
- Czekaj, to ty jesteś tym Kenny McGurdym z naprzeciwka?
- Tak.
- Ostatni raz widziałem cię jak miałeś dziewięć lat i aparat na zębach, nie dziw się że cię nie poznałem – zaśmiał się Rob. – Więc czemu rodzicie wyrzucili cię z domu i co robicie na 8 mili?
- Jestem w ciąży. – powiedziała szybko, spuszając wzrok.
- Co?! On…jest ojcem? – krzyknął, mierząc mnie niezbyt przyjaznym spojrzeniem.
- Nie, nie…Ojcem jest Mark Russel, nie znasz go. Kenny uciekł ze mną, a właściwie ja z nim.
- Jakoś trudno mi uwierzyć, że cię wyrzucili. Swoją ukochaną córeczkę… - pokręcił z niedowierzaniem głową.
Przez chwilę nikt się nie odzywał, gdy w końcu Jill spytała:
- To…możemy się u ciebie zatrzymać?
- Tak, myślę że tak. Mam jeden wolny pokój.
Mieszkanie Roba było raczej małe. Myślałem że będzie panował w nim bałagan, a środku będą porozrzucane strzykawki, w doniczkach będzie rosnąć marihuana, i tak dalej, takie mieszkanie ćpuna. Ale wyglądało w porządku. Normalne mieszkanie, trochę jak dla studenta. Meble były dość stare, pewnie je wynajmował i należały do właściciela. Wystrój może nie był najpiękniejszy, ale w porównaniu do mojego domu wyglądał jak pięciogwiazdkowy hotel.
- Tu jest salon, kuchnia… I nie zaglądajcie do tej szafki… - powiedział, wskazując małą wiszącą szafkę w kuchni. Trzymam tu mój towar. Serio, lepiej jej nie otwierajcie, jeszcze się przestraszycie. – zaśmiał się – Jill mówiła ci o mojej pracy, prawda?
Kiwnąłem głową.
- Nie rób takiej miny, sam nie ćpam. Poważnie, palę tylko trawkę od czasu do czasu. Nic więcej. Nie biorę niczego mocnego. A trawka… Nawet nie uzależnia. Jej sprzedaję najwięcej. Może kiedyś będzie legalna, bo na razie… - westchnął – Mój kumpel wpadł bo trzymał w domu trzysta gramów marihuany. Trzysta! Tyle co nic. Ja mam tu dziesięć razy więcej. Zresztą jak coś, co wyrasta z ziemi może być nielegalne? No pomyślcie… Dobra, nie będę was zanudzać. Tutaj jest łazienka, tu mój pokój, a tu będzie wasz. – powiedział, otwierając do niego drzwi.
Pomieszczenie było dość duże. W środku stał mały stolik, jednoosobowe łóżko i szafa.
- Dla ciebie zaraz przyniosę materac, nie mam nic lepszego. – powiedział do mnie.
- W porządku. I tak wielkie dzięki, że się zgodziłeś żebyśmy tu zamieszkali. Jilll to twoja siostra, ale ja…Jestem obcym kolesiem, więc naprawdę strasznie ci dziękuję…
- Spoko, stary, wyluzj, zaraz się rozkleisz. – zażartował.
- A co do ciebie, Jill…Jak mogłaś być taka nierosądna…? Przecież… - urwał. – Ale jesteś pewna?
- Na sto procent. To może być jakiś trzeci tydzień.
- O kurwa… - mruknął opierając się o framugę drzwi. – Nieźle.
- Pójdę wziąć prysznic – powiedziała Jill, ignorując to. – Łazienka jest tam?
- Tak, prosto i w prawo. – odpowiedział.
Usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwiami i Jill zniknęła w łazience.
- Musze wychodzić, jestem już spóźniony. Materac leży pod moim łóżkiem w sypialni, w lodówce mam jakieś żarcie, więc gdybyście byli głodni…
- Okej. – zdążyłem tylko rzucić, gdy Rob już zniknął.
Poszedłem do jego pokoju i przyniosłem materac. Był dość zniszczony, ale da się spać, stwierdziłem kładąc go na podłodze w „naszym” pokoju.
Po chwili z łazienki wyszła Jill, owinięta w ręcznik, z mokrymi włosami opadającymi na jej ramiona.
-Kenny… - zaczęła, siadając obok mnie na jej łóżku. – Dalej jesteś na mnie zły za to co powiedziałam tam przed budką?
- Nie… - powiedziałem po chwili milczenia. – Wiedziałem że „nie jestem w twoim typie” od dawna. Wystarczy popatrzeć na mnie i na ciebie.
- Nie wiem o co ci chodzi.
Zaśmiałem się.
- Z pewnością.
- Ken, jesteś przecież przystojny, miły i tak dalej, ale jesteśmy przyjaciółmi od tak dawna, że pomysł że moglibyśmy uprawiać seks jest aż śmieszny.
- Myślisz że jestem przystojny?
- Tak.
- Serio?
- Jesteś strasznie niedowartościowany. Tak, Ken, jesteś przystojny!
- Wiesz, myślałem że chodziło ci o to, że ja nie jestem z twojej ligi, no wiesz, takie ładne dziewczyny nie spotkają się z takimi chłopakami jak ja.
-Jakimi?
- No wiesz. Frajerami.
- Nie jesteś frajerem. Myślę, że jesteś jednym z najdojrzalszych i najinteligentniejszych chłopaków jakich znam. W liceum oni wszyscy myślą tylko o zaliczaniu, laskach, a dziewczyny nazywają „dupami”. Ty jesteś inny.
- W liceum właśnie takich ludzi nazywa się frajerami.
Zaśmiała się, ukazując piękny uśmiech. Potem oparła się o moje ramię, przysuwając jeszcze bliżej. Tak jak wtedy, w metrze. Objąłem ją.
Siedzieliśmy tak kilka minut, gdy ona podniosła się i przysunęła jeszcze bliżej. Popatrzyła mi w oczy i zbliżając swoją twarz do mojej, pocałowała mnie. Kierowany nagłym impulsem odwzajemniłem pocałunek i zanurzyłem rękę w jej gęstych włosach.
Kojarzycie ten moment w filmach i książkach, gdy bohater z kimś się całuje i słyszy fajerwerki?
Nigdy nie sądziłem, że to może być prawda, i że naprawdę cos takiego się czuje.
Wtedy przekonałem się na własnej skórze, że jeśli całujesz tę właściwą osobę, tak właśnie jest.
  • awatar муѕzкα ♥: Boże jakie to piękne ♥
  • awatar Arbalester: Niee, ogłoszenie w gazecie to już w ogóle przesada. Nastolatków nie ma jedną noc i już ogłoszenie w gazecie? Kiedy mieli zebrać informacje, odwiedzić rodziny, napisać, wydać...? Podoba mi się postać brata Jill :) Szkoda, że go tak mało było c:
  • awatar Tu Ja: Długi ale dobry.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Przepraszam,że nic nie pisałam i wiem że obiecywałam że w ciągu dziesięciu dni nic nie napiszę, ale nie było mnie jednak dwanaście dni, a przed weekend nie miałam swojego laptopa, dopiero dzisiaj go mam z powrotem. Mam już połowę rozdziału,jutro na sto procent go opublikuję. Jeszcze raz przepraszam
  • awatar Gość: Czekam bo to jest ciekawe opowiadanie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Chciałam tylko powiedzieć, że przez następne dziesięć dni nic nie napiszę, bo wyjeżdzam Ale dzięki za miłe komentarze i ogólnie zainteresowanie moim opowiadaniem, no i za reklamę na swoim blogu @CatMachine





- Co teraz? – spytała Jill, gdy wysiedliśmy z metra, i wyszliśmy na ulicę. Naszym oczom ukazała się główna droga na 8 Mili, pełna świecących neonów i przejeżdżających samochodów.
- Nie wiem… Może powinniśmy znaleźć jakiś tani motel czy coś? Chociaż na jedną noc.
Kiwnęła głową.
- Chodźmy, może ten będzie dobry. – powiedziałem, wskazując na obskurny budynek.
W środku wcale nie prezentował się lepiej. Stare meble w recepcji, zapach stęchlizny w powietrzu…Ale nie mieliśmy wyboru.
Okazało się, że był tylko jeden wolny pokój. Jedna noc kosztowała 15 dolców, więc nie było tak źle. Dostaliśmy klucze, pokój był na drugim piętrze.
- Łazienka jest dla całego piętra? – spytała Jill, gdy szliśmy po schodach.
- Niestety tak…- odparłem, podchodząc do drzwi od naszego pokoju. Włożyłem klucz do zamka i uchyliłem je.
Nie byłem przyzwyczajony do luksusów, ale ten pokój był naprawdę brzydki. Odrapane ściany, z okropną szaro-burą tapetą, wykładzina, która kiedyś była chyba niebieska i… okno wychodzące na śmietnik, a pod ścianą duże łóżko przykryte narzutą w kolorze wymiocin. Jedno.
- Jestem strasznie zmęczona – mruknęła Jill, rzucając swoją torbę podłogę. – Dasz mi jakąś koszulkę, cokolwiek, w czym mogłabym spać?
- Jasne.
Otworzyłem plecak i rzuciłem jej jakiś T-shirt.
- Odwróć się.
Przewróciłem oczami i stanąłem tyłem. Cierpliwie czekałem aż Jill się przebierze.
- Dobra, skończyłam. – rzuciła swoje ubrania na podłogę, obok torby i ruszyła w stronę łóżka.
Koszulka sięgała jej do połowy ud, i odsłaniała jej długie i opalone nogi. Cholera, wyglądała tak ślicznie.
Jill miała regularne rysy twarzy, brązowe loki, sięgające do ramion i niebieskie oczy, i długie, gęste rzęsy. Nigdy nie potrafiłem zgadnąć czy była pomalowana czy nie. Nawet bez makijażu wygląda pięknie.
W szkole była najładniejszą dziewczyną w szkole. Mogła mieć dosłownie każdego. Ale do tej pory chodziła tylko z tym frajerem, Markiem. Był rozgrywającym w szkolnej drużynie futbolowej. I oczywiście za nim też uganiała się żeńska połowa szkoły. Taki irytujący koleś, który irytuje cię tylko dlatego że podoba się wszystkim dziewczynom i jest popularny.
Takie przeciwieństwo mnie.
Ryan nie mógł zrozumieć jak mogę się z nią tylko przyjaźnić. Dla niego to było nie do pomyślenia. W szkole wiele razy słyszałem „ Hej, przeleciałeś w końcu Gorącą Jill, McGurdy?”
Gorąca Jill. Tak ją nazywali.
A teraz ona leży obok mnie na łóżku.
Była zwinięta w kłębek, i chyba już zasnęła. Słyszałem jej spokojny i równy oddech. Ja leżałem na plecach patrząc w sufit, i co chwilkę zerkając na nią. Nie mogłem się powstrzymać.
Pamiętam dzień, w którym poznałem Jill. To był pierwszy dzień w przedszkolu. W czasach, gdy matka była jeszcze „mamą” . Byłem tylko dzieckiem i kochałem ją mimo tego, że jednego dnia potrafiła wrzeszczeć że zniszczyłem jej życie, a następnego prowadziła mnie za rączkę do przedszkola i uśmiechnięta odpowiadała innym mamom jaki to mądry i wspaniały jest jej synek.
No więc pierwszego dnia przedszkola zobaczyłem jak jakiś chłopiec zabrał Jill jej lalkę. Podszedłem do niego, z całej siły kopnąłem w kostkę, zabrałem lalkę i dumny podałem Jill. I tak zostaliśmy przyjaciółmi, a ja pierwszego dnia przedszkola musiałem stać w kącie. A po powrocie do domu matka miała kolejny powód żeby zrobić awanturę, bo przedszkolanka wszystko jej powiedziała. Tylko to pamiętam tak dobrze z mojego dzieciństwa.
Potem okazało się, że Jill mieszka w tym samym bloku co ja. Poszliśmy do tej samej podstawówki, jedynej w okolicy, i byliśmy prawie nierozłączni.
Rodzicie Jill chyba nie byli tacy źli, nigdy się jakoś specjalnie nie skarżyła. Miała jeszcze starszego brata, ale nigdy o nim nie wspominała. Wyprowadził się kilka lat temu z domu.
Nie wiem kiedy zasnąłem, ale obudziłem się wcześnie rano. Jill jeszcze spała. Postanowiłem pójść do ubikacji. Gdy szedłem korytarzem, zobaczyłem, że obok recepcji stoi dwóch policjantów. Na szczęście mnie nie zauważyli. Stanąłem za rogiem, tak żeby mnie nie zobaczyli, ale ja mogłem ich słyszeć.
- Sprawdzamy wszystkie hotele.. Dwoje nastolatków uciekło wczoraj z domu… Nie widziała ich pani może? – wyjrzałem i zobaczyłem, że jeden z nich pokazuje jej zdjęcie.
Cholera.
- Wczoraj dyżur miała koleżanka, zaraz ją spytam chwileczkę.
Czyli zyskaliśmy chwilę na czasie. Pobiegłem do pokoju. Wpadłem do środka i zacząłem budzić Jill.
- Przestań mnie szarpać, co się stało – mruknęła zaspanym głosem, podnosząc się na łóżku.
- Policja jest tutaj, szukają nas!
- Co? – teraz była już całkiem obudzona.
- Widziałem ich w recepcji. Mamy mało czasu.
- Szukają nas oboje?
-Tak. Pewnie moja matka zadzwoniła na policję, gdy zauważyła że mnie nie ma, powiedziała im że ty możesz coś wiedzieć, więc zapukali tez do waszych drzwi..
-A moi rodzice wystraszyli się, bo wyrzucili niepełnoletnią córkę z domu i skłamali że też uciekłam… - dokończyła. – Ale jak chcesz stąd uciec?
- Nie wiem…Oknem.
- Jesteśmy na drugim piętrze.
- Jill, zaraz nas złapią, i to będzie koniec, rozumiesz? Chcesz wrócić do mamusi i tatusia? Nie wydaje mi się. Ubieraj się.
Rzuciłem jej ubrania. Zaczęła szybko wciągać spodnie, zdjęła moją koszulkę, rzucając ją mi i zostając w staniku. Nie zważając na moją obecność zaczęła zakładać swoją koszulkę, a ja starałem się nie gapić i sam ubierałem się w szaleńczym tempie.
Po chwili usłyszeliśmy mocne pukanie do drzwi. Na szczęście miałem tyle oleju w głowie, że zamknąłem wcześnie drzwi, więc dostanie się do pokoju zajmie im trochę czasu. Otworzyłem okno i gestem kazałem wejść Jill na parapet.
- Zwariowałeś?! – spytała szeptem.
- Nic ci się nie stanie. Wchodź.
Zrobiła to co powiedziałem. Ostrożnie weszła na parapet, podsuwając się w bok tuż przy oknie.
Parapet był szeroki, więc nie było to takie trudne.
Co teraz? Gorączkowo zastanawiałem się, co mam zrobić. Pod nami był tylko beton i śmietnik. Gdybyśmy skoczyli nie udało by nam się wyjść z tego bez złamanej nogi czy ręki.
- Musimy skoczyć. – powiedziała Jill.
- Gdzie?!
- Śmietnik jest otwarty.
- Chcesz skakać do kosza na śmieci?! Pogieło cię, Jill?! – krzyczałem.
- Masz jakieś inne wyjście. To nie tak wysoko. Chyba że wolisz tu zostać. – powiedziała i skoczyła, wprost do dużego śmietnika.
Nie wiem skąd u niej nagle wzięła się ta determinacja. Po chwili wynurzyła się ze śmieci, z zgnitym jabłkiem na ramieniu i czymś niezidentyfikowanym na włosach.
Usłyszałem odgłos przekręcania klucza w zamku.
Skoczyłem.
Śmieci było naprawdę dużo . Ja miałem takie szczęście, że wpadłem na kawałek puszki. Metal rozciął mi nogę. Nie miałem pojęcia co to było, ale całą koszulkę miałem w dziwnej mazi. Wolałem nie dowiedzieć się co to.
Wyglądaliśmy okropnie, ale udało nam się przynajmniej uciec. Ruszyliśmy w kierunku głównej drogi. Nie minęło kilka chwil, gdy usłyszeliśmy policyjną syrenę za naszymi plecami.
  • awatar Arbalester: Moim zdaniem szkoda, że nie rozwijasz za bardzo wątków, brakuje mi rozbudowanych opisów (odczuć to się dało zwłaszcza przy tym "pierwszym spotkaniu z Jill"). Kolejna rzecz, to nie wydaje mi się, żeby po jednej nocy policja w Detroit zaczęła szukać dwójki nastolatków. Takie nazwy kojarzą mi się raczej z wielkimi imprezami, kiedy dzieciaki często nie wracają na noc, a policja olewa sprawę i dopiero po określonym czasie zaczyna ich szukać, bo "takie są wymogi, oni nie będą uganiać się za jakimiś bachorami". Oczywiście pewna nie jestem, ale takie skojarzenia mi przychodzą na myśl ;) Poza tym jednak wciąż zachowujesz w swoim opowiadaniu wyjątkowo dużo realizmu i to mi się strasznie podoba ;]
  • awatar Gość: Puk, puk minęło 14 dni i ..........
  • awatar Tu Ja: Hej! Miało być 10 dni.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Miałem zamiar wrócić późno, żeby nie widzieć się z matką. Po szkole włóczyłem się bez sensu po mieście, w końcu postanowiłem wrócić.
Już z daleka zauważyłem Jill. Siedziała na schodach przed drzwiami wejścowymi.
Pomachałem jej z daleka. Jill mieszkała naprzeciwko. Była moją najlepszą przyjaciółką, od zawsze. Mieszkała piętro niżej.
- Hej. – mruknąłem, siadając obok niej.
- Co słychać? – odpowiedziała, niemal mechanicznie, wpatrując się gdzieś w przestrzeń.
Wzruszyłem ramionami. Nie chciałem opowiadać jej o kłótni z matką.
- A u ciebie?
- Jestem w ciąży. – powiedziała z drżącym głosem.
- Co?! Jill, proszę, powiedz, że żartujesz.
- Chciałabym. – powiedziała, obracając się do mnie. – Kenny, wyobrażasz sobie co się stanie, gdy moja matka się o tym dowie. I gdy… wszyscy się dowiedzą? – wytarła wierzchem dłoni łzy.
- Mark… jest ojcem?
Mark Russel był chłopakiem Jill od pół roku.
- Oczywiście, że tak.
- Powiedziałaś mu?
- Jeszcze nie. Mam zamiar.
- Ale jesteś pewna? Na sto procent?
- Zrobiłam test, Kenny. Pięć razy.
- Może zrobiłaś coś źle, jesteś pewna?
- Jak można źle nasikać na plastikowy patyczek? Trudno, muszę iść i powiedzieć wszystko moim rodzicom. – powiedziała, podnosząc się i ruszając do drzwi wejściowch.
- Hej, Jill. – zawołałem. – Będzie dobrze.
Posłała mi coś na kształt uśmiechu i weszła do środka. Ja też po chwili postanowiłem wrócić do domu. Dzięki Bogu, mieszkanie było puste. Nie miałem ochoty teraz na spotkanie z matką. Przez następne kilka godzin nie robiłem kompletnie nic. Słuchałem tylko muzyki, myśląc jak ma się Jill. Cholera, nie mogłem uwierzyć, że jest w ciąży!
Było już po dziesiątej, gdy usłyszałem pukanie do drzwi. Za nimi stała Jill, cała we łzach.
- Wyrzucili mnie z domu. Tak po prostu.
Podszedłem i przytuliłem ją. Biedna Jill.
- Tak mi przykro… - powiedziałem, opierając podbródek na czubku jej głowy.
- A wiesz co jest najgorsze? – spytała – Mark zerwał ze mną. Powiedział, że nie chce mieć ze mną i z dzieckiem żadnego kontaktu. Przestraszył się konsekwencji tego co zrobiliśmy i uciekł, zostawiając mnie samą z tym wszystkim. Co za dupek, wyobrażasz to sobie? Została sama, Kenny. Cholernie sama.
- Masz mnie.
Popatrzyła na mnie z wdzięcznością.
- Wejdź. – powiedziałem, odsuwając się od drzwi.
- Nawet nie mam gdzie się podziać. Wygląda na to, że będę dzisiaj spać w metrze.
- Nie masz jakieś rodziny do której mogłabyś pojechać?
- Cała moja rodzina mieszka na Long Island. To kawał drogi. – westchnęła, siadając na moim łóżku. – Po prostu pójdę na stację i… pojadę. Gdziekolwiek.
Już chciałem odpowiedzieć, gdy zadzwonił telefon.
- Halo?
- Kenny? To ja, Lisa.
Lisa pracowała w barze za rogiem. W barze, w którym często przesiadywała moja matka. Dobrze wiedziałem po co dzwoni.
- Musisz po nią przyjść – kontynuowała Lisa – Przykro mi, Kenny. Wypiła więcej niż kiedykolwiek. Znowu zaczyna awantury.
- Zaraz przyjdę. I przepraszam za nią.
- Nic się nie stało, Kenny. Rozumiem cię, nie przepraszaj.
Rozłoczyła się, ja tez odłożyłem słuchawkę.
Nie uśmiechało mi się iść do tego baru i zabrać z tamtąd pijaną w sztok matkę, a potem przyprowadzić ją do domu, na oczach całego osiedla. Wszyscy wyglądali wtedy przez okno, patrząc na nie i na nią. Myśleli, że przez tanie firanki z hipermarketu ich nie widać. Zawsze wtedy chciałem zapaść się pod ziemię. Nienawidziłem tego robić, ale zawsze po telefonie Lisy posłusznie szedłem po nią, i przyprowadzałem do domu.
Ale nie ty razem. Tym razem coś we mnie pękło. Odwróciłem się do Jill i kierowany nagłym impulsem powiedziałem:
- Pojadę z tobą.
- Co?
Nie odpowiedziałem, tylko zabrałem swój plecak, otworzyłem komodę i zacząłem wpychać do niego ubrania i tego typu rzeczy.
- Kenny, nie możesz ze mną nigdzie jechać.
- Dlaczego? Myślisz, że matka będzie za mną tęsknić? - zaśmiałem się gorzko. – Ona mnie nienawidzi! Pamiętam, jak miałem cztery lata, mówiła mi, że zniszczyłem jej życie. Obwiniała mnie, że to przeze mnie nie mogła iść na studia, odszedł od niej mój ojciec, a rodzice ją wydziedziczyli. Kto mówi czterolatkowi takie rzeczy?!
Znów pochyliłem się nad komodą wkładając do plecaka kilka par bokserek, buty i skarpetki.
- Pewnie nawet nie zauważy, że mnie nie ma. – zaśmiałem się gorzko.
- Ale… gdzie pojedziemy?
-Nie wiem. Przed siebie.
Wrzuciłem jeszcze do plecaka iPoda, i byłem gotowy. Ale wtedy przypomniałem sobie, że nie mamy pieniędzy. Chociażby na jedzenie.
Wiedziałem, gdzie matka chowa pieniądze.
W podłodze był jeden obsuwający się panel podłogowy. Szybko go znalazłem, podniosłem do góry i moim oczom ukazał się zwitek banknotów. Cienki, ale zawsze coś. Razem pięćset dolarów. Długo wahałem się, ile wziąć. Miałbym wyrzuty sumienia, gdybym wziął wszystko. Nie mogłem zostawić matki kompletnie bez grosza. W końcu wziąłem sto. Powinno wystarczyć. Przynajmniej na razie.
- Gotowa? – spytałem, wkładając pieniądze do kieszeni i otwierając drzwi.
- Wzięłam ze sobą tylko kilka ubrań, zanim kazali mi się wynosić. – powiedziała, wskazując na małą torbę.
- Wystarczy. Chodźmy.
Wyszliśmy na zewnątrz. Było już chłodno i ciemno. Widzieliśmy tylko światła lap ulicznych i reflektorów samochodów. Metro było niedaleko, tylko kilka przecznic dalej. Już po dziesięciu minutach byliśmy na miejscu.
- Zostań tu, kupię bilety i zaraz wracam. – powiedziałem, i podszedłem do jednej z kas.
- Poproszę dwa bilety.
- Gdzie? – spytała znudzona kasjerka.
Zastawiałem się chwilę, mając w głowie mapę Detroit.
- Na 8 Milę.
Wróciłem z biletami do Jill. Pociąg przyjechał dość szybko.
Wsiedliśmy do niego ze świadomością, że nie wiemy gdzie jedziemy i co z nami będzie.
Jill była przestraszona. Widziałem to. Z resztą, tak samo jak ja. Oboje nie wiedzieliśmy, co będzie dalej. Po prostu jechaliśmy, nie mając kompletnie żadnych planów.
Ale mieliśmy siebie.
Przysunąłem się do niej i złapałem ją za rękę. Odwzajemniła uścisk i położyła głowę na moim ramieniu.
  • awatar муѕzкα ♥: Booże już to kocham! *w*
  • awatar Arbalester: Mi też brakuje tutaj informacji o Jill, a także jakiegoś bardziej rozbudowanego wątku o jej przeżyciach, bo w ogóle nie miałam wrażenia, że jej jest tak trudno, chociaż wywalili ją z domu. Jest też trochę powtórzeń, ale znów jestem pod wrażeniem, jak wplatasz informacje w opowiadanie, choćby ten panel z pieniędzmi czy bar, w którym zawsze spija się matka, a potem jest do ciebie telefon od pracowniczki. To szczegóły, ale sprawiają, że potrafię sobie wszystko ułożyć w głowie i wyobrazić ;)
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: 8 mila, brzmi interesująco... :) Brakuje mi w odcinku większej informacji o Jill :P powinnaś rozwinąć jej historię, skoro Kenny z nią ucieka z domu. Btw nie zbyt podoba mi się imię głównego bohatera, bez urazy oczywiście :) moim zdaniem nie pasuje do niego te imię. Ale oczywiście nie każę Ci zmieniać w trakcie... Może wymyślisz dla niego dobre przezwisko :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Był ranek. Kolejny ranek w moim życiu. Kolejny raz patrzę jak matka w kuchni bierze wszystkie tabletki, które wpadną jej w ręce. Kolejny raz usłyszę kilka obelg zanim wybiegnę trzaskając drzwiami. Kolejny raz przyczepi się do każdej głupoty. Wczoraj znów wróciła pijana, i znów zrobiła awanturę. To moja matka, ale odkąd skończyłem 12 lat coraz częściej myślę jak bardzo jej nienawidzę.
Niemal tak bardzo jak tego mieszkania. Jednopokojowego mieszkania w okropnym bloku, w najgorszej dzielnicy Detroit, pełnej pijaków, ćpunów i innych typów "spod ciemnej gwiazdy".
Ale zawsze mogło być gorzej, prawda?
Mogłem mieszkać w przyczepie kempingowej, jak Eminem.
Ach, Eminem.
Jedyny raper, którego mogę słuchać godzinami. W pewien sposób jestem trochę dumny, że mieszkam w Detroit, miejscu gdzie urodził się Marshall. Byłem kilka razy na 8 mili, a film widziałem jakieś milion razy.
Co do Eminema, czasem mam wrażenie, że on zrozumiałby mnie najlepiej, z wszystkich osób które znam.
Skończyłem jeść śniadanie i wstałem od stołu. Chwyciłem plecak i iPoda, kierując się do drzwi.
- Wrócę późno. - rzuciłem.
- Stój. Skąd to masz? - spytała, patrząc na iPoda.
Milczałem, patrząc w jej oczy.
- Ukradłeś to?
Dalej nie odpowiadałem.
- Pytałam czy to ukradłeś, do jasnej cholery?!
- Tak! Skąd miałem wziąć trzysta dolców, skoro wszystko wydajesz na wódkę! - wykrzyczałem jej w twarz.
- Ty.. - nie dokończyła.
Zamachnęła się, uderzając mnie z całej siły w twarz.
Zatoczyłem się do tyłu. Po chwili odzyskałem równowagę. Przez chwilę miałem ochotę jej oddać. Tylko przez chwilę, bo nie uderzyłbym własnej matki.
Wybiegłem na zewnątrz, zatrzaskując jej drzwi przed nosem.
Zbiegłem po schodach, wściekły. Włożyłem do uszu słuchawki, włączając muzykę na cały regulator.
Co z tego, że go ukradłem?
Należał do dziesięcio, może jednastoletniej dziewczynki. Założę się, że może mieć takich dziesięć.
Miałem trochę wyrzuty sumienia, ale musiałem słuchać muzyki. Dzięki niej utrzymywałem się jeszcze przy życiu. Klikałem "play" i zamykałem się w swoim małym światku, chociaż na kilka minut, ale to wystarczało by oderwać się od rzeczywistości i zapomnieć o moim beznadziejnym życiu.
- Yo, Kenny! - usłyszałem za plecami.To Mark.Mój najlepszy przyjaciel odkąd mieszkam w Detroit. Obok niego widzę Bena i Royca, czyli Ryana. Ze względu na swoje imię nazywamy go Roycem, od Royca da 5'9. Czasem żartujemy, że kiedyś będziemy jak Bad Meets Evil, ja i on, stworzymy duet jak Royce da 5'9 i Eminem.
W naszej dzielnicy jest nawet klub, w którym co miesiąc są bitwy raperskie. Gdy kiedyś próbowałem tam wejść, paru gości kazało mi, delikatnie mówiąc, spadać, bo nakopią mi w mój biały tyłek.
Nie chcą mnie tam wpuścić tylko dlatego, bo jestem biały.
Lub dlatego, że kiedyś powiedziałem, że są tak słabi, że ich wszystkich pokonałby Justin Bieber.
Mamy tylko siedemnaście lat, nic dziwnego że mają nas gdzieś. Nie grożą tylko Ryanowi, ale on jest czarny.
- Co tam? - odpowiadam.
- Słyszałem na korytarzu twoją matkę... - powiedział Mark.
- Słyszeli ją pewnie nawet w Ohio. - mruknąłem.
- O co jej chodziło?
- O iPoda, którego zwinąłem. Stary, ona mnie uderzyła.
- Poważnie? - spytał Ben.
- Przysięgam, walnęła mnie z całej siły.
- Co nie zmienia faktu, że twoja stara jest gorąca. - powiedział Royce po chwili milczenia.
- Co?! Odwal się do mojej matki. - powiedziałem, popychając go na drogę, bardziej żartobliwie, niż na serio.
- Powiedz jej, żeby do mnie zadzwoniła! - powiedział, robiąc gest słuchawki.
Uniosłem rękę, pokazując mu środkowy palec.
- Royce, zboku, ona ma z czterdzieści lat.
- Lubię starsze kobiety.
Wybuchnęliśmy śmiechem.
- Daj spokój, mówisz o mojej matce. I dlaczego o niej rozmawiamy?
- A co wolisz o ojcu? - spytał Royce, świadomy, że nawet go nie pamiętam. Zostawił moją matkę, gdy miałem kilka tygodni.
- Lubisz też starszych mężczyzn, czy co? Chyba za bardzo interesujesz się moją rodziną.
- Rodzina? Tak to nazywasz? Dla mnie to chorzy ludzie, którzy nienawidzą się nawzajem.
Miał cholerną rację. Wiedziałem to.
- Kim jesteś, żeby oceniać moją rodzinę?! - popycham go z całej siły. Oddaje mi.
- Hej, uspokójcie się obaj. Jesteśmy pod szkołą, tu jest monitoring, więc z łaski swojej, nie bijcie się tu bo wszyscy wylądujemy u dyrektora. - powiedział Ben.
Puściłem go, rzucając mu ostatnie spojrzenie. Idąc do szkoły, myślałem o tym co powiedział. Oczywiście, że to była prawda. Zwykle rodzina trzyma się razem, kocha się. Dziadków od strony mojego ukochanego tatusia nigdy nie widziałem, nawet nie wiem jak się nazywają. Ci od strony ojca wydziedziczyli matkę gdy zaszła w ciążę w wieku 19 lat. Chociaż głównym problemem dla nich było to, że ojciec dziecka nie był jej mężem. Nieślubne dziecko w katolickiej rodzinie? Niedopuszczalne. Mieszkają w Kaliforni.
Co do ojca, to gdy go kiedyś spotkam...pewnie pokażę mu środkowy palec. Nie mam ochoty go NIGDY widzieć. Kim trzeba być, żeby zostawiać kilkutygodniowe dziecko z matką, która została kompletnie z niczym...?
Właściwie to moje życie jest całkiem podobne do życia Marshala, oczywiście zanim został słynnym raperem.
Kiedyś obiecałem sobie, że jak tylko skończę osiemnaście lat wyjadę stąd i nigdy już tu nie wrócę. Zacznę nowe życie.
  • awatar муѕzкα ♥: Zajebiste *.*
  • awatar Arbalester: Pierwszy raz spotkałam się z takim pomysłem na opowiadanie :D Widać od razu, że jesteś fan Eminema, to naprawdę fajne, że wprowadzasz czytelnika w jego życie i splatasz to jednocześnie z sytuacją bohatera ;)
  • awatar Gość: Też będę czytać.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›